Nowy numer 03/2020 Archiwum

Podnieś głowę

„Jest radość, ojcze przeorze, jest radość!” – nie musimy krzyczeć jak Jerzy Stuhr w „Pogodzie na jutro”. Nasza radość nie jest powierzchowna. Wynika z tęsknoty Oblubienicy, która z przyspieszonym biciem serca nasłuchuje odgłosów zbliżającego się Pana Młodego. „Cicho! Ukochany nadchodzi” ‒ drży.

Wezwanie do radości jest odtrutką, antidotum, antywirusem. Przywróceniem właściwych proporcji. W zwaśnionym, udowadniającym na każdym kroku swe racje świecie Kościół wzywa: Gaudete! Nie chodzi o pokazówkę rodem z żurnala czy katalogu handlowej sieciówki (wszyscy uśmiechnięci od ucha do ucha, normalnie: skurcz twarzy). Nie chodzi o rubaszność, tanie dowcipy rodem z Demotywatorów czy wesołkowatość. Nie chodzi nawet o koszulki z napisem: „Z gębą jak cmentarz świata nie zbawisz” (rozumiem intencje tych, którzy nosząc je, chcą wprowadzić w naszą codzienność trochę uśmiechu, ale za ks. Wojciechem Węgrzyniakiem powtarzam: „To powiedz to Jezusowi na krzyżu”).

Nie chodzi też o udawanie (choć czasem śpiewając na całe gardło: „Wesoooły nam dzień dziiiś nastał”, moglibyśmy przybrać mniej ponury wyraz twarzy). Nie chodzi w końcu o wymuszone zewnętrzne przejawy radości, bo Polacy (na trzeźwo) nigdy nie dorównają ekspresyjnością tańczącym chasydom czy mieszkańcom południowej Italii. Przyznajcie zresztą: jak pokazuje życie, ludzie, którzy idąc ulicą, szeroko się uśmiechają, najprawdopodobniej są zaburzeni.

Nasza radość nie jest powierzchowna. Wypływa z samego serca wiary: Jezus, zwycięzca śmierci, powróci. Czeka na to całe stworzenie.

Czekam trzeci dzień, patrzę na drzwi

To radość głęboka, wynikająca z tęsknoty Oblubienicy, która z przyspieszonym biciem serca nasłuchuje odgłosów zbliżającego się Pana Młodego. Trochę jak w piosence Kultu: „Czekam trzeci dzień, patrzę na drzwi, czy przyjdzie ktoś od Ciebie, czy przyjdziesz Ty”. Nie bez powodu Kazik Staszewski śpiewa o umieraniu z tęsknoty.

Nie mogę zrozumieć tego, że największą popularnością cieszą się internetowe katechezy oparte na lęku. Przyjście Jezusa przedstawiane jest nie jako mistyczna uczta Godów Baranka, ale ciąg kataklizmów.

– Są ludzie, którzy wyobrażają sobie, że dzieje naszego świata skończą się jakąś powszechną katastrofą. Pismo Święte uczy czegoś zupełnie innego – przypomina o. Jacek Salij. − To, co nazywamy „końcem świata”, Ewangelie określają jako „wypełnienie czasów”, czyli coś bardzo pożądanego. Pierwsi chrześcijanie starali się nawet przyśpieszyć nadejście tego dnia. Można o tym przeczytać pod koniec Drugiego Listu apostoła Piotra.

Słowa Apokalipsy „Przyjdę niebawem” są pełnym tęsknoty zapewnieniem, a nie groźbą! A ponieważ dla Boga „tysiąc lat jest jak jeden dzień”, od tej obietnicy minęły raptem… dwa dni. Mamy prawo nasłuchiwać odgłosu Jego kroków i wołać każdego dnia: „Przyjdź królestwo Twoje!”. Paruzja jest bliżej o te kilka minut, w czasie których czytasz ten tekst.

Śmiej się, śmiej…

„Śmiej się, śmiej, wieczorem będziesz płakał”. Znacie tę formułkę? Jakoś nie mogę znaleźć jej korzeni ani w Biblii, ani w nauczaniu Kościoła.

Od lat dotyka mnie znakomita diagnoza kard. Josepha Ratzingera, który w „Soli ziemi” opowiadał Peterowi Seewaldowi: „Obserwuję, że nieskrępowana radość stała się rzadkim zjawiskiem. W dzisiejszych czasach na radości coraz bardziej ciąży hipoteka moralna i ideologiczna. Gdy człowiek odczuwa radość, to od razu zaczyna z lękiem myśleć, czy przypadkiem nie wykracza przeciwko solidarności z cierpiącymi, których jest przecież tak wielu. Nie mogę – myśli – tryskać radością, gdy na świecie jest tyle biedy i niesprawiedliwości. Łatwo zrozumieć takie myślenie. Mimo to postawę taką trzeba uznać za błąd. Świat nie stanie się przecież lepszy, jeśli zniknie radość. I odwrotnie: cierpiącym w żaden sposób to nie pomoże, że zabronimy sobie radości, powodowani świadomością cierpienia, które przepełnia świat. Wprost przeciwnie, światu potrzeba ludzi, którzy odkrywają dobro, którzy cieszą się z dobra, dzięki czemu uzyskują siłę i odwagę, by samemu być dobrymi. Radość nie jest zatem sprzeczna z solidarnością. Zawsze mnie to zaskakiwało, że właśnie w dzielnicach ubóstwa, na przykład w Ameryce Południowej, można spotkać znacznie więcej niż u nas ludzi roześmianych, radosnych”.

Mamy święte prawo do radości! Trwają przygotowania do Godów Baranka. „W pewnym momencie Duch Święty uświadomił mi, że najważniejszą rzeczą, którą mam głosić, jest kwestia czekania na powtórne przyjście Jezusa, a całe działanie Ducha jest ukierunkowane w tym właśnie kierunku. Zrozumiałem, że moim zasadniczym przesłaniem jest skupienie się na Oblubienicy, która z ogromną tęsknotą woła: Przyjdź!” – opowiadał ks. Peter Hocken, brytyjski duchowny katolicki, wykładowca uniwersytecki i autor wielu pionierskich książek.

Radość przekonuje ludzi

– Jaki jest papieski rekolekcjonista o. Raniero Cantalamessa? – pytałem znajomych, którzy znają osobiście tego kapucyna. – Uśmiechnięty. Pełen radości – odpowiadali.

– Ciekawe, że tak o mnie mówią, bo ja nie jestem z natury człowiekiem zbyt wesołym – opowiadał, gdy spotkałem go w Krakowie. – Jestem raczej zamknięty w sobie, rozważny. Nie jestem typem ekstrawertyka. Ale widzę wyraźnie, że ten mój uśmiech jest darem Ducha Świętego. Po prostu, gdy głoszę słowo Boże, mówię kazania, ta radość sama wybucha. I to wrażenie, które mieli wczoraj pana znajomi, potwierdzają m.in. telewidzowie, którzy oglądają mój program w pierwszym kanale włoskiej telewizji. Piszą do mnie: ależ ojciec jest pogodny, radosny! A ja wiem, że to dar. Sam sobie tego nie wypracowałem. Uśmiech przełamuje bardzo wiele barier. Jeśli miałbym dać jakąś radę czytelnikom „Gościa”, to powiedziałbym: jeśli chcecie apostołować i nieść słowo Boże, to proście Ducha Świętego przede wszystkim o dar radości. Dlaczego? Ponieważ radość jest tym, co najbardziej przekonuje ludzi. A my mamy przecież pokazać życiem, że Jezus zmartwychwstał i pokonał śmierć. Czy wobec takiej tajemnicy można być ponurakiem? Można zachować pogodę ducha nawet w największym cierpieniu. Już św. Paweł wołał: „Raduję się w każdym cierpieniu”. Bóg nie zabiera naszych problemów, ale daje nam siłę i moc większą od nich, tak że możemy powiedzieć: „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”.

W Starym Testamencie u Joela czytamy, że „przyjdzie dzień Pański, dzień wielki i straszny”, a w Dziejach Apostolskich, że nadejdzie „dzień Pański, wielki i wspaniały”. Co ciekawe, te same wydarzenia („ludzie mdleć będą ze strachu”) dla świata będą przekleństwem, dla chrześcijan – błogosławieństwem („nabierzcie ducha i podnieście głowy”). Jedni mdleć będą ze strachu, inni podniosą głowy. Na wydarzenia, które wywołają paraliż i popłoch, chrześcijanie zareagują w inny sposób.

„Podnieść głowę może człowiek, który wie, że nie należy do samego siebie, i w związku z tym nie jest podszyty strachem o siebie samego” – opowiada muzyk Mateusz „Mate.O” Otremba. „Ta prawda, która jest w Chrystusie, uwalnia od strachu i pozwala lepiej rozróżniać rzeczywistość”.

Znaki czasu

Nie mam pojęcia, czy przyjdzie dziś wieczorem, czy za tysiąc lat. Widzę jednak znaki, o jakich nie marzyli przez wieki chrześcijanie. Dziś przeczytałem wypowiedź duchowego zwierzchnika prawosławia, Bartłomieja, który 2 grudnia powiedział: „Ponowne spotkanie z Kościołem katolickim jest nieuniknione. Podział na prawosławie i katolicyzm nie jest dogmatyczny, lecz historyczny, a katolicy są dokładnie takimi samymi chrześcijanami jak my”.

Na naszych oczach Bóg wypełnia biblijne obietnice związane z Izraelem, a przecież tajemnica powrotu tego narodu została zapisana w Liście do Rzymian w kontekście paruzji! Jezus, płacząc nad Jerozolimą, wołał: „Nie ujrzycie Mnie odtąd, aż powiecie: Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie”. Gdy „wierzący z narodów”, czyli my i Izrael, wejdą w „pełnię”, nastąpi koniec czasu. Kardynał Joseph Ratzinger, spotykając się z przedstawicielami Żydów mesjanistycznych (szacuje się, że w ciągu kilkunastu lat nawet 1,5 mln Żydów uwierzyło w rabbiego Jeszuę), powiedział: „Jeżeli jesteście Izraelem, który powraca, to znaczy, że dochodzimy do ostatniego etapu historii”. Bóg na kartach Biblii zapowiedział, że Żydzi powrócą do swej ziemi, a od 1948 r. mają własne państwo. Obiecał, że Jerozolima połączy się z Izraelem, a to proroctwo wypełniło się w 1967 roku. To nie wróżenie z fusów. Mamy prawo odczytywać te wydarzenia jako znaki czasu. Nie czekamy na klęski i zawirowania. Czekamy na Gody Baranka. Jesteśmy Oblubienicą, którą Bóg stroi w swe klejnoty.

Jezus był monogamistą

„Jezus był monogamistą i miał tylko jedną oblubienicę: choć jej widoczna jedność została złamana, to są nią wszyscy, którzy wierzą w Chrystusa. Miłości do Oblubieńca powinien towarzyszyć coraz większy szacunek do oblubienicy, którą On przecież wybrał” – opowiada Johannes Hartl z Domu Modlitwy w Augs- burgu. „Bóg kocha jak oblubieniec. W Piśmie Świętym znajdziemy wiele zadziwiających obrazów, w których relacja Boga do narodu wybranego jest porównywana do więzi miłości, jaka łączy mężczyznę i kobietę. Bóg pragnie, by Jego miłość była odwzajemniona. Tęsknota, jaką odczuwa Bóg, może nam bardzo wiele powiedzieć o Jego naturze. Jest to bowiem tęsknota Boga za tym, by stworzenie wybrało Go jako swoją jedyną drogę – by człowiek dostrzegł niepowtarzalność, nieskończoną wolność i potęgę, jakie cechują przedmiot jego tęsknoty. Boża miłość jest miłością, która płonie. Poszukiwanie tej jedynej oblubienicy jest jednym z najbardziej pierwotnych wątków obecnych w Piśmie Świętym, gdyż jest ono echem okrzyku Bożego serca: gdzie jest moja umiłowana? Gdzie jest lud, przed którym mogę otworzyć swoje serce? Gdzie jest miejsce mojego odpocznienia? Gdzie jest lud, pośród którego mogę zamieszkać i do którego mogę mówić twarzą w twarz, tak jak rozmawiam z moim przyjacielem Mojżeszem? Prorocy coraz wyraźniej dają do zrozumienia to, co już wcześniej wisiało w powietrzu: Bóg nie jest tylko stroną w zawartym przymierzu. Nie jest tylko Królem. Nie jest nawet tylko Ojcem. Jego uczucia są uczuciami Oblubieńca (por. Ez 16). Ten Oblubieniec kocha zazdrosną miłością, pełną pasji, wierną, nieustannie zabiegającą i walczącą o miłość swojej oblubienicy. Jest to precyzyjnie opisane w Księdze Ozeasza. Młody prorok otrzymuje polecenie od Boga, by poślubić prostytutkę i płacić jej, by pozostawała mu wierna. Właśnie taką miłością Bóg darzy swój lud… Skandaliczna myśl! Bóg, który pozostaje wierny niewiernej oblubienicy tylko dlatego, że jest w niej zakochany…”.

Pierre-Marie Delfieux, założyciel Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich, w rozpędzonym pociągu relacji Katowice–Warszawa opowiadał mi: „Święci Hieronim, Augustyn czy Grzegorz Wielki ubolewali: to już koniec. Gdy barbarzyńcy opanowali Zachód, a chrześcijański Rzym został na nowo spoganizowany, ludzie załamali ręce. Można mnożyć te przykłady: dwadzieścia przykładów na dwadzieścia wieków. A Kościół żyje. Mówi się, że jest stary, bo ma dwadzieścia wieków. Nieprawda: on jest zawsze młody i ma dwadzieścia lat. Kobieta, która rodzi, jest smutna i cierpi, ale gdy widzi maleńkie dziecko – promienieje. Widzę, że wy w Polsce też jesteście teraz smutni, macie spuszczone głowy. Trudno przechodzi się wam od wiary masowej, tradycyjnej do osobistego spotkania Jezusa. To normalne. Poczekajcie trochę, zobaczycie: wasza radość będzie wielka!”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji