Nowy numer 27/2020 Archiwum

Sutanna do tanga

Pół wieku temu Jorge Mario Bergoglio SJ przyjął święcenia kapłańskie. W niełatwych warunkach rodziło się kapłaństwo wymagające – od siebie i od innych.

Nie było żadnej pompy, wypełnionej katedry, dziesiątków starszych kolegów w prezbiterium, tłumów wiwatujących na zewnątrz. Nie było nawet zbyt wielu kolegów rocznikowych. W samym środku kryzysu w Kościele oraz napięć politycznych w Argentynie przyszły papież powiedział „tak” swojemu powołaniu.

Św. Ignacy vs. Karol Marks

Gdy 13 grudnia 1969 roku prawie 33-letni Jorge Bergoglio leżał krzyżem na posadzce kaplicy Colegio Máximo, miał obok siebie tylko kilku młodych jezuitów, chyba cudem ocalałych na drodze św. Ignacego. Większość „braci broni” albo porzuciła ćwiczenia duchowne na rzecz walki rewolucyjnej, albo po prostu założyła rodziny. Tylko w tym jednym roku 1969 odeszło kilkunastu współbraci. I dla pełnego obrazu dodajmy – rok później nie zgłosił się już do nowicjatu ani jeden kandydat. Trudno było uwierzyć, że jeszcze dekadę wcześniej jezuicki dom formacyjny w argentyńskiej Córdobie tętnił życiem. Jorge Bergoglio z wielu prób, jakie przeszedł, musiał doświadczyć również tej – osamotnienia w wierności powołaniu, w warunkach dosłownie rewolucyjnych. Miłośnik tańca, nade wszystko tanga, dobrej literatury (sam również był jej wykładowcą), ale zarazem człowiek wyczulony na biedę i wykluczenie miał wszelkie predyspozycje, by pójść śladem wielu swoich współbraci i obrać „światowe” (czyli, w tamtym miejscu i czasie, otwarcie marksistowskie) środki do walki z nierównościami społecznymi.

U Bergoglia wygrało jednak rozmiłowanie w duchowości ignacjańskiej, szczególnie w regule rozeznawania duchów. Trzymanie się tej metody pozwoliło mu oprzeć się dominującej wówczas w argentyńskim Kościele tendencji rozwiązywania wszelkich ziemskich bolączek środkami natychmiastowymi.

„Musimy walczyć o wyzwolenie uciśnionych, nawet jeśli środki obejmują grzech przemocy”– pisał jeden z liderów Ruchu Księży Trzeciego Świata, o. Hernán Benítez, były jezuita i spowiednik żony argentyńskiego przywódcy Juana Peróna (cytat za: Austen Ivereigh, „The Great Reformer”).

W takim klimacie nie było łatwo, nie narażając się na oskarżenie o „zdradę wykluczonych”, obrać inny kierunek, bliższy Ewangelii – opcję na rzecz ubogich, ale realizowaną środkami ewangelicznymi. To rozeznawanie właśnie zaważyło na całym kapłaństwie Bergoglia, jego posłudze biskupa i wreszcie pontyfikacie.

Musisz mi pomóc

„Jeden element formacji juniorskiej szczególnie poruszał Jorge’a – weekendowy apostolat wśród miejscowych ubogich”– pisze wspomniany wyżej Austen Ivereigh, biograf papieża. Nowicjusze chodzili do domu zbudowanego przez o. Alberto Hurtado SJ, dziś świętego Kościoła, jezuickiego pioniera projektów społecznych. „Pragnął, aby bezpośredni kontakt z ubogimi był obowiązkowym elementem formacji jezuickiej (…). Jorge został przydzielony do nauczania katechizmu w małej szkółce, dokąd dzieci przychodziły brudne i nieraz bez butów”– dodaje Ivereigh. Mniej więcej w tym samym czasie Bergoglio napisał poruszający list do swojej siostry, 11-letniej Marii Eleny. „Chcę, żebyś była małą świętą” – stwierdził otwarcie starszy brat. „Czemu nie spróbować? Naprawdę potrzebujemy wielu świętych. Pozwól, że ci coś napiszę. Uczę religii w trzeciej i czwartej klasie. Chłopcy i dziewczynki są bardzo biedni, a niektórzy nawet przychodzą bez butów i bardzo często nie mają co jeść, a w zimie chłód im doskwiera. Ty nie wiesz, jak to jest, bo nigdy nie byłaś głodna, a kiedy ci zimno, po prostu zbliżasz się do grzejnika. Ale kiedy ty jesteś szczęśliwa, wiele dzieci płacze. Kiedy ty siedzisz przy stole, wiele dzieci nie ma nawet kromki chleba” – pisze Jorge do siostry. I zaraz dodaje: „A najgorsze, że oni nie znają Jezusa. Nie znają Go, bo nie ma komu ich uczyć. Rozumiesz, dlaczego ja ci mówię, że trzeba dużo świętych? Chcę, żebyś mi pomogła w moim apostolstwie u tych dzieci. Ty byś to dobrze zrobiła. Na przykład co byś powiedziała na Różaniec co wieczór? Wiem, że to wysiłek, ale twoja modlitwa byłaby jak siąpiący zimą deszcz, który powoli użyźnia pola, by mogły potem przynieść plon”.

