Nowy numer 42/2020 Archiwum

Szczęście szyte na miarę

Pan Bóg uzdrowił jego małżeństwo i pokazał mu cel pracy zawodowej. Dzisiaj Mariusz Leszczyński nie wyobraża sobie życia bez codziennej Eucharystii, regularnych spowiedzi i rekolekcji.

Trzydziestolatek ze zdeformowanymi stopami wreszcie może wychodzić z domu. Dziewczynka chorująca na glejaka robi postępy w rehabilitacji. Cierpiący na porażenie prawej strony ciała mężczyzna już nie musi prosić żony o zawiązanie sznurowadeł. Dzięki wykonanym na zamówienie butom cała trójka mogła zacząć nowe życie. Prezes Aurelki nazywa ich swoimi pacjentami, a nie klientami. – W naszej pracy nie chodzi tylko o zarabianie pieniędzy, ale przede wszystkim o pomoc osobom cierpiącym. Największą nagrodą za to, co robimy, jest uśmiech na twarzy drugiego człowieka – mówi „Gościowi” Mariusz Leszczyński.

Co do grosza

W 1996 r. pan Mariusz zapragnął kontynuować rodzinne tradycje (jego dziadek był szewcem) i założył firmę obuwniczą. Na początku interes rozwijał się całkiem dobrze, ale po kilku latach przyszedł kryzys. Polscy przedsiębiorcy nie mieli szans w starciu z Chińczykami, których produkty zaczęły zalewać europejskie rynki.

Leszczyński w swoim zakładzie zatrudniał 10 osób. Zbliżał się dziesiąty dzień miesiąca, a firma była na minusie. Zależało mu już tylko na tym, aby pracownicy dostali swoje pensje. W akcie desperacji zapakował buty do samochodu i z Mławy wyruszył na północ. Odwiedził m.in. Działdowo, Brodnicę i Iławę. Żaden z tamtejszych sklepów nie chciał jednak kupić jego butów. Pozostało mu już tylko jedno miasto, w którym mógł szukać szczęścia. – Zatrzymałem się na parkingu i zacząłem prosić Matkę Bożą o pieniądze na wypłaty. Powtarzałem, że nie chcę nic więcej, to była modlitwa żebraka – opowiada pan Mariusz.

W Malborku natrafił na hurtownię obuwniczą. Kiedy na miejscu zapytano go o cenę produkowanych przez niego butów, obniżył ją do minimum. Spotkał się jednak z kpinami i stanowczą odmową. Wówczas pokazano mu magazyn wypełniony dużo tańszym obuwiem sprowadzonym z Chin. Pan Mariusz nie wiedział, co robić dalej. Kiedy już miał wracać do domu, niespodziewanie jeden z właścicieli zmienił zdanie. Postanowił kupić wszystkie buty, płacił gotówką. – Wypisywałem fakturę drżącą ręką. Prawdziwego szoku doznałem jednak, wyliczając ostateczną kwotę. Okazało się, że co do grosza odpowiada tej, której potrzebowałem na wypłaty dla pracowników. Zrozumiałem, że ktoś nade mną czuwa – opowiada pan Mariusz.

Co tak cyka?

W tamtym czasie zbliżył się do Kościoła. Miał już za sobą pielgrzymkę na Jasną Górę, na nowo odkrywał znaczenie sakramentów, modlił się, czytał słowo Boże. Wcześniej długo był jednak przekonany o tym, że jest samowystarczalny. – Otwierałem firmy, wyjeżdżałem za granicę, miałem wiele pomysłów, jak zarobić pieniądze. W moim życiu nie było miejsca dla Pana Boga – przyznaje.

Kiedy był jeszcze „niedzielnym katolikiem”, po Mszy św. dostał zaproszenie do zakrystii. Podczas rozmowy z księdzem wspólnie z żoną dowiedzieli się, że w parafii powstaje Ruch Rodzin Nazaretańskich. Kiedy zaczęli uczestniczyć w spotkaniach, zaproponowano im wyjazd na rekolekcje do Bańskiej Wyżnej. Pani Małgorzata była przekonana, że powinni skorzystać z tej propozycji, mąż długo pozostawał jednak sceptyczny. Zmienił zdanie dopiero, kiedy dowiedział się, że jego żona poważnie myśli o separacji. – Wydawało mi się, że jestem dobrym mężem i ojcem. Nie pomyślałem o tym, że moja żona nie chce, żebym latał po świecie i spotykał się z kolegami. Nasze córki też na tym cierpiały. Nie miałem pojęcia, że je ranię – wspomina.

Ze strachu przed utratą żony zdecydował się pojechać na rekolekcje. Usiadł w kręgu z innymi uczestnikami spotkania, cisza i atmosfera skupienia doprowadzały go do szału. W pewnym momencie usłyszał dziwny dźwięk. Zapytał siedzącego obok mężczyznę, co tak cyka. Ten zrobił się cały czerwony i odpowiedział: „Ja cię bardzo przepraszam, dopiero wczoraj wyszedłem ze szpitala, mam wstawiony rozrusznik serca”. Panu Mariuszowi zrobiło się głupio. Po wyjściu z budynku widział górali, którzy w deszczu zbierali siano. Nie chciał proponować im pomocy. Po chwili zobaczył, że jego nowy kolega z rozrusznikiem trzyma widły w dłoni. – Myślałem, że spalę się ze wstydu. Przez takie małe rzeczy Pan Bóg pokazywał mi, jakim jestem egoistą. Przez kolejne dni uważnie słuchałem wszystkich konferencji. Wyjeżdżałem stamtąd w szoku, zobaczyłem, jaki naprawdę jestem – wyjaśnia Leszczyński.

Wola Boga

Po powrocie do domu pan Mariusz znalazł stałego spowiednika. Rozmowy trwały po kilka godzin. Problem polegał jednak na tym, że jako człowiek na nowo odkrywający wiarę niewiele z nich rozumiał. Podzielił się tym problemem z żoną, która od tego momentu pomagała mu zrozumieć to, co usłyszał. – Wcześniej prawie nie rozmawiałem z Małgosią, po pracy kładłem się na łóżku i milczałem. Dzięki temu, że zacząłem regularnie przystępować do spowiedzi, naprawiłem relacje z żoną. To przełożyło się także na nasze kontakty z dziećmi – opowiada.

Wszystkie trzy córki państwa Leszczyńskich są związane z Ruchem Rodzin Nazaretańskich. Nikt ich do tego nie zmuszał, same wybrały taką drogę. – Widziałam, że dzięki temu tata przeszedł ogromną przemianę. Osoby, które obserwują nas z zewnątrz, zazdroszczą nam szczęśliwej rodziny, która razem jeździ na rekolekcje – mówi Anna Kocot, specjalista do spraw marketingu i rozwoju firmy. W przedsiębiorstwie pracuje także jej siostra Joanna. Mężowie obu pań służą pomocą w niektórych sprawach.

Nawrócenie pana Mariusza zbiegło się w czasie ze zmianą profilu działalności firmy. Na początku XXI wieku niespodziewanie otrzymał od austriackiego przedsiębiorcy propozycję zajęcia się obuwiem ortopedycznym. Zgodził się bez wahania.

Buty z Batmanem

Nazwa firmy powstała podczas pielgrzymki do Rzymu. Pan Mariusz pojechał tam razem z innymi członkami Ruchu na uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Dzisiaj Aurelka cały czas ma w swojej ofercie modele obuwia przeznaczone dla różnych klientów, ale stopniowo przekształca się w firmę stricte ortopedyczną. Konstruując buty, załoga współpracuje z lekarzami i fizjoterapeutami, każdą parę przygotowuje na indywidualne zamówienie klienta. Za pomocą aplikacji można samodzielnie zaprojektować własny design buta. To sprawia wiele radości chorym dzieciom. – Był u nas kiedyś chłopczyk, który poprosił o obuwie z logo Batmana. Udało nam się spełnić jego marzenie. Ogromnie cieszył się z tego, że ma tak wyjątkowe buty, przysłał nawet podziękowanie – opowiada pan Mariusz. Pani Anna dodaje, że od niedawna obowiązuje ustawa o wsparciu kobiet w ciąży i rodzin „Za życiem”. Dzięki niej osoby chore mogą otrzymać dofinansowanie m.in. na obuwie ortopedyczne.

Pan Mariusz stara się być życzliwy nie tylko dla swoich klientów, ale także dla załogi. Kiedy jedna z pracownic krótko po urlopie macierzyńskim zaszła w kolejną ciążę, nie robił jej z tego powodu wyrzutów, cieszył się razem z nią. Szef prężnie działającej firmy rodzinnej nie ma wątpliwości, że w interesach warto kierować się etyką chrześcijańską. – Wcześniej żyłem i działałem w biznesie według własnych zasad. Teraz robię wszystko wspólnie z Panem Bogiem i jestem naprawdę szczęśliwy – podsumowuje.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama