Nowy numer 48/2020 Archiwum

Brytyjczycy zapinają pasy

Wielka Brytania jest przygotowana do wyjścia z UE bardziej, niż gotowe do członkostwa w Unii było niejedno z państw, które do niej wstępowały.

W czasie gdy przez trzy i pół roku śledziliśmy burzliwe losy bohaterów serialu „Brexit”, za kulisami wielkiej polityki i medialnego szumu trwały prace nad przygotowaniem kraju do brexitu. Podczas gdy na pierwszej linii frontu brytyjscy politycy, zwłaszcza premierzy Theresa May i Boris Johnson, odbijali się od ściany do ściany, negocjując warunki brexitu w Brukseli, a następnie na przemian przegrywając i wygrywając głosowania w Izbie Gmin – w zaciszu gabinetów w tym samym czasie tysiące ekspertów i urzędników pracowało nad brexitem i opracowywało „mapy drogowe” w różnych wariantach, w zależności od tego, który scenariusz wygra.

W pogotowiu

Można powiedzieć, że – nawet jak na słynącą ze sprawności administrację brytyjską – wykonano naprawdę tytaniczną pracę. Już samo dopracowanie przepisów do nowej sytuacji, jaka nastąpi po brexicie, w przypadku tylko jednego z możliwych scenariuszy oznaczałoby gigantyczne przedsięwzięcie legislacyjne i organizacyjne. Zwłaszcza że równocześnie opracowywano przepisy na wypadek zarówno wyjścia z UE bez żadnej umowy (co przez długi czas wydawało się najbardziej prawdopodobne), jak i wyjścia z umową, ale najpierw w wariancie wynegocjowanym przez premier May, a później przez premiera Johnsona.

Koniec końców to nie jest tak, że dopiero teraz, gdy wybory parlamentarne przyniosły miażdżące zwycięstwo Partii Konserwatywnej (dając tym samym Johnsonowi zielone światło do brexitu na jego warunkach i z jego umową), Brytyjczycy zaczęli się zastanawiać, co właściwie stanie się z ich krajem po – wszystko na to wskazuje – 31 stycznia. Można by nawet z pewną przekorą powiedzieć, że gdyby wszystkie kraje wstępujące w ostatnich dekadach do Unii były tak przygotowane do członkostwa w niej, jak przygotowana jest do jej opuszczenia Wielka Brytania, uniknęlibyśmy przynajmniej kilku kryzysów i zgrzytów w unijnej rodzinie.

Damy radę

W najgłębszym brexitowym kryzysie, w czasie gdy w kolejnych głosowaniach umowa Theresy May lądowała w koszu Izby Gmin, brytyjski minister finansów Sajid Javid w jednym z publicznych wystąpień jak gdyby nigdy nic oświadczył, że brytyjska gospodarka będzie przygotowana na wyjście z Unii Europejskiej bez porozumienia. Mówił to późną jesienią 2018 roku, na miesiąc przed ustaloną jako „nieodwołalna” datą brexitu, gdy nadal nie było zgody parlamentu ani na tzw. twardy brexit, bez umowy z Unią, ani na umowę, którą May wynegocjowała w Brukseli. W tak beznadziejnej, jak się wówczas wydawało, sytuacji minister powiedział, że zlecił swojemu resortowi, by wraz z Bankiem Anglii przygotował całościowy plan działań gospodarczych na wypadek wyjścia z UE bez umowy. „Jesteśmy gotowi, by w razie potrzeby korzystać z pełnego arsenału polityki gospodarczej. Czy będzie umowa, czy nie, będziemy gotowi” – mówił minister. I jakby dla podgrzania atmosfery zapowiedział, że w ciągu najbliższych lat… znacznie wzrośnie płaca minimalna oraz zostanie obniżony próg wiekowy osób objętych tą stawką do 21 lat. Powiedział też, że dzięki podwyżce płacy minimalnej Wielka Brytania stanie się „pierwszą dużą gospodarką na świecie, w której w ogóle nie będzie niskich płac”.

W samym środku brexitowego pata, gdy nikt nie był w stanie powiedzieć, gdzie Wielka Brytania będzie za miesiąc czy dwa, minister finansów nie tylko zapewnia, że rząd jest przygotowany na wyjście z UE, ale jeszcze roztacza wizje rosnącego dobrobytu Brytyjczyków? To nie były tylko puste obietnice, ale założenia oparte na przygotowanych przez ekspertów scenariuszach zarówno w wariancie brexit bez umowy, jak i z umową.

15 tysięcy mózgów

Niespełna dwa miesiące później w brytyjskiej prasie jeden z urzędników ujawnił, że rząd zatrudnił tysiące pracowników i ekspertów, którzy praktycznie dniem i nocą opracowywali awaryjne i alternatywne scenariusze brexitowe. Z informacji tych wynikało, że powstały dziesiątki grup roboczych i komitetów, które na bieżąco dostarczały poszczególnym resortom propozycje rozwiązań legislacyjnych koniecznych do wprowadzenia po brexicie. I – co istotne – wiele z nich zostało już nawet wdrożonych, oczywiście głównie takich, które będą wyglądały tak samo lub podobnie niezależnie od tego, czy mielibyśmy do czynienia z „twardym”, czy „cywilizowanym” brexitem. Z czasem sama premier Theresa May przyznała – nie bez dumy – że Wielka Brytania jest przygotowywana do opuszczenia UE przez armię… blisko 15 tys. urzędników i pracowników cywilnych różnych szczebli, pracujących nad co najmniej setką zagadnień wymagających dostosowania do sytuacji po wyjściu z UE. Dotyczyło to zwłaszcza tych obszarów, które obecnie ciągle jeszcze reguluje prawo unijne, a które wraz z brexitem przejdą w wyłączne kompetencje rządu w Londynie.

Kraje trzecie

Pewne echo tej gigantycznej mobilizacji służby cywilnej na Wyspach można było usłyszeć również w Polsce. W ambasadzie brytyjskiej w Warszawie w październiku 2019 roku odbyła się sesja poświęcona handlowi między Wielką Brytanią a Polską w kontekście nadchodzącego brexitu. W ramach spotkania przedstawiciele biznesu, którzy eksportują towary oraz usługi do Wielkiej Brytanii bądź je importują, mogli wysłuchać bieżących informacji dotyczących brytyjskich przygotowań do brexitu od przedstawicieli rządu brytyjskiego oraz urzędników pracujących nad kluczowymi kwestiami związanymi z handlem. Wtedy też dziennikarze mogli zapoznać się ze szczegółowymi analizami brytyjskiego rządu, które uwzględniały różne warianty brexitu. Dla wzrokowców dobrym przewodnikiem po zawiłościach tych scenariuszy może być znakomite i czytelne opracowanie, dostępne na oficjalnej stronie rządu brytyjskiego (brexit.gov.pl). Dla osób prowadzących wszelkiego rodzaju interesy na Wyspach kluczowe jest zdanie: „Przedsiębiorstwa i specjaliści świadczący usługi transgraniczne w Wielkiej Brytanii lub UE nie będą już objęci dyrektywą usługową UE. Brytyjskie firmy świadczące usługi za pośrednictwem oddziału lub spółki zależnej nie będą już korzystać z praw traktatowych dotyczących swobody przedsiębiorczości i będą uznawane za pochodzące z »kraju trzeciego«”.

Poszczególne rozwiązania prawne są już konsekwencją tego założenia. Opracowane regulacje dotyczą zarówno tak wrażliwych na rozwód z Unią obszarów jak rolnictwo, zatrudnienie, energia, przemysł, kontrola graniczna czy handel lekami, jak i mniej wymagających, np. transportu i eksportu zwierząt oraz roślin.

To tylko początek

Oczywiście jest jedna podstawowa słabość całego tego szczegółowego procesu legislacyjnego: nawet jeśli już wiadomo, że brexit dokona się na podstawie umowy wynegocjowanej w Brukseli przez premiera Johnsona, to przed Brytyjczykami i przed Unią pozostaje kwestia uregulowania wzajemnych stosunków po formalnym brexicie. Na razie mamy tylko umowę normującą samo wystąpienie, a potem nastąpi długi proces negocjacji warunków współpracy gospodarczej z poszczególnymi krajami członkowskimi i z samą Unią jako całością. Po drugie – nawet jeśli umowa brexitowa Johnsona do pewnego stopnia uspokoiła obawy przed wprowadzeniem twardej granicy między należącą do Korony Irlandią Północną a pozostającą w Unii Republiką Irlandii (porozumienie zakłada przeniesienie granicy celnej w głąb Zjednoczonego Królestwa, na granicę między Irlandią Płn. a resztą kraju), to i tak pozostaje uporanie się ze wszystkimi praktycznymi konsekwencjami takiego rozwiązania, nie mówiąc już o możliwych protestach i niewykluczonym procesie kruszenia się samej Korony, co dotyczy nie tylko Irlandii Płn., ale także – a raczej w pierwszej kolejności – coraz bardziej zdeterminowanej do odłączenia się od unii z Londynem Szkocji.

Może się zatem okazać, że armia 15 tys. urzędników i ekspertów, którzy już teraz pracują nad przepisami regulującymi nową sytuację po brexicie, to tylko kropla w morzu potrzeb, jakie ujawnią się, gdy do brexitu w końcu dojdzie. A to oczywiście może oznaczać rosnące w nieskończoność koszty zatrudnienia kolejnych zastępów służby cywilnej. Rząd Borisa Johnsona będzie musiał wykazać społeczeństwu, że zyski z rozwodu z Unią i tak przewyższają straty oraz bieżące koszty tego bezprecedensowego przedsięwzięcia.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także