Ten list to nie tylko świadectwo głębokiej więzi z siostrą. Oddaje on również charakterystyczny rys Bergoglia, który najwięcej wymagał od swoich najbliższych, z czasem również od rodziny jezuickiej i kapłańskiej. W tym kontekście warto też spojrzeć na późniejsze, już w roli papieża, wymagające i stanowcze wypowiedzi pod adresem księży i biskupów.

Wychowawca

Autor „The Great Reformer” przytacza wspomnienie jednego ze studentów Bergoglia, który zapamiętał na całe życie niepowtarzalny sposób karania, jaki stosował przyszły papież. Jorge Milia na koniec kursu z literatury (który prowadził Bergoglio) nie oddał na czas pracy zaliczeniowej i musiał zdawać ustnie. Wśród trzech odpytujących go jezuitów był Bergoglio. Milia dał z siebie wszystko i czekał. Po długim milczeniu Bergoglio przemówił: „Wszyscy wiemy, że nie ma oceny za taki egzamin, i wiemy, że pan Milia w ogóle nie powinien był go zdawać, a jeżeli tak się stało, to dlatego, że nie oddał na czas pracy praktycznej, bo uważa, że jego nie obowiązują reguły, bo robi, co chce, i taki ma zwyczaj. Dlatego, chociaż należy mu się dziesiątka, uważam, że powinniśmy mu wstawić dziewiątkę, żeby zapamiętał czas spędzony w tym kolegium. Nie w charakterze nagany, tylko żeby zawsze pamiętał, że liczy się obowiązek spełniany dzień po dniu, systematyczna praca, ale bez popadania w rutynę, cierpliwe budowanie cegła po cegle, a nie impulsywna improwizacja, do której tak jest przywiązany”.

Stanowczość Bergoglia wobec swoich współbraci i podwładnych objawiła się także w czasie walki o reformę jezuitów. Za swoim przyjacielem, o. Miguelem Angelem Fiorito, pionierem jezuickiej odnowy duchowej w prowincji argentyńskiej, powtarzał, że konieczny jest powrót do źródeł i oryginalnego charyzmatu św. Ignacego z Loyoli, podczas gdy spora grupa jezuitów chciała odrzucenia tego dziedzictwa jako przebrzmiałego i postulowała bezkrytyczne przyjęcie idei nowoczesnych. W przypadku krajów Ameryki Łacińskiej ta druga opcja wiązała się często z przyjęciem marksistowskiej interpretacji stosunków społecznych i metod walki o sprawiedliwość. „Pęknięcie doprowadzi w połowie lat 70. do tego, że część kapłanów będzie uspokajała sumienia partyzantów zabijających w imię rewolucji, a druga dodawać będzie otuchy tym, którzy chwytali i torturowali partyzantów w imię obrony zachodniej cywilizacji chrześcijańskiej”– pisze Ivereigh.

Kawiorowi jezuici

Bergoglio znalazł się w samym środku tych napięć także przez to, że dość wcześnie zaczął obejmować odpowiedzialne funkcje w zakonie. Zaledwie 2 lata po święceniach został mistrzem nowicjatu. Za jego kadencji zaczęło przybywać kandydatów. Jego zaangażowanie w odnowę doceniono do tego stopnia, że po kolejnych 2 latach został prowincjałem jezuitów w Argentynie. Bergoglio zachęcał swoich podwładnych do wewnętrznej wolności i zarazem do noszenia sutanny, usługiwania chorym, apostolstwa wśród ubogich oraz regularnej modlitwy w ciągu dnia.

Ojciec Angel Rossi z sentymentem wspomina swój nowicjat. „Był surowy, modlitewny, przemyślany. Bardzo poważny, ale żadną miarą zamknięty” – opowiada. „Była pewna dyscyplina, ale w żadnym wypadku konserwatywna”. Niestety, dla dużej części jezuitów były to warunki wręcz „obozowe” – jak wspominają współpracownicy Bergoglia z tamtych czasów; prowincjał musiał zmierzyć się z „kawiorowymi jezuitami” popijającymi whisky i snującymi rewolucyjne wizje, ale ani trochę niezainteresowanymi ewangelizacją. Ivereigh dodaje: „Głoszącymi kazania o biedzie, ale takimi, co nie skalali się kontaktem z ubogimi. »Wszystko dla ludu, ale nic z ludem« – jak głosił prześmiewczy slogan Bergoglia”. Mimo rosnącej liczby powołań opozycja przeciwko niemu była coraz większa, do tego stopnia, że sam zdecydował się w pewnym momencie na czasową banicję.

Herezja klerykalizmu

Ta stanowczość wobec duchownych – księży i biskupów – stała się również jednym z rysów pontyfikatu Franciszka. W katedrze w Genui w 2017 roku mówił: „Największy problem, o jakim możemy pomyśleć, to życie księdza, który ma wszystkie sprawy rozwiązane, dobrze poukładane, wszystko jest na miejscu, godziny urzędowania… boję się księży statycznych”. A podczas spotkania w bolońskiej katedrze w tym samym roku potępił materializm w wielu zgromadzeniach zakonnych, w których dochodziło do skandali finansowych, dodając, że „księża karierowicze są plagą” w Kościele. Natomiast w dniu, w którym w ONZ miało się odbyć przesłuchanie delegacji watykańskiej w sprawie wykorzystywania nieletnich przez duchownych, papież podczas Mszy św. w Domu św. Marty mówił o „zepsutych księżach”, którzy „zamiast dawać Chleb Życia świętemu Ludowi Bożemu, dają zatruty posiłek”. I dalej: „Mieli w kościele pozycję, władzę, nawet komfort. Ale słowo Boże? Co to, to nie!”.

Nie tylko w kontekście nadużyć seksualnych powraca często u Franciszka potępienie klerykalizmu jako prawdziwej herezji. „Klerykalizm to perwersja Kościoła” – oświadczył podczas czuwania dla młodych z włoskich diecezji na terenie Circus Maximus. Rozwinął tę myśl, zwracając się do biskupów i nazywając klerykalizm „anomalią w rozumieniu władzy w Kościele, bardzo powszechną we wspólnotach, w których odnotowano zachowania polegające na nadużyciu urzędu, sumienia i wykorzystywaniu seksualnym”. I dodał: „Nie czujcie się panami stada, nie jesteście nimi, nawet jeśli inni by to robili czy też pewne miejscowe zwyczaje by temu sprzyjały”. Wyjaśniał biskupom, że nikt nie może okazywać im „uległości”. „Prezentowanie się jako silni ludzie, którzy zachowują dystans i rozkazują innym, może wydawać się wygodne i atrakcyjne, ale nie jest ewangeliczne” – zastrzegł papież. A w liście do kard. Marca Ouelleta, przewodniczącego Papieskiej Komisji ds. Ameryki Łacińskiej, napisał o klerykalizmie, który jest „jedną z największych deformacji Kościoła. (...) Zamiast dawać impuls różnym zaangażowaniom i propozycjom, klerykalizm powoli gasi proroczy ogień, z którym cały Kościół ma dawać świadectwo”.

Ksiądz wirtuoz

Warto jednak dodać, że stanowczość wobec księży u Franciszka nie oznacza bezdusznej surowości. W liście do kapłanów całego świata z okazji 160. rocznicy śmierci świętego Proboszcza z Ars napisał m.in.: „Ten list kieruję do wszystkich braci kapłanów, którzy nie czyniąc szumu »porzucacie wszystko«, by zaangażować się w codzienne życie waszych wspólnot. Do was, którzy narażeni na niezliczone sytuacje codziennie uniżacie się, nie przypisując sobie zbyt wielkiego znaczenia, aby lud Boży był otoczony opieką i wsparciem. Zwracam się do każdego z was, którzy przy wielu okazjach, niezauważalnie i ofiarnie, w zmęczeniu i trudzie, chorobie czy przygnębieniu podejmujecie misję jako służbę Bogu i Jego ludowi”.

Czasem można spotkać się z zarzutem, że Franciszek zbyt często improwizuje swoje przemówienia, że wtedy, w przeciwieństwie do tego listu, bywają one nawet bardziej surowe wobec duchownych. Ta improwizacja to też charakterystyczny rys osobowości Bergoglia, ukształtowanej nie tylko przez rozeznawanie duchowe, ale i przez tango, którego był i pozostał wielkim miłośnikiem. To taniec, który, choć posiada pewne reguły, opiera się w dużej części na wyczuciu chwili. Trzeba być prawdziwym wirtuozem, by nie tylko dotrzymać kroku partnerce, ale wręcz nadać kierunek, nieraz zaskakujący. Papież Bergoglio zdaje się mówić, że dla niego posługa kapłańska, biskupia, a nawet papieska też jest jakimś rodzajem wirtuozerii.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama