GN 07/2020 Archiwum

Perspektywa Stanisławy

Nie dawali Agnieszce szans na zwyczajne przyjście na świat. Na szczęście miała dobrą położną…

Agusia, czyli Agnieszka, ma sześć miesięcy. Urocza, spokojna, wpatrzona w mamę. Urodziła się o czasie, zdrowa. Ale ciąża nie przebiegała prawidłowo i życie dziecka było zagrożone. Ba, według lekarzy na zdrowie miała niewielkie szanse. Modlitwa i zawierzenie dziecka najlepszej położnej zrobiły jednak swoje.

Szósty miesiąc

Anna Pecio, mama małej Agnieszki, cieszyła się z drugiej ciąży. – Miałam dobrego lekarza, wykonywałam wszystkie badania, nawet te nadprogramowe, dbałam o siebie. Starałam się zrobić wszystko, co w mojej mocy, by dziecko urodziło się silne i zdrowe – wspomina pani Anna, tuląc Agnieszkę. – Ponieważ pierwszy poród, jedenaście lat wcześniej, był przeprowadzony przez cesarskie cięcie, a mnie ze względu na dobro córki zależało na porodzie naturalnym, wykonywałam diagnostykę okulistyczną. Sprawdzałam, czy możliwy jest poród siłami natury.

I tak spokojnie mijał czas aż do 25 tygodnia, czyli szóstego miesiąca. Dziecko waży wtedy około 700 gramów i mierzy około 30 cm. W przypadku przedwczesnego porodu ma małe szanse na przeżycie, a nawet jeśli przeżywa, ma niewielkie szanse na pełne zdrowie. – Czułam się tego dnia dobrze, nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić. Nagle poczułam, że odchodzą mi wody płodowe. Starałam się opanować, najpierw wręcz nie dowierzałam, że to już – opowiada pani Anna. – Przestraszona zadzwoniłam do męża, potem do mojej położnej.

Położna wysłała rodzącą do najbliższego szpitala, żeby jak najszybciej oddała się pod opiekę lekarzy. Karetka, szybkie przyjęcie na oddział.

– Nie był to szpital moich marzeń, ale nie miałam wyboru – wspomina pani Anna. – Tam po badaniach padła diagnoza: wypływa płyn owodniowy. Wypłynęło go całkiem sporo, ale dużo jeszcze zostało. Zrobiono mi podstawowe badania i podano sterydy, by płuca dziecka dojrzały. Lekarze powiedzieli mi wprost: zaczyna się poród.

Między jednymi badaniami a drugimi pani Anna pisała SMS-y z prośbą do rodziny i znajomych o modlitwę, o wielki szturm modlitewny w intencji Agnieszki. Ktoś odpisuje, żeby modliła się za wstawiennictwem sługi Bożej Stanisławy Leszczyńskiej, położnej z Oświęcimia. – Przyznam, że niemal nie znałam tej postaci. Mimo że jestem z Łodzi, skąd przecież pochodziła Stanisława i gdzie przez tyle lat przyjmowała na świat dzieci. Zaczęłam się modlić i wiele osób modliło się również przez jej wstawiennictwo.

Modlitwa i czekanie

Przewieźć małą Agnieszkę w najlepszym, naturalnym inkubatorze, czyli w brzuchu mamy, do szpitala wyspecjalizowanego w ratowaniu wcześniaków? Czy poczekać aż się urodzi i wtedy zawieźć obie? – Oczekiwałam na decyzję lekarzy, a minuty wydawały mi się nieskończonością. Późną nocą podjechała karetka i zostałam przewieziona.

Był koniec lutego 2019 roku. Do terminu właściwego porodu brakowało – bagatela – 15 tygodni. – Bałam się bardzo. Wiedziałam, że to bezpośrednie zagrożenie życia mojego dziecka. Pamiętam, że cała drżałam, gdy położyli mnie na łóżko i podłączyli KTG. Serduszko małej na szczęście pracowało miarowo. Nie mogłam się inaczej modlić, niż tylko powtarzając w myślach, jedną zwrotkę psalmu: „Pan jest pasterzem moim” – i tak w kółko, cały czas te same słowa. Bo oto ja – ta, która zawsze chciała mieć nad wszystkim kontrolę, perfekcjonistka – teraz nie mam kontroli nad niczym. Miałam rewelacyjny plan, a tu w jednej chwili plan się zawalił. I może dlatego ta modlitwa była taka prawdziwa. Kiedy człowiek czuje się naprawdę bezsilny, to modli się najszczerzej i najlepiej – wspomina.

Istniało silne ryzyko stanu zapalnego, lekarze podali pani Annie antybiotyk. Nie pozostawili jednak złudzeń: akcja porodowa się rozpoczęła. Przebadali wskaźniki zapalne i oznajmili, że jeśli będą wzrastać – ze względu na dobro dziecka, by nie miało zakażenia po narodzinach – przyspieszą akcję porodową.

– Starałam się modlić. Różaniec, litania do Stanisławy Leszczyńskiej przeplatane były wizytami lekarskimi, diagnostyką, monitorowaniem wycieku wód – wspomina pani Anna. – Miałam wrażenie, że nie mogę w spokoju się pomodlić, bo wciąż coś wokół nas się działo. Na szczęście rodzina i przyjaciele nie ustawali w modlitwie.

Prośba o wsparcie modlitewne za nienarodzone maleństwo i jego mamę obiegła niemal całą Polskę. Modliły się zgromadzenia zakonne, w tym antonianki z Łodzi, które prowadzą Dom Samotnej Matki im. Stanisławy Leszczyńskiej. – Przeżywałam trudny czas. Lekarze twierdzili, że cudem będzie, jeśli uda się wytrwać tydzień lub dwa. Każdy dzień był na wagę złota i zwiększał szanse na zdrowie dziecka. Modliłam się Różańcem i kiedy rozważałam cud w Kanie Galilejskiej, poczułam coś bardzo ważnego. Odkryłam, że jeśli Maryja wstawiła się do Syna w sprawie właściwie mało istotnej – prosząc o wino, to czy nie wstawi się o życie dziecka? Poczułam, że Matka Boża dba o mnie i o Agnieszkę. Podczas modlitwy mimo diagnoz lekarskich czułam spokój i byłam pełna nadziei. Wbrew logice… Trzymałam się Matki Bożej i Stanisławy Leszczyńskiej. O położnej z Łodzi wiedziałam już sporo: jeśli przyjmowane przez nią w Auschwitz dzieci – aż trzy tysiące! – mimo strasznych warunków rodziły się zdrowe, bo tak doskonale Stanisława opiekowała się matkami, to i moją Agnieszką się zaopiekuje – wspomina.

Minął jeden dzień, drugi, trzeci. Mimo wycieku wód wskaźnik stanu zapalnego w organizmie nie wzrastał. W badaniach USG wychodziło, że wód płodowych, mimo ubytku, jest nadal dużo. Zaskakująco dużo! – Na USG dostałam prezent: zobaczyłam buźkę mojej córeczki. Idealnie ustawiła się do badania. Była śliczna. Odczytałam to jako pocieszenie duchowe z góry.

Mijały kolejne dni. Przychodził ksiądz z Najświętszym Sakramentem. Nieświadomy tego, co się dzieje, życzył pani Annie szybkiego powrotu do domu. Odpowiadała ze śmiechem, że woli jednak tu zostać. Jak najdłużej.

– Neonatolog w poważnej rozmowie przygotowywał mnie na to, co będzie z małą tak przedwcześnie urodzoną. Mówił o poważnych zaburzeniach neurologicznych, o tym, że będzie w szpitalu długi czas. O ile w ogóle przeżyje…

Cud?

Minął pełen tydzień w szpitalu. Lekarze postanowili sprawdzić, w jakim stanie jest worek owodniowy, jak mocno sączy się płyn. – Lekarka, która mnie badała, nagle zaczęła wołać inną: „Chodź, zobacz to, co ja widzę!” – nie dowierzała. Druga lekarka po badaniu również nie mogła uwierzyć – wspomina pani Anna z uśmiechem. – Okazało się, ku osłupieniu medyków, że w miejscu, z którego sączyły się wody, był… niewielki strupek. Wody przestały się sączyć. Worek owodniowy był cały!

Lekarze zrobili test na obecność wód. – Nigdy nie zapomnę wielkiej radości pani doktor, która oznajmiła, że jestem rzadkim przypadkiem medycznym, a medycyna nie wie, dlaczego tak się stało. Bo pęcherz się zamknął. Ksiądz natomiast skomentował: „To nie żaden przypadek medyczny, a ukochane dziecko Pana Boga” – opowiada.

Tymczasem pani Anna liczyła cuda: pierwszy to ten, że od razu po wycieku wód nie urodziła. Drugi, że wskaźnik stanu zapalnego nie wzrastał. I kolejny: zamknięcie pęcherza. Jej Agnieszka była bezpieczna. Miała szansę na zwyczajne narodziny o czasie. – Wypuścili nas ze szpitala i powiedzieli, że jestem w tym samym stanie co przed pęknięciem worka owodniowego. Lekarze nawet nie bardzo wiedzieli, co mi zalecić, jakie postępowanie. Po prostu nadal dbałam o siebie, a rodzina traktowała mnie jak porcelanową, drogocenną filiżankę – śmieje się pani Anna.

Potem okazało się, że mimo wady wzroku pani Anna może urodzić naturalnie. Tuż przed porodem niestety sytuacja się nieco skomplikowała. U pani Anny wykryto małopłytkowość, która groziła krwotokami. Ale i tu szturm do nieba zrobił swoje: wyniki ustabilizowały się, a młoda mama doczekała upragnionego czasu. – 5 czerwca 2019 roku odeszły mi wody – opowiada. – Ale wtedy już bardzo się z tego cieszyłam, bo wiedziałam, że poród nie będzie wywoływany sztucznie.

Po dwunastu godzinach porodu na świat przyszła Agnieszka Aniela. Wielka była radość mamy, taty i starszej siostry, ale i tysięcy ludzi, którzy modlili się za dziewczyny. – Człowiek jest zwykle tak racjonalny, że mimo wiary wzbrania się przed słowem „cud”. Czuje się też jakoś niegodny, by cudu doświadczyć – rozważa pani Anna. – A mnie się to wydarzyło, objawiły się miłość i Boża potęga wobec mojej córeczki. Namacalnie przekonałam się, że absolutnie wszystko jest w rękach Boga – dodaje.

Pani Anna chce pojechać z córeczką na grób Stanisławy Leszczyńskiej do Łodzi. Tam pomodli się i podziękuje za jej wstawiennictwo. I na sarkofagu chce zostawić położnej prezent: zdjęcie jej podopiecznej, małej Agnieszki.

– To jest wyjątkowa patronka: kobiet w ciąży, rodzących i tych w połogu. Warto, by więcej kobiet poznało Stanisławę – mówi pani Anna, która książkę o położnej przekazała kolejnym potrzebującym matkom. – Ciąża, poród, połóg ze Stanisławą, nawet gdy to czas trudny, nabierają innej perspektywy – podsumowuje.

Mała Agnieszka uśmiecha się, wodzi za mamą niebieskimi oczami i opowiada po swojemu o swoim przyjściu na świat. Mama ją doskonale rozumie. I najlepsza położna, tam w niebie, również. Ot, radosna perspektywa Stanisławy.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama