Nowy numer 08/2020 Archiwum

Tragedia pod Giewontem

Solidarność, determinacja, umiejętność współpracy i poczucie obowiązku wobec poszkodowanych – to główne składniki sukcesu akcji ratowniczej po tragicznej nawałnicy, która rozpętała się w Tatrach.

Ludzie, którzy byli na dole, mówili, że wojna. Grzmoty były przerażająco głośne, potem nad Zakopanem rozległ się warkot śmigłowców. – Przeczuwaliśmy, że stało się coś złego – opowiada Katarzyna z Poznania, która w piątek 23 sierpnia po strasznym czwartku postanowiła skrócić urlop i wyjechać z Podhala. – Trudno się bawić i odpoczywać, gdy ludzie walczą o życie – wyjaśnia krótko. Nie tylko ona tak uważa. W piątek przed południem w stronę Krakowa sunął wolno wielokilometrowy ciąg samochodów. Pod Giewontem trwała największa w historii taternictwa akcja ratunkowa.

Stan wyjątkowy

Zamach terrorystyczny. Takie skojarzenie nasunęło się nie tylko naczelnikowi TOPR Janowi Krzysztofowi. Apoloniusz Rejwa, jego starszy kolega, emerytowany ratownik górski i przewodnik, przyznaje, że czegoś takiego w swoim ponad 80-letnim życiu nigdy nie widział. – Tylu ludzi! Owszem, były wyprawy, gdzie kilka czy kilkanaście osób ucierpiało, ale na taką skalę? Nigdy! – twierdzi z przekonaniem. Przed wojną, 15 sierpnia 1937 roku na Giewoncie zginęły trzy osoby, a czwarta zmarła w szpitalu po dwóch tygodniach. Trzynaście osób było wtedy rannych. – Ale w tamtych czasach na Giewont nie chodziły takie tłumy – dodaje, zastrzