Nowy numer 14/2020 Archiwum

Śpiewając, zbliżam się do Niego

W Meksyku wielbiciel jej głosu powiedział: „Dzięki pani byłem dzisiaj w niebie”. Żeby innych wprowadzać do nieba, Dominika Zamara długie godziny ćwiczy w samotności, a potem śpiewa ukochaną partię z „Toski”: „Żyję sztuką, żyję miłością”.

Operę uważa za królową sztuk. – To nie tylko śpiew, ale i teatr, monumentalne wyrażanie emocji – mówi. Jasny warkocz podkreśla jej młodość. A to wprowadza zamieszanie, bo zaczynamy się zastanawiać, kiedy zdążyła wystąpić na tylu scenach świata. Śpiewała w Accademia Teatro alla Scala w Mediolanie i w nowojorskiej Avery Fisher Hall przy Metropolitan Opera. W Warner Grand Theatre w Los Angeles brała udział w koncercie prowadzonym przez Kevina Spacey. Kiedy zeszła ze sceny, przybiegł jej pogratulować jako pierwszy.

Zdecydowała, że sztuce podporządkuje życie, i dotąd nie założyła rodziny. Podobnie jak jej ulubiona sopranistka Renata Tebaldi, która śpiewała za czasów Marii Callas. Z Callas natomiast ma wiele wspólnego przez nauczyciela – maestro Enrico De Mori. Ten wybitny dyrygent pracujący z legendarną śpiewaczką uwierzył w nią i przez ponad rok dawał jej bezpłatne lekcje. Mimo że deklaruje podporządkowanie życia sztuce, jest przekonana, że jedno i drugie trzeba zawierzyć Bogu. – Zawsze przed wyjściem na scenę kreślę znak krzyża, prosząc o wsparcie Boga i ukochanego, zmarłego już dziadka – opowiada. – Taką wiarę dostałam od mamy i dziadka i nigdy nie wstydziłam się do niej przyznawać.

Podobnie jak Wojciech Kilar uważa, że muzyka Mozarta, Bacha, Beethovena, Vivaldiego, Palestriny to dowody na istnienie Boga. Dodaje do nich Chopina, którego wykonuje na całym świecie, obserwując, jak ludzie się w nim zakochują.

Od dzieciństwa

Pierwszy poznał się na jej talencie dziadek Stanisław. Pochodził spod Limanowej, ale przeprowadził się do Wrocławia. – Był organistą w naszym kościele, a ja uczyłam się grać pod jego okiem – wspomina. – Doceniał, gdy jako dziewczynka nuciłam operowe wokalizy albo naśladowałam dźwięki przyrody. Mama kocha muzykę klasyczną i razem z nią chodziłam do opery i filharmonii.

Jeszcze w podstawówce, kiedy we Wrocławiu wystawiono „Aidę” Verdiego, uparła się, że będzie na wszystkich spektaklach, i dopięła swego. Rodzeństwo miało inne zainteresowania – siostra grała profesjonalnie w siatkówkę, brat został weterynarzem. Kiedy zdecydowała się na naukę w średniej szkole muzycznej, okazało się, że jest tam tylko klasyczny wydział operowy. Dostała się do klasy prof. Hanny Celejewskiej, gwiazdy operetki, którą uznała za swoją mistrzynię. – Życie osobiste całkowicie poświęciła pracy – wspomina.

W Akademii Muzycznej, którą skończyła z wyróżnieniem, jej mentorką została prof. Ewa Werner. Wyszukiwała jej oryginalny repertuar, także muzykę współczesną, której wykonawcy unikają, przekonani, że zniszczą sobie głos. Ale ona jest pewna, że jeśli posiada się dobrą technikę, nie ma takiego zagrożenia.

Wiara maestra

Dziadek nie dożył chwili, kiedy dostała roczne stypendium na studia w konserwatorium w Weronie. – Włochy to ojczyzna opery, więc uznałam to za pełnię szczęścia – opowiada. – Tam nawet ludzie niewykształceni muzycznie poznają się na mocnych, okrągłych głosach, a przy tym są bardzo wymagający wobec wykonawców.

Kiedy we wrześniu zeszłego roku śpiewała partię z „Traviaty” w teatrze operowym w San Nazzaro blisko Pawii, podczas śniadania w hotelu zagadnęła ją siedząca obok pani. Powiedziała, że specjalnie przyjechała posłuchać tego wykonania, a że zna każdą nutę partii, wykonawczyni powinna się pilnować.

Uważa, że nie ma przypadków i że gdzieś w górze była zaplanowana wizyta maestra Enrica De Mori na jej lekcji podczas stypendium w Weronie. Już prawie 80-letni mistrz, który dyrygował w najważniejszych teatrach muzycznych Włoch, przyszedł posłuchać, jak śpiewa. – Na koniec pochwalił mnie: „Molto bene” i zaprosił na lekcje do siebie – wspomina. – Chciałam mu powiedzieć, że nie stać mnie na płacenie za nie, ale sam zadeklarował, że da mi je bezpłatnie. On i jego żona traktowali mnie jak córkę. Z jednej strony był wymagający i oburzał się na każdy jej błąd, a w czasie prób zdarzało mu się rzucać nutami. Z drugiej – kiedy czasem po zajęciach wracała do domu zapłakana – dzwonił, proponując, żeby zaśpiewała z jego orkiestrą. Przyznaje, że wiara maestra De Mori w jej talent dodała jej skrzydeł.

W dzieciństwie mama była wymagająca. Kiedy przynosiła ze szkoły piątkę, pytała: „Dlaczego nie szóstkę?”. – Na początku śpiewania musiałam wszystko wywalczyć sobie sama, na dodatek w obcym języku.

Dziś śpiewa w dziewięciu językach, pozostając jednak wierna polskiemu i włoskiemu. – Lubię słynne powiedzenie wybitnego włoskiego tenora Beniamina Gigli: „Recytując, śpiewasz”. Świetnie wyraża moc włoskiego, narzucającego estetykę wykonania tekstu.

Królowa sceny

– My, śpiewacy operowi, posiadamy żywy instrument, który trzeba stale doskonalić – wyjaśnia. – Jak sportowcy musimy codziennie ćwiczyć przede wszystkim długi oddech przeponowy, od którego wszystko się zaczyna. Ważna jest też długość strun głosowych. Im są krótsze, tym wyższy głos. Bardzo dużo zależy od budowy głowy, od tego, ile jest w niej pustych miejsc, pełniących funkcję rezonatorów. – Moje policzki są uniesione nieco wyżej i to mi pomaga w stworzeniu naturalnego „centrum mikrofonowego”. Nie potrzebuję mikrofonu, bo dźwięk rezonuje przez puste przestrzenie między nimi.

Według niej talent to 50 proc. sukcesu. – Bazą musi być materiał głosowy: wolumen, barwa, które są darem niebios – wylicza. No i ciężka praca, która przypomina życie zakonnika, spędzającego godziny na modlitwie, tak jak ona na ćwiczeniu partii operowych. W Chinach obserwowała, że nawet dzieciom występującym na scenie przed prezentacją nie pozwalają z nikim rozmawiać, bo to dekoncentruje. – Przed koncertem nie mogę się zmęczyć, nie powinnam psuć sobie humoru, spotykając się z ludźmi, którzy prowokują złe emocje, bo wszystko odbija się na głosie – mówi.

Rzadko pije wino i inne alkohole, a kiedy jedzie w odległe strony świata, nie ma czasu na odpoczynek i zwiedzanie, tylko od ósmej rano do dwudziestej drugiej jest wrzucona w kierat prób. Z drugiej strony, kiedy wychodzi na scenę, staje się królową publiczności. – Ktoś ze słuchaczy zwierza mi się potem, że płakał, wzruszony moją partią, ktoś inny czeka z bukietem. Przyznaje jednak: – Przez chwilę, kiedy wracam do hotelu, po tych kwiatach i zachwytach odczuwam samotność.

Jak modlitwa

Szczególną wagę przywiązuje do wykonań muzyki sakralnej, która, według niej, przypomina modlitwę. Zwłaszcza kiedy śpiewa po łacinie, bo to język, w którym łatwiej porozumieć się z Bogiem. – Śpiewając muzykę sakralną, czuję, że zbliżam się do Niego – mówi. – Wielcy kompozytorzy tworzyli, odnosząc się do Boga.

Występowała w dziesiątkach kościołów, m.in. w bazylikach: św. Piotra w Watykanie, św. Marka w Mediolanie, św. Jana w Wenecji, św. Antoniego w Padwie, w sanktuarium o. Pio w Pietrelcinie i w San Giovanni Rotondo. Nigdy nie zapomni koncertu w małym kościele, gdzie o. Pio przez lata spowiadał i sprawował Eucharystię. Miała wtedy okazję nocować w „jego” klasztorze. Czuła się doceniona, kiedy w Morcone uhonorowano ją międzynarodową nagrodą o. Pio za osiągnięcia artystyczne. – To jeden z dwóch moich ważnych świętych, bardzo wymagający, ale odpowiada mi takie ustawienie życia – przyznaje. – Drugim jest Jan Paweł II – mówi. W ramach współpracy z watykańską fundacją Tota Pulchra daje koncerty, śpiewając dzieła kompozytorów, których cenił – Vivaldiego, Mozarta, Haydna, Pergolesiego. Marzy jej się wykonanie nowego utworu, napisanego ku czci Jana Pawła II z okazji 100. rocznicy jego urodzin.

Uroda życia

Doświadczyła prawie metafizycznego przeżycia, kiedy w minionym roku śpiewała dla tysiąca widzów „Requiem” Mozarta w bazylice św. Marka w Mediolanie. – Ten utwór jest w tonacji śmierci – minorowej, opiera się na d-moll – opowiada. – Kiedy w partyturze pojawia się ta nuta, widać pod nią dopisany przez kompozytora krzyż, a utwór nazywają maledizione – przeklętym. Mozart go nie dokończył, komponowanie przerwała jego śmierć. W tej bazylice wykonano po raz pierwszy „Requiem” Verdiego, a my, śpiewając Mozarta, czuliśmy, jak w tej przestrzeni spotykają się dwaj geniusze.

Woli role dramatyczne niż słodkie z opery buffo. W 2009 r. zadebiutowała we Włoszech partią Mimì w „Cyganerii” Pucciniego. – Lubię śmierć na scenie, ale po niej ciężko mi odżyć – przyznaje. – Kiedy umarłam, śpiewając „Addio”, część mnie umarła. Przez trzy miesiące ćwiczyła, a potem przez trzy dni nie potrafiła wrócić do rzeczywistości. – Takie role wyrażają cierpienie dotykające każdego artysty. Przyznaje, że cierpiała również, kiedy jej przyjaciel John Pollard, wybitny amerykański gitarzysta, popełnił samobójstwo. Dziś już wie, że każde cierpienie warto darować za bliskich. W wydanych we Włoszech płytach „Dream”, „Life” czy „Chopin Lieder op. 74” swoim głosem sławi urodę świata. Nie bez przyczyny otrzymała międzynarodową nagrodę Drzewo Życia. Nagroda jest włoska, ale przecież te zasługi rozciągają się też na inne kraje, w których daje koncerty. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

Dziennikarka działu „Kultura”.

W „Gościu Niedzielnym” od 1988 r. Reportażystka, poetka, krytyk literacki. Należy do: Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego oraz do Międzynarodowej Wspólnoty Ekumenicznej (IEF). Za cykl reportaży o tematyce społecznej otrzymała tytuł „Przyjaciel Ubogich Dzieci Miasta Katowice”, przyznany przez katowicki Dom Aniołów Stróżów. Za cykl reportaży o Polakach żyjących na Wschodzie w 2005 r. uhonorowana została nagrodą Polskie Pióro, przyznawaną przez Pomoc Polakom na Wschodzie. W 2005 r. otrzymała Nagrodę Kultury Miasta Czeladź (miasta rodzinnego). W 2009 r. – II nagrodę w konkursie Silesia Press za reportaż o pracowniku sonderkomando w Oświęcimiu. Była stypendystką wiedeńskiej fundacji „Janineum” (2002) i Fundacji Jana Pawła II w Rzymie (2003). Jest autorką kilkunastu książek poetyckich oraz dwóch zbiorów reportaży: „Mało obstawiony Święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle” i „Zapisz jako…”,  osobistego wspomnienia o Czesławie Miłoszu „Mój Poeta”, a także biografii Wojciecha Kilara „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” i wywiadu rzeki z Krzysztofem i Elżbietą Zanussi „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Jej utwory zostały przetłumaczone na języki: rosyjski, litewski, białoruski, ukraiński, włoski, węgierski, francuski, niemiecki, angielski, arabski. Jej obszar specjalizacji to reportaże, obszerne wywiady z ludźmi kultury i sztuki (m.in. Josifem Brodskim, Czesławem Miłoszem, Wojciechem Kilarem, Adamem Zagajewskim, Ewą Lipską, Agnieszką Holland).

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji