Nowy numer 04/2020 Archiwum

Teatr na start

Ci, którzy obejrzeli „Imperium”, z pewnością z zaciekawieniem sięgną po kolejne produkcje Teatru Telewizji, który w nowym sezonie zachęca różnorodnością. Jest w nim miejsce na klasykę i nowości, historię i baśń, tragedie i komedie.

Bardzo dobry start – tak w skrócie można ocenić spektakl otwierający nowy sezon Teatru Telewizji w TVP1. Wytypowanie na sam początek „Imperium” Wojciecha Tomczyka, w reżyserii Roberta Talarczyka, okazało się strzałem w dziesiątkę. Otrzymaliśmy bowiem sztukę mądrą, intrygującą, przykuwającą uwagę widza błyskotliwymi dialogami i wiarygodnie zbudowanymi postaciami. Historyczną i uniwersalną jednocześnie.

Pojedynek gigantów

Przed rokiem start był znacznie mniej udany. Wtedy, krytykując spektakl „Fryderyk”, przedstawiający wycinek z życia naszego kompozytora, zastanawiałem się, czy Teatr Telewizji musi ciągle penetrować tematy historyczne i na siłę wtłaczać w swoje ramy biografie sławnych Polaków. Bo przecież biografia najwybitniejszej nawet postaci sama w sobie nie stanowi jeszcze gotowego dramatu. Potrzeba dobrego pomysłu, by ten dramat dopiero z niej wydobyć.

W „Imperium” taki pomysł jest i dlatego to przedstawienie ogląda się z dużą przyjemnością. Okazuje się, że nie potrzeba żadnych fajerwerków, pseudoartystycznych udziwnień i mizdrzenia się do współczesnego widza, by zatrzymać jego uwagę. Kameralność spektaklu jest oczywiście zawsze wyzwaniem, bo przy takiej formule jak na dłoni widać wszystkie niedociągnięcia reżyserskie, słabości scenariusza, papierowość dialogów. Ale gdy mamy do czynienia ze sztuką dobrze napisaną, taka formuła jeszcze silniej wydobywa atuty dzieła. Tak jest właśnie w tym przypadku.

Wojciech Tomczyk dał się już wcześniej poznać jako autor, który świetnie czuje się w kameralnych formach o tematyce historycznej. „Norymberga”, ze znakomitą kreacją Janusza Gajosa w roli emerytowanego oficera wywiadu wojskowego, czy „Marszałek”, traktujący o myśli politycznej Józefa Piłsudskiego w ostatnich latach jego życia, są tego najlepszym dowodem. Tym razem dramatopisarz wziął na warsztat dwie nietuzinkowe postaci II Rzeczypospolitej: Melchiora Wańkowicza (w tej roli Ireneusz Czop) i Eugeniusza Kwiatkowskiego (Mariusz Ostrowski). Spotkanie pisarza i polityka okazuje się w sztuce prawdziwym „starciem gigantów” – pojedynkiem nie tylko na słowa, ale przede wszystkim na idee. To starcie dwóch, pozornie przeciwstawnych, sposobów myślenia o Polsce prowadzi do zaskakującego finału.

Cień obserwatora

Punktem wyjścia do swojego dramatu Tomczyk uczynił autentyczne zdarzenie. Wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski, znany nam dzisiaj przede wszystkim jako inicjator budowy portu w Gdyni (choć jego zasługi dla gospodarki przedwojennego państwa polskiego są znacznie szersze), faktycznie zaproponował słynnemu pisarzowi propagowanie założeń czteroletniego planu inwestycyjnego. Głównym punktem tego planu była budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego (COP). Wańkowicz zgodził się na to, a owocem współpracy stała się ostatecznie „Sztafeta” – cykl reportaży z realizacji nowych inwestycji.

W „Imperium” Tomczyk przedstawia autorską wizję negocjacji, które miały do tej współpracy doprowadzić. Eugeniusz Kwiatkowski próbuje tu podejść pisarza, dlatego odkrywa przed nim karty stopniowo. Wańkowicz ma rzekomo nauczyć wicepremiera dobrego stylu pisania, ocenić jego książkę. Minister obsypuje więc reportera komplementami, ale jego protekcjonalny ton brzmi irytująco. Późniejszy autor „Szkiców spod Monte Cassino” od samego początku zdaje się rozszyfrowywać zamysły Kwiatkowskiego. Wie, że celem polityka jest wciągnięcie go w propagandową machinę. „Propagandą się nie zajmuję, choćby w najszczytniejszej sprawie” – odpowiada. „Ale dlaczego? Przecież chyba nie przestał pan być patriotą?” – podchodzi go dalej minister skarbu.

Obaj rozmówcy prowadzą wobec siebie niezwykle inteligentną grę, w którą zostaje wciągnięty także widz, próbujący odgadnąć rzeczywiste intencje obu rozmówców. Znakomity jest fragment, w którym wicepremier prezentuje pisarzowi próbkę swojego „stylu”, pełnego długich zdań i pojęć ogólnych, a ten każe politykowi zamknąć oczy i wyobrazić sobie to, co napisał. Niejako przy okazji więc „Imperium” staje się też dramatem o sztuce pisania. „(...) muszę zwrócić uwagę na szczegóły, bo szczegóły przekonają czytelników, że wiem, o czym piszę (...). Dopiero kiedy zobaczę swój własny cień, cień obserwatora, wiem dokładnie, o czym mam pisać, i czytelnik też to zobaczy” – tłumaczy arkana tego rzemiosła Wańkowicz.

Nie zdążyliśmy

I kiedy wydaje się już, że sprawa jest dla Kwiatkowskiego przegrana, pisarz nieoczekiwanie przystaje na jego propozycję, twierdząc, że „dostrzegł własny cień w jego obrazie”, a więc utożsamił się z jego wizją. Następuje nagły zwrot akcji, do gabinetu wkraczają bracia Paweł i Władysław Kosieradzcy i pospiesznie prezentują opracowany przez siebie plan budowy COP-u. Oczywiście i teraz reporter nie powstrzymuje się od ironii. Sugeruje najpierw, że to wicepremier powinien podpisać się pod projektem młodych twórców, bo „naród nie wyda góry złota na realizację marzeń dwóch nikomu nieznanych gołowąsów. Naród powierzy swoje pieniądze budowniczemu Gdyni”. Następnie składa obu braciom wyrazy współczucia, przypominając, że historia z reguły „zapomina o cichych, mężnych bohaterach”.

Dlaczego więc Wańkowicz decyduje się wziąć udział w tej niesprawiedliwej grze? Kluczowe okazuje się pytanie, które pada z ust pisarza pod koniec spotkania w gabinecie wicepremiera: „Czy zdążymy?”. Zostaje ono zadane w momencie, gdy wicepremier mówi m.in. o pierwszych samolotach, które zostaną wkrótce wyprodukowane w Mielcu. Koresponduje z tym pytaniem stwierdzenie z epilogu, rozgrywającego się już w 1940 r. w rumuńskim Baile Herculane, miejscu internowania rządu RP: „Panie premierze, nie zdążyliśmy…”.

Zgoda pisarza na uczestnictwo w działaniach propagandowych nabiera więc zupełnie innego znaczenia w obliczu zbliżającej się nieuchronnie wojny. Ale też inaczej z tej perspektywy patrzymy na polityczne zabiegi Kwiatkowskiego. Obaj bohaterowie pojedynku okazali się ostatecznie patriotami, którzy swoje – zupełnie różne – talenty poświęcili Polsce. W epilogu nie ma już między nimi żadnej gry; można nawet zauważyć, że role nieco się odwróciły, bo w obliczu katastrofy (i osobistej tragedii – utraty syna) to Kwiatkowski jest tym, który nadal „widzi” przyszłość swojego kraju.

Ambitnie i szeroko

Te poważne tematy zawarł Tomczyk w stosunkowo lekkiej formule, zgrabnie rozbijając patos elementami komicznymi. Subtelny komizm obecny jest nie tylko w dowcipnych dialogach głównych bohaterów, ale także w rozgrywających się równolegle scenach w poczekalni czy w postaciach nieco zagubionych braci Kosieradzkich. Wyprodukowany przez TVP Katowice i wyreżyserowany przez Roberta Talarczyka spektakl ogląda się też przyjemnie ze względu na piękne wnętrza Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego. Jeśli dodamy do tego dobrą grę aktorską, trzeba przyznać, że „Imperium” niczego nie brakuje.

Ci, którzy obejrzeli tę sztukę, z pewnością z zaciekawieniem sięgną po kolejne produkcje Teatru Telewizji. A sezon zapowiada się naprawdę interesująco. Już 21 października zobaczymy na ekranach telewizorów adaptację „Innego świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, arcydzieła obozowej literatury faktu, w reżyserii Igora Gorzkowskiego. Wyzwanie jest tym większe, że tytuł ten nie był dotąd przenoszony na ekran. Tydzień później czeka nas premiera „Hamleta” w reżyserii Michała Kotańskiego – Teatr Telewizji nie rezygnuje zatem z klasyki, i to cieszy. Na 4 listopada zaplanowano z kolei „Dzień gniewu” Romana Brandstaettera (reżyseria: Jacek Raginis-Królikiewicz) – fascynującą opowieść sensacyjną wpisaną w formę misterium paschalnego. Jej akcja rozgrywa się w czasie II wojny światowej, podczas obławy na Żydów. W kolejnych odsłonach cyklu zobaczymy m.in. „Fantazję polską” – sztukę Macieja Wojtyszki o Ignacym Janie Paderewskim oraz nową wersję komediowego hitu Jana Drdy „Igraszki z diabłem” – tym razem w wersji Artura „Barona” Więcka. W nowym Teatrze Telewizji jest więc miejsce na klasykę i nowości, historię i baśń, tragedie i komedie. Jest ambitnie, ale jednocześnie na tyle szeroko, by każdy mógł tu znaleźć coś dla siebie.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Szymon Babuchowski

Kierownik działu „Kultura”

Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Przez cztery lata pracował jako nauczyciel języka polskiego, w „Gościu” jest od 2004 roku. Poeta, autor pięciu tomów wierszy. Dwa ostatnie były nominowane do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego, a „Jak daleko” został dodatkowo uhonorowany Orfeuszem Czytelników. Laureat Nagrody Fundacji im. ks. Janusza St. Pasierba, stypendysta Fundacji Grazella im. Anny Siemieńskiej. Tłumaczony na język hiszpański, francuski, serbski, chorwacki, czarnogórski, czeski i słoweński. W latach 2008-2016 prowadził dział poetycki w magazynie „44/ Czterdzieści i Cztery”. Wraz z zespołem Dobre Ludzie nagrał płyty: Łagodne przejście (2015) i Dalej (2019). Jest też pomysłodawcą i współautorem zbioru reportaży z Ameryki Południowej „Kościół na końcu świata” oraz autorem wywiadu rzeki z Natalią Niemen „Niebo będzie później”. Jego wiersze i teksty śpiewają m.in. Natalia Niemen i Stanisław Soyka.

Kontakt:
szymon.babuchowski@gosc.pl
Więcej artykułów Szymona Babuchowskiego

 

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji