Nowy numer 39/2020 Archiwum

Człowiek potrafi wszystko ubóstwić – począwszy od siebie samego

Jeśli na łonie podstawowej tkanki, jaką stanowi rodzina, w miejsce „ty” pojawia się „ja”, to mówienie o kategorii służby młodemu kandydatowi do kapłaństwa będzie co najmniej egzotyczne.

W szeregu postaci, które poznajemy na kartach nagrodzonej Bookerem powieści  Olgi Tokarczuk, są słuchacze wykładu z psychologii podróżnej w ramach projektu realizowanego na jednym z lotnisk. Prelegent zwraca się do nich następująco: „Jesteśmy, drodzy państwo, świadkami tego, jak ludzkie «ja» rośnie, jak staje się coraz wyraźniejsze i bardziej dojmujące. W przeszłości ledwie zaznaczone, skłonne do rozmywania się, podporządkowane zbiorowemu. Uwięzione w fiszbinach ról, konwenansów, wciśnięte w prasy tradycji, podporządkowane wymaganiom. Teraz puchnie, anektuje świat” („Bieguni”).

Parafrazując psalmistę możemy powiedzieć, że troska o nasze „ja” pożera nas (Ps 69,10). Człowiek jest istotą, która potrafi wszystko ubóstwić, począwszy od siebie samego. Jednocześnie zachodzi tu pewna ewolucja – łatwo zauważyć, że dziś już nie zapalimy kadzidełka przed starotestamentalnym cielcem, wiemy jak smakuje kult pieniędzy, różnych ciał ożywionych i nieożywionych, czciliśmy człowieka, różne ideologie, zarówno te spod znaku sierpa i młota albo swastyki. W gruncie rzeczy chodzi tu o postawienie pytania, jakiemu panu się służy, kto jest Bogiem z I przykazania. Zofia Kossak na kartach „Króla trędowatego” pisała: „Człowiek rodzi się dla służby, żyje dla służby i umiera w służbie (…). Wolność jego polega jedynie na wyborze pana. Może służyć Bogu, może czartu, a może sam sobie. Najgorsza pono ta ostatnia służba”.

Co się dało, bałwochwalczo zostało już uwielbione, na szczęście czas wielu z tych artefaktów minął bezpowrotnie, za każdym jednak razem był okupiony koszmarem i cierpieniem wielu istnień ludzkich. Ale to, że minął, nie znaczy, że nie ma nowych. Człowiek nie znosi próżni – dziś miejsce na Parnasie kultury, duchowego dziedzictwa i życiowego designu zajęło „ja”. Dodajmy, to nie jest jednorazowy akt, ale proces, który powoli – krok po korku – zawłaszcza naszą wolność. Polska noblistka pisze o „procesie rośnięcia”. Zacznijmy zatem od lat dzieciństwa.

Ego przechadza się szkolnymi korytarzami

A najlepiej od podwórka, czyli od szkoły. Blisko od 16 lat jestem na etacie w polskiej edukacji – gdybym miał powiedzieć, co najbardziej trapi młode pokolenie, to bez wahania wskazałbym nie słabo wyposażone sale lekcyjne, betonową wylewkę na korytarzu lub za ciężkie tornistry naszych pociech, ale rozwiniętą postawę „ego”. Mamy silne skrzywienie – ale bynajmniej – nie od kręgosłupa, lecz od braku… służby. Najwięcej problemów jest z podniesieniem przysłowiowego papierka z podłogi: „Przecież nie ja go rzuciłem!”, „To nie moje!” – często można usłyszeć w odpowiedzi na prośbę nauczyciela. Samo określenie „nie moje” jest bardzo symptomatyczne i może pomóc w diagnozie pokolenia… dorosłych. Dopóki coś jest „nie moje”, nie czuję się jak u siebie w domu – moje zakorzenienie ustępuje miejsca wykorzenieniu, a wtedy funkcjonuję na zasadzie opłaconego najemnika, pracuję „od-do” i ani minuty dłużej, nie czuję żadnego związku czy odpowiedzialności za wykonywaną pracę – po prostu robota, która ma być dobrze opłacona. W społeczności szkolnej taki układ sił widać jak na dłoni – rozbudowana świadomość praw (co mi się należy) jest w dobrej kondycji, ale ze znajomością obowiązków jest już gorzej.

Na ołtarzu przyjemności

Niedawno przez media, zresztą po raz kolejny, przetoczyła się dyskusja na temat standardów edukacji seksualnej – publikacja firmowana przez Światową Organizację Zdrowia (Standardy edukacji seksualnej w Europie. Podstawowe zalecenia dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem). Wprawdzie na dokument spojrzano już chyba z każdej możliwej strony, ale w wolnej chwili warto również wpisać do wyszukiwarki hasło: przyjemność. W tym stosunkowo krótkim tekście „przyjemność” to jeden z najczęściej powtarzających się „tagów”. Skąd u autorów taki priorytet i skąd to zatroskanie o naszych osesków, wśród których najmłodsi mają zaledwie kilka lat? Czy nie jest to przykładanie ręki do ugruntowywania konsumpcyjnej mentalności, do wychowania kolejnych pokoleń konsumentów, których potrzeby są sztucznie rozbudzane według klucza „mieć”, „jeść”, „doznawać”?

Skupienie się na przyjemności, troska o konsumpcję stały się obsesyjne – zwraca nam uwagę w encyklice Laudato si´ papież Franciszek (nr 222). Priorytetem w tym kontekście wydaje się być realizowanie zindywidualizowanej ścieżki rozwoju – osiągnięcie odpowiedniego poziomu zadowolenia w życiu. A spełnienie tak wyznaczonego celu ma miejsce nie na jakimś „bezcłowym” obszarze naszego indywiduum, ale w zakładzie pracy, gdzie spędzamy większość kalendarzowego roku, w akademiku, na uczelni, w szkole, w klasie, w klubie. Oczywiście kościół, plebania, małżeństwo i rodzina nie są tu wyjątkiem. To ogródek, gdzie spotykają się różne wrażliwości z różnymi poziomami ego – wiele z nich było solidnie indoktrynowanych zasadą „nie ma zmiłuj”, albo że trzeba się rozpychać łokciami i zawalczyć o swoje. A co z jednostkami słabszymi, nadwrażliwymi? No cóż… są skazane na niebyt lub traktowane jako „ofiary” losu, którym się nie udało.

Służba na kolanach

W tym kontekście pozwólmy sobie na pewien truizm: kapłani nie biorą się z księżyca, są jednymi z nas. Jeśli ustawiamy się w chórze lamentujących o słabej jakości kapłaństwa w czasach współczesnych, to warto zadać sobie pytanie, czy swoim stylem życia i zasadami wychowania sami nie przyczyniamy się do takiego stanu rzeczy. Przypomina mi się w tym miejscu kadr z odwiedzin ks. Krzysztofa Grzywocza u swojego – umierającego już wówczas w szpitalu – proboszcza ks. Ludwika Rutyny. Kiedy stary proboszcz usłyszał, że jego młody wychowanek jest „zadowolony”, nie krył swego oburzenia, wskazując że kapłan powinien być szczęśliwy, szczęśliwy z faktu, że może służyć ludziom. Chrześcijan do takiej postawy powołuje Chrystus, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu (por. Mt 20,28). Dziś kategoria służby zamieniła się w troskę o swoje „ja”. To, co dzieje się z kapłaństwem, jest jak papierek lakmusowy naszego społeczeństwa. Jeśli na łonie podstawowej tkanki, jaką stanowi rodzina, w miejsce „ty” pojawia się „ja”, a postawa „bycia dla” zamienia się w „dla mnie”, to mówienie o kategorii służby młodemu kandydatowi do kapłaństwa będzie co najmniej egzotyczne.

Oczywiście nie wolno uogólniać, jednakże kryzys kapłaństwa jest pokłosiem tego, co się dzieje w domu. Doświadczeni małżonkowie i rodzice doskonale wiedzą, że liczba lat ich udanego związku oraz rodziny jest wprost proporcjonalna do liczby poniesionych ofiar i poświęcenia. Wychowanie dzieci, codzienne życie rodziny, jej radości i smutki, dni jasne ale i te ciemne, choroby, nieszczęścia, niespłacone kredyty – tu nie ma drogi na skróty...
Dla chrześcijan „ofiara” jest kluczowym pojęciem i postawą. W centrum świątyni jest ołtarz, na którym każdego dnia sprawowana jest Najświętsza Ofiara. Wyznawcy Chrystusa uczestnicząc w Ofierze, sami mają stawać się ofiarą. Jeśli jednak czytający te słowa ma teraz przed oczami lwy rozszarpujące swojego proboszcza, to proponuję zejść na ziemię – nie o taką ofiarę mi chodzi. Trzeba poszukać na dole. Dosłownie. Irlandzki wokalista Bono śpiewa, że prawdziwa miłość uczy nas klękać (U2, Vertigo), nawet Chrystus, podczas Ostatniej Wieczerzy, chcąc umyć nogi swoim uczniom, musiał się pochylić (por. J 13,1-11). Szczęście jest pokorne, interpretowane jest przez drobne gesty służby. Znajdziemy je – jak wskazuje łaciński źródłosłów (humus – ziemia) – przy ziemi, na dole. Ono nie egzystuje za pomocą pytań: „Za ile?”, „Co ja z tego będę miał?”, „Dlaczego ja?”, „Co mnie to obchodzi?”, ale samo odpowiada życiem, na dodatek, przez nikogo nie proszone. Zauważmy również, że w tym kontekście kapłaństwo nigdy nie będzie czymś atrakcyjnym, intratnym, ponieważ zmienilibyśmy sens-posłannictwo Wielkiego Piątku, do którego Pan Jezus przygotowywał się już od Betlejem: „Najbliżsi jak pasterze wpatrują się w Niego/ I śmiech matki – bo dziecko przeciąga się słodko/ A ono się układa do krzyża swojego” (Ernest Bryll, "Boże Narodzenie").

Czytaj dalej na następnej stronie

« 1 2 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama