Nowy numer 04/2020 Archiwum

Bez taryfy ulgowej

„Raz widziałem ją w ekstazie. W szpitalu na Prądniku ujrzałem ją zatopioną w modlitwie w postawie siedzącej, ale prawie unoszącą się nad łóżkiem” – notował. Doskonale znamy go z „Dzienniczka”, bo Faustyna opisywała szczegółowo rozterki, próby wiary i zalecenia swego spowiednika. A jak widział Faustynę ks. Sopoćko?

Spaceruję po jesiennym Antokolu, gdzie na cmentarzu wśród zasp liści bezskutecznie szukam grobu pradziadka, i myślę o nich. O ich pierwszym spotkaniu. To tu, przy ul. Senatorskiej 25, ks. Michał spotkał Faustynę.

Nie było jak w filmie Hitchcocka. Nie rozpoczęło się od trzęsienia ziemi. Zazwyczaj pamiętamy przełomowe daty. Moi znajomi obudzeni w środku nocy są w stanie wskazać dzień, w którym doświadczyli Bożej łaski. Jak bardzo wileńskie spotkanie „na szczycie” musiało być zwyczajne i normalne, skoro ks. Sopoćko nie zapamiętał nawet jego daty. „Siostrę Faustynę poznałem w lecie (lipcu czy sierpniu 1933 roku)” – notował po 15 latach.

Historycy ustalili, że było to wcześniej. Jeszcze wiosną. W czwartek, 1 czerwca. W Dzień Dziecka.

Nie zaczęło się sielankowo. Historia kultu Bożego Miłosierdzia rozpoczęła się, jak to zwykle bywa, od drobnostki, małego zaczynu. Od… upomnienia.

Gdy nowo przybyła ruda, piegowata zakonnica ujrzała 45-letniego księdza, jej serce mocniej zabiło. Nie potrafiła ukryć emocji i zaczęła się do niego szeroko uśmiechać. Nieprzywykły do takiego zachowania „niespotykanie spokojny kapłan” upomniał ją. „Tak nie można zachowywać się w kościele!”.

To była pierwsza reakcja! Żadne z nich nie przypuszczało, że połączy ich silna więź, a po kilkudziesięciu latach ich nazwiska będzie wymieniało się na jednym oddechu.

Jej opowieści traktowałem obojętnie

Nie chciałbym być w jego skórze. Gdy usłyszał: „Znam księdza od dawna. Pokazał mi księdza dwukrotnie sam Pan Jezus. Powiedział: »Oto wierny sługa mój, on ci dopomoże spełnić wolę moją tu, na ziemi«”, był wyraźnie zakłopotany.

Traktował Faustynę z powściągliwością i zdrowym niedowierzaniem. Nie ukrywał tego. Szczerze notował: „Nie rozumiałem i nie mogłem się zgodzić, że miłosierdzie Boże jest najwyższym przymiotem Stwórcy, Odkupiciela i Uświęciciela. Dopiero trzeba było prostej, świątobliwej duszy, ściśle zjednoczonej z Bogiem, która – jak wierzę – z natchnienia Bożego powiedziała mi o tym i pobudziła do studiów, badań i rozmyślań na ten temat”.

„W obawie przed złudzeniem, halucynacją lub urojeniem siostry Faustyny zwróciłem się do Przełożonej, Matki Ireny, by mnie poinformowała, kto to jest siostra Faustyna, jaką opinią cieszy się w Zgromadzeniu, u Sióstr i Przełożonych, oraz prosiłem o zbadanie jej zdrowia psychicznego i fizycznego. Po otrzymaniu odpowiedzi pochlebnej dla niej pod każdym względem jeszcze nadal przez czas jakiś zajmowałem stanowisko wyczekujące, częściowo nie dowierzałem, zastanawiałem się, modliłem i badałem, jak również radziłem się kilku kapłanów światłych, co czynić, nie ujawniając, o co i o kogo chodzi” – notował. „Idąc za radą św. Jana od Krzyża, zawsze prawie opowiadania siostry Faustyny traktowałem obojętnie i nie pytałem o szczegóły”.

Był wyciszony, niemal nieobecny. Nie dbał o siebie, zajmował ostatnie miejsca. Bardzo poruszają mnie jego życiowe dewizy: „Należy całkowicie zapomnieć o sobie i za nic się mieć, bo wielki jest Pan, ale tylko w pokornych ma upodobanie” czy: „Pozwolić triumfować innym. Nie przestawać być dobrym, gdy inni dobroci nadużywają”.

Skąd brał ogromny wewnętrzny spokój? – zapytałem przed laty siostry z białostockiego domu przy Poleskiej, w którym mieszkał i umierał. – To była cecha jego charakteru i owoc wileńskiej formacji: liczenie się z każdym słowem, szacunek dla drugiego człowieka.

Zniosę wszystko, ale nie odejdę!

„Siostra Faustyna zwróciła moją uwagę na siebie niezwykłą subtelnością sumienia i ścisłym zjednoczeniem z Bogiem; przeważnie nie było materii do rozgrzeszenia, a nigdy nie obraziła Boga grzechem ciężkim” – notował w ostatnich dniach stycznia 1948 w komunalnym mieszkanku przy białostockiej ul. Złotej. Przyjechał tu z Wileńszczyzny rok wcześniej, gdy Litwa została przydzielona Sowietom. „Już na początku oświadczyła mi, że zna mnie od dawna z jakiegoś widzenia, że mam być jej kierownikiem sumienia i muszę urzeczywistnić jakieś plany Boże, które mają być przez nią podane. Zlekceważyłem to jej opowiadanie i poddałem ją pewnej próbie, która spowodowała, że za pozwoleniem Przełożonej siostra Faustyna zaczęła szukać innego spowiednika”. Faustyna nie dała jednak za wygraną: „Po jakimś czasie powróciła do mnie i oświadczyła, że zniesie wszystko, ale ode mnie już nie odejdzie”.

Na początku znajomości mistyczka uprzedziła spowiednika, że nie będzie łatwo, prosto i przyjemnie: „Przepowiedziała dość szczegółowo trudności i prześladowania, jakie mnie spotkają w związku z szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego. Łatwiej było znieść to wszystko w przeświadczeniu, że taka była w całej tej sprawie wola Boża od początku”.

Ksiądz Michał wiedział doskonale, że może zawsze liczyć na jej gorącą modlitwę. O jej skuteczności przekonał się na własnej skórze: „Rozpoczęły się przepowiedziane przez siostrę Faustynę wielkie trudności, które wciąż się potęgowały. O tych trudnościach prawie nikomu nie mówiłem, aż dopiero w dniu krytycznym prosiłem siostrę Faustynę o modlitwę. Ku wielkiemu memu zdziwieniu w tymże samym dniu wszystkie trudności prysły, jak bańka mydlana, zaś siostra Faustyna opowiedziała, że przyjęła moje cierpienia na siebie i tego dnia doznała ich tyle jak nigdy w życiu”.

Bardziej ciekawość niż wiara

Lektura jego prywatnych notatek odsłania początki kultu Bożego Miłosierdzia widziane od kuchni. Z perspektywy zwątpień, rozczarowań i sceptycyzmu.

Jakże szczerze i rozbrajająco brzmi jego wyznanie, że namalowanie obrazu Bożego Miłosierdzia zlecił Eugeniuszowi Kazimirowskiemu, „wiedziony bardziej ciekawością, jaki to będzie obraz, niż wiarą w prawdziwość widzeń siostry Faustyny”.

Gdy latem 1934 roku płótno zostało ukończone, sama Faustyna „nie potrafiła jeszcze wytłumaczyć, co oznaczają promienie na obrazie”. Ta lapidarna notatka pokazuje, w jakiej ciemności działali Sekretarka Miłosierdzia i jej spowiednik. Wykonywali posłusznie kroki wiary, robili to, o co prosił Jezus, nie dorabiając do tego żadnej pobożnej ideologii. Przypominali w tym biblijnego Filipa, który usłyszał polecenie: „Idź na drogę, jest ona pusta”. Po co wychodzić na drogę, która jest pusta? Bóg raczy wiedzieć.

Tu było podobnie. Dopiero gdy obraz był namalowany, Jezus wyjaśnił Faustynie: „Blady promień oznacza Wodę, która usprawiedliwia dusze, a czerwony promień Krew, która jest życiem duszy”.

Konający Marszałek i przerażająca wizja

W swym dzienniku ks. Michał opisywał chwile zwątpienia. Nie grał bohatera, ale nazywał rzeczy po imieniu. „Nie mogłem zawiesić obrazu w kościele bez pozwolenia Arcybiskupa, którego wstydziłem się o to prosić”.

Umieścił płótno w ciemnym korytarzu w klasztorze bernardynek, którego był rektorem. Ponieważ Faustyna nie dawała za wygraną i domagała się umieszczenia go w bardziej widocznym miejscu, ks. Michał użył fortelu. Jak Onufry Zagłoba, który przemierzył wzdłuż i wszerz litewskie drogi.

„Proboszcz Ostrej Bramy kanonik St. Zawadzki prosił mnie, bym wygłosił kazanie. Zgodziłem się pod warunkiem umieszczenia owego obrazu jako dekoracji w oknie krużganku, gdzie obraz ten wyglądał imponująco i zwracał uwagę wszystkich bardziej niż obraz Matki Boskiej. W parę dni po Triduum w Ostrej Bramie siostra Faustyna opowiedziała mi o swoich przeżyciach w czasie tej uroczystości. Następnie 12 maja widziała w duchu konającego Marszałka Piłsudskiego i opowiadała o strasznych jego cierpieniach. Pan Jezus miał jej to pokazać i powiedzieć: »Patrz, czym kończy się wielkość tego świata«. Widziała następnie sąd nad nim, a gdy zapytałem, czym on się skończył, odpowiedziała: »Zdaje się Miłosierdzie Boże za przyczyną Matki Boskiej zwyciężyło«”.

Nie była to jedyna wizja dotycząca wydarzeń historycznych. Tuż przed II wojną opowiadała spowiednikowi o „nadchodzących strasznych czasach”. Ten jednak, wierny podpowiedziom Jana od Krzyża, nie dopytywał o szczegóły: „Nie zapytałem, jaki to los ma spotkać Polskę, że ona tak ubolewa? Sama zaś mi tego nie powiedziała, tylko westchnąwszy, zakryła twarz od zgrozy obrazu, który prawdopodobnie wówczas widziała. Przepowiedziała mi też swą śmierć 26 września, że za dziesięć dni umrze, a 5 października umarła. Z braku czasu na pogrzeb przyjechać nie mogłem”.

Głupstwo piszesz!

Niezwykły duet. On – oczytany, wykształcony, ona, jak sam opisywał: „zaledwie umiała pisać z błędami i czytać”. „Pod względem naturalnego usposobienia była zupełnie zrównoważona, bez cienia psychoneurozy lub histerii” – notował spowiednik, który zresztą już na samym początku wysłał mistyczkę do psychiatry. „Naturalność i prostota cechowała jej obcowanie zarówno z siostrami w zgromadzeniu, jak z osobami obcymi. Nie było w niej żadnej sztuczności i teatralności, żadnej wymuszoności ani chęci zwracania uwagi na siebie”.

Ponieważ jeszcze w Wilnie siostra Faustyna wspominała o tym, że czuje przynaglenie wystąpienia z zakonu Matki Bożej Miłosierdzia i założenia nowego zgromadzenia, jej spowiednik miał twardy orzech do zgryzienia. „Uważałem to przynaglenie za pokusę i nie radziłem traktować tego poważnie” – podpowiadał. „Rozmawiałem z nią na temat zgromadzenia, które chciała założyć, a teraz umiera, zaznaczając, że to chyba było złudzeniem, jak również może złudzeniem były i wszystkie inne rzeczy, o których mówiła. Siostra Faustyna obiecała na ten temat rozmawiać z Panem Jezusem na modlitwie”.

Sam ks. Sopoćko odprawił w tej intencji Mszę Świętą. Gdy spotkał się z leżącą w szpitalu mistyczką, zapytał, czy ma jakieś odgórne wytyczne. Ta jednak bez zbędnego owijania w bawełnę odparowała, „że nie potrzebuje mówić, bo już mnie Pan Jezus w czasie mszy św. oświecił”.

Ksiądz Sopoćko czuł się prześwietlony. Faustyna dodała, że „w kazaniu, które tego dnia wygłosiłem przez radio, nie było zupełnie czystej intencji (rzeczywiście tak było) i że widzi, jak w małej drewnianej kapliczce w nocy przyjmuję śluby od pierwszych sześciu kandydatek do tego Zgromadzenia. Wszystko prawie, co przepowiedziała, najdokładniej się spełniło”.

O tym, że kluczową postacią w życiu mistyczki był pokorny kapłan z Wileńszczyzny, świadczy jedna dramatyczna historia. Gdy latem 1934 r. przez kilka tygodni nie mógł spowiadać Faustyny, ta… spaliła pierwowzór „Dzienniczka”. „Ponoć zjawił się jej Anioł i kazał wrzucić go do pieca, mówiąc: »Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości. Cóż ty masz z tego miłosierdzia? Po co czas tracisz na pisanie jakichś urojeń?! Spal to wszystko, a będziesz spokojniejsza i szczęśliwsza!«. Siostra Faustyna nie miała kogo się poradzić i gdy widzenie się powtórzyło, spełniła polecenie rzekomego anioła. Potem zorientowała się, że postąpiła źle, opowiedziała mi wszystko i spełniła moje polecenie opisania wszystkiego na nowo”.

Do zobaczenia w niebie!

W ekstazie widział ją jedynie raz. „2 września 1938 roku, gdy ją odwiedzałem w szpitalu na Prądniku. Gdy otworzyłem drzwi do separatki, w której się znajdowała, ujrzałem ją zatopioną w modlitwie w postawie siedzącej, ale prawie unoszącą się nad łóżkiem. Wzrok jej był utkwiony w jakiś przedmiot niewidzialny, źrenice nieco rozszerzone, nie zwróciła uwagi na moje wejście, a ja nie chciałem jej przeszkadzać i zamierzałem się cofnąć; wkrótce jednak ona przyszła do siebie, spostrzegła mnie i przeprosiła, że nie słyszała mego pukania do drzwi ani wejścia. Pożegnałem ją, a ona powiedziała: »Do zobaczenia w niebie!«. Gdy następnie 26 września odwiedziłem ją po raz ostatni w Łagiewnikach, nie chciała ze mną już rozmawiać, a może raczej nie mogła, mówiąc: »Zajęta jestem obcowaniem z Ojcem Niebieskim«, rzeczywiście robiła wrażenie nadziemskiej istoty”.

Umierał 15 lutego 1975 roku w dniu imienin Faustyny, nie doczekawszy wyboru na Stolicę Piotrową kard. Wojtyły i zniesienia wydanej w 1959 roku notyfikacji zakazującej kultu Bożego Miłosierdzia. Jak dramatycznie brzmią dziś jego słowa: „Kończę osiemdziesiąt lat. Moje ręce są puste”. Absolutnie nic nie zapowiadało tego, że dzieło Miłosierdzia w tak ekspresowym tempie rozleje się na cały świat. Umierający spowiednik nie doświadczał owoców proroctwa, które kilkadziesiąt lat wcześniej zanotowała Faustyna: „Tyle koron będzie w koronie jego, ile dusz się zbawi przez dzieło to”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji