GN 43/2020 Archiwum

Afgańska pułapka

Prezydent Donald Trump próbuje za wszelką cenę wyplątać USA z konfliktu w Afganistanie, ale jego ostatnie posunięcia przynoszą odwrotny skutek.

W listopadzie minie 18 lat od momentu wkroczenia amerykańskich wojsk do Afganistanu. Kolejny raz w historii kraj ten staje się pułapką bez wyjścia: talibowie kontrolują coraz większe tereny, na granicy z Pakistanem rośnie aktywność ISIS, a liczba ofiar konfliktu wzrasta. Donald Trump stara się wyplątać USA z tej wojny i doprowadzić przed wyborami do całkowitego wycofania wojsk, lecz ostatnie wysiłki prezydenta jedynie pogłębiły zamieszanie. Negocjacje z talibami były źle odbierane przez rząd w Kabulu i popierających go Afgańczyków. W USA też pozostaje silna frakcja przeciwników dogadywania się z talibami, którzy zresztą w trakcie negocjacji ani na chwilę nie zaprzestali walki i zamachów terrorystycznych. Spór na tym tle był jednym z powodów odejścia Johna Boltona – doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta.

Ostatecznie 8 września Trump niespodziewanie wycofał się z niemal sfinalizowanego traktatu pokojowego z talibami. Oznacza to z kolei nasilenie ich ataków i powoduje rozczarowanie tej części Amerykanów, którzy chcą pokoju za wszelką cenę. Czy jest jeszcze jakakolwiek nadzieja na rozsupłanie afgańskiego węzła gordyjskiego?

Smutne stulecie

19 sierpnia w Afganistanie obchodzono 100. rocznicę niepodległości. Gdy w 1919 r. tereny te opuścili Brytyjczycy, król Amanullah Khan chciał stworzyć kraj świecki i otwarty na świat, poniósł jednak klęskę. Po 100 latach w Afganistanie znów narasta przekonanie, że kraj jest skazany na upadek. Talibowie kontrolują obecnie największy obszar od momentu rozpoczęcia amerykańskiej interwencji – 119 dystryktów (29,2 proc. powierzchni kraju). Rząd w Kabulu ma władzę nad niewiele ponad połową kraju (56,3 proc.), w pozostałej części toczy się regularna wojna, w której rządowe wojska ponoszą kolejne porażki. Pod koniec sierpnia talibowie zaatakowali Kunduz, jedno z pięciu największych afgańskich miast, potem walki przeniosły się do Pul-e Khumri – kolejnego dużego ośrodka, położonego na drodze z Kunduzu do stolicy. Przerwana została większość połączeń drogowych między największymi miastami, władza rządu zaczyna się ograniczać do izolowanych obszarów. Pod znakiem zapytania stoi możliwość przeprowadzenia zaplanowanych na 28 września 2019 r. wyborów prezydenckich.

W siłę rosną też ekstremiści związani z tzw. Państwem Islamskim (ISIS). Osłabienie władzy centralnej i spadek liczebności amerykańskich wojsk pozwoliły im odbudować swoje obozy szkoleniowe w niedostępnych terenach przy granicy z Pakistanem. W Afganistanie wprowadzają oni sprawdzoną w Iraku taktykę szerzenia chaosu atakami terrorystycznymi i podkopywania wiary obywateli w zdolność rządu do zapewnienia bezpieczeństwa. To ISIS stało za barbarzyńskim atakiem 16 sierpnia w Kabulu. Zamachowiec samobójca wysadził się podczas wesela, zabijając 60 osób. Po tej tragedii odwołano większość uroczystości z okazji 100-lecia niepodległości. Rok 2018 był najbardziej krwawy od rozpoczęcia wojny z talibami: 3804 ofiary wśród cywili. Już wiadomo, że w 2019 r. będzie jeszcze gorzej – w ciągu pierwszych sześciu miesięcy zginęło prawie 4 tys. ludzi.

Odwrót za wszelką cenę

Odbijanie kraju przez talibów jest oczywiście związane ze stopniowym wycofywaniem się międzynarodowych sił interwencyjnych. Obecnie w Afganistanie przebywa 14 tys. amerykańskich żołnierzy i kolejnych 17 tys. z międzynarodowej koalicji (ogółem 39 państw). To niewielka liczba w porównaniu ze szczytowym rokiem 2010, gdy 100 tys. Amerykanów stacjonowało w Afganistanie. Jednak zdaniem Donalda Trumpa „to żenujące”, że wojska USA w ogóle tam jeszcze działają, i obiecuje przed wyborami prezydenckimi sprowadzić je do kraju. Z punktu widzenia kalkulacji wyborczych to racjonalna decyzja – afgańska wojna jest skrajnie niepopularna w amerykańskim społeczeństwie. Według badań z końca 2018 r., zleconych przez think tank Charles Koch Institute, aż 75 proc. Amerykanów poparłoby decyzję o pełnym odwrocie z Afganistanu. Dwie trzecie ankietowanych uważa, że wojna zakończyła się niepowodzeniem. Roczne utrzymanie przebywających tam wojsk USA kosztuje około 45 mld dolarów.

Aby nie dopuścić do powtórki sprzed 30 lat – upokarzającego, naznaczonego stratami odwrotu radzieckich wojsk – Amerykanie spróbowali porozumieć się z talibami. Negocjacje pokojowe ruszyły w październiku 2018 r. w Katarze. Ze strony USA rozmowy prowadził Zalmay Khalilzad – Afgańczyk z pochodzenia, z doświadczeniem ambasadorskim na najtrudniejszych placówkach (w Iraku i Afganistanie), uważany za najbardziej wpływowego muzułmanina w amerykańskiej polityce.

Cieniem na negocjacjach z talibami położyło się przystanie USA na ich główny warunek – niedopuszczenie do rozmów afgańskich władz. Talibowie uważają rząd w Kabulu za „marionetkowy reżim”. Stany Zjednoczone zadowoliły się mglistą deklaracją, że po zawarciu pokoju z USA rozpoczną się wewnątrzafgańskie rozmowy. Legalnie wybrane władze i popierający je Afgańczycy uważają to za zdradę ze strony Amerykanów, mówią, że o przyszłości kraju mogą się dowiedzieć tylko z komunikatów na Twitterze. Przerażeni wizją opuszczenia kraju przez siły USA i powrotu do władzy talibów są obrońcy praw człowieka.

Talibowie przez cały okres rozmów pokojowych ani na moment nie zaprzestali prowadzenia wojny i samobójczych zamachów terrorystycznych. Afgańskie wojsko zostało zepchnięte do defensywy, w 2019 r. zabito 16 amerykańskich żołnierzy. Talibowie dobrze wiedzą, że prezydent USA desperacko pragnie wycofać swoje wojska, stąd negocjowali w Katarze, jakby to oni byli silniejszym partnerem.

Niezrażeni kontrowersjami i militarną ofensywą talibów Amerykanie kontynuowali rozmowy. W sumie odbyło się dziewięć rund negocjacyjnych, a afgańscy radykałowie zaczęli nawet mówić o „dobrej atmosferze” i wyrażali zadowolenie z postępów. Na początku września Zalmay Khalilzad ogłosił, że jest gotowy „ogólny kształt porozumienia”, a talibowie poinformowali, iż 23 września odbędzie się pierwsze spotkanie z afgańskim rządem. Do tego momentu sprawy z USA miały zostać uregulowane. Zgodnie z porozumieniem w ciągu 135 dni z Afganistanu miała wycofać się kolejna, 5-tysięczna grupa amerykańskich żołnierzy. Talibowie mieli w zamian zaprzestać ataków na siły USA i ich sojuszników, jak również nie dopuścić do funkcjonowania na terenie Afganistanu baz organizacji terrorystycznych.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama