Nowy numer 03/2020 Archiwum

Tomek czaruje w niebie

Kraj z zapartym tchem śledził jego niesamowity pokaz w programie „Mam talent”. Z tym samym zaangażowaniem występował w domach dziecka, poprawczakach i na onkologii. „Umarł polski Piotr Jerzy Frassati” – mówią o nim ludzie.

Tomka Kabisa znała cała Polska. Był jednym z najlepszych iluzjonistów. Podczas jego występów dorośli wstrzymywali oddechy, a dzieci przecierały oczy ze zdumienia. – To żadna magia – tłumaczył maluchom. – To iluzja – dodawał, wskazując, że te niesamowite sztuczki to efekt jego ciężkiej pracy, a przede wszystkim daru, jaki otrzymał od Pana Boga. Iluzjonista zmarł 3 grudnia, po długiej i ciężkiej chorobie.

Ciągnie mnie na scenę

O swojej wierze mówił otwarcie. Nawet wtedy, gdy skierowane były na niego oczy milionów ludzi po drugiej stronie szklanego ekranu. – Byłam przy Tomku podczas eliminacji do programu „Mam talent”, gdy Kuba Wojewódzki zapytał go przed kamerami, czy wierzy w Boga – opowiada Agnieszka Loch, dziennikarka Polskiego Radia Katowice. – Nawet się nie zawahał; od razu pewnym głosem odparł, że wierzy, ryzykując nie tylko szyderę, ale i wypadnięcie z programu, o którym tak marzył. Nigdy nie wstydził się swojej wiary. Był otwarty na świat, nowoczesny, a jednak do Boga i do Kościoła zawsze się przyznawał. Jurorzy „Mam talent” też byli nim zachwyceni. Podobnie jak widzowie. Tomek dotarł w programie aż do finału. – Udowodniłeś, że warto było dać ci szansę – mówiła Agnieszka Chylińska. – To jest niebywałe, jak ty walczyłeś – zachwycała się Małgorzata Foremniak. – Jesteś wielki!

Ta jego determinacja objawiła się po raz kolejny podczas walki z nowotworem. O chorobie dowiedział się przed rokiem – tuż przed Wigilią. Półtora miesiąca później oficjalnie przyznał, że wykryto u niego nowotwór złośliwy serca, śródpiersia i opłucnej z przerzutami do wątroby. „Dzisiaj światowy dzień walki z rakiem” – napisał na Facebooku. „Okazało się, że dzisiejszy dzień to również moje święto. (...) Kto wierzący, proszę o modlitwę, kto nie, niech trzyma kciuki. Ja o wszystkich wspierających też pamiętam. (...) Mam wielką motywację do zdrowienia. Leżąc już jakiś czas po operacji, ciągnie mnie na scenę, jak jeszcze nigdy…”.

Tomek długo nie poddawał się agresywnej chorobie. W miarę możliwości utrzymywał kontakt z fanami i znajomymi, a oni wspierali go modlitwą, słowami otuchy i obecnością. Ponieważ na czas leczenia musiał zawiesić aktywność zawodową, przyjaciele organizowali dla niego akcję pod nazwą „Zróbmy największą sztuczkę świata – pokonanie raka!”. – Przez długi czas zastanawiałem się, czy w ogóle napisać w internecie, co tak naprawdę mi jest – przyznał, gdy rozmawialiśmy o tym w lutym. – Czułem, że nie mam siły odpowiadać na hejt czy zarzuty, że próbuję wylansować się na swojej chorobie. Ale chciałem też zdementować pewne domysły i plotki, które już się pojawiły. Nie spodziewałem się jednak tak wielkiej fali dobra. Dosłownie z całego świata napływają do mnie słowa wsparcia i otuchy. Zapewnienia o modlitwie dostaję nawet od misjonarzy z różnych zakątków Afryki.

Iluzjonista na onkologii

Diagnozy lekarskie nie były optymistyczne. Guz rozrastał się do gigantycznych rozmiarów. Tomek nie obraził się na Pana Boga. Zaufał Mu i do końca zachowywał nadzieję. – Nie poczułeś żalu do Boga? Nie buntowałeś się? – pytałam go kilka miesięcy temu. – Staram się traktować tę sytuację jako przestrzeń, na której Bóg może coś zbudować – odpowiedział. – Co dalej będzie, to będzie. Nie wiem. Jestem ze wszystkich stron otoczony modlitwą. Mam potężne wsparcie świętych z nieba.

– Tomek był wyjątkowym człowiekiem; zawsze radosny, nigdy nie narzekał – wspomina przyjaciela Agnieszka Loch. – Zawsze pomocny i dobry. Nie narzekał nawet w chorobie. Poznaliśmy się, kiedy mieliśmy po kilkanaście lat. On już wtedy interesował się iluzją. Pierwszą pelerynę iluzjonisty uszyła dla niego moja mama. Wokół niego było zawsze mnóstwo dzieci, którym pokazywał sztuczki. Zarażał radością życia, a dzięki sztuczkom, pomysłowości i życzliwości zjednywał sobie ludzi.

Kiedy wiadomość o śmierci iluzjonisty lotem błyskawicy obiegła wszystkie media, setki osób na portalach społecznościowych zaczęło wrzucać swoje fotki z Tomkiem. Nie tylko z pokazów iluzjonistycznych, ale też z różnych spotkań, rekolekcji, wolontariatu, pielgrzymek. – Tomka wszędzie było pełno – przyznaje jeden z jego przyjaciół. – Trudno będzie zapełnić pustkę po nim...

Pamiętał o ubogich i wykluczonych. Pomagał w domach dziecka, pogotowiach opiekuńczych, poprawczakach czy zakładach karnych. Był wolontariuszem Fundacji „Mam Marzenie”. Dziecięce oddziały onkologiczne nie były mu obce. Często odwiedzał małych pacjentów. Swoimi niesamowitymi pokazami iluzjonistycznymi sprawiał, że dzieci i ich rodzice choć na chwilę zapominali o bólu i lęku. – Nie przerażały cię te klimaty? Większość ludzi te oddziały omija szerokim łukiem… – pytałam Tomka, kiedy już sam był pacjentem onkologicznym. – Na samym początku też bałem się tam wejść – przyznał. – Ale przekonałem się, że na oddziałach onkologicznych przede wszystkim się żyje i walczy. A teraz mogę powiedzieć, że dobro naprawdę wraca. Otrzymuję mnóstwo wsparcia od rodziców dzieci, które kiedyś odwiedzałem na onkologii. Piszą do mnie, zapewniają o modlitwie, tłumaczą, jak w tej sytuacji poradzić sobie z takimi czy innymi trudnościami.

Po pierwszą dawkę chemii przyjechał do szpitala akurat w Światowym Dniu Walki z Rakiem i przy okazji zrobił iluzjonistyczny pokaz dla chorych, którzy czekali na korytarzu na swoją chemię. – Zawsze działałem jakoś na przekór – śmiał się. – Tak mnie Pan Bóg stworzył, że nie poddaję się łatwo. Lubię dawać ludziom radość. Zadziwiać ich tym, że to, co niemożliwe, nagle staje się możliwe. Dzięki pokazowi ten korytarz nie kojarzy mi się już teraz tylko z czekaniem na chemię, ale też z tym, co lubię. Pacjenci i personel medyczny mówili później, że nigdy dotąd nie słyszeli takich wybuchów śmiechu w tym miejscu.

Uczeń wyprzedził mistrza

Nawet wtedy, gdy choroba dawała się już mocno we znaki, Tomek nie zwalniał tempa. Widzieliśmy się jeszcze we wrześniu na pielgrzymce ministrantów, a wcześniej w czerwcu podczas Biegu Frassatiego – akcji organizowanej przez „Gościa Niedzielnego”. Iluzjonista był wtedy w trakcie chemioterapii. Choć wyraźnie osłabiony, jednak przyjechał do Międzybrodzia Bialskiego, by dać niewiarygodny wręcz pokaz „magicznych” sztuczek dla dzieci.

Od wczesnej młodości jego duchowym przewodnikiem był św. Jan Bosko. Jakoś byli do siebie podobni. Może ze względu na zbliżone temperamenty czy niesamowity optymizm i radość życia, jakie w nich obu były. A może dlatego, że tak samo jak duchowny z Turynu Tomek uwielbiał zabawiać innych sztuczkami iluzjonistycznymi, choć w tej przestrzeni o niebo wyprzedził swojego mistrza. – On, jak był młody, uczył się różnych cyrkowych sztuczek od ulicznych kuglarzy. Potem pokazywał je na ulicy. A jak zgromadził się wokół niego tłum, zaczynał się z nim modlić – opowiadał Tomek o swoim świętym patronie.

Obaj byli pasjonatami. Uparci, wytrwale dążący do celu. Obaj także wierzyli, że ewangelizacja młodych ludzi nie zaczyna się od moralizowania, ale od relacji i towarzyszenia. Swoim talentem, umiejętnościami i pogodną osobowością Tomek przyciągał ludzi do siebie, by za chwilę wskazywać na Tego, od którego wszystko pochodzi. – Czasem chodzę po szkołach, pokazuję trzy sztuczki na lekcji religii, a potem mówię: „Przyjdź do ministrantów, pokażę więcej” – mówił przed kilku laty w rozmowie z „Gościem Niedzielnym”. – W szkole średniej wpadłem na pomysł, że zostanę księdzem… ale takim fajnym księdzem, który na kazaniach pokazuje różne sztuczki. W seminarium duchownym spędziłem rok. Przekonałem się, że jednak to nie moja droga.

Oczaruj Boga

Jeden z jego najbliższych przyjaciół, ks. Piotr Lewandowski, wspomina, że był to niezwykle trudny rok dla Tomka. Nigdy jednak nie powiedział nikomu, że był to czas stracony. Przeciwnie, nieraz podkreślał, że warto zadać sobie trud, by rozeznać, jaka jest Boża wola względem naszego życia. – Z Tomkiem przyjaźniliśmy się od ponad 20 lat. Był moją pokrewną duszą; we wszystkim nadawaliśmy na wspólnych falach – opowiada ks. Piotr. – Zaczęło się od służby przy ołtarzu jako ministranci, potem doszły wspólne występy w teatrze, w kabarecie. Tomek cieszył się życiem. Był radosny, spontaniczny, a jednocześnie poukładamy wewnętrznie, pogodzony ze sobą. Kiedy choroba bardzo już postępowała, napisał do mnie SMS-a: „Jestem chyba bardziej pogodzony z wolą Bożą, co będzie ze mną dalej, niż wszyscy dookoła mnie”.

Na facebookowym profilu śp. Tomka Kabisa cały czas pojawiają się słowa pożegnania i wdzięczności za to, jakim był człowiekiem: „Twoje życie było namacalnym dowodem istnienia magii, bo Ty byłeś tą magią, która sprawiała, że życie innych nabierało nowych barw, sensu i radości”. „Tomek, dzięki za twoje świadectwo! Teraz jesteś u swojego najlepszego Przyjaciela. Oczaruj Go swoimi sztuczkami”. „Tomek, Ty już tam jesteś! Głęboko wierzę, że kiedyś się spotkamy u Najwyższego. Gdzie nie będzie nowotworów i innych… Dziękuję za wszystko. Do zobaczenia!”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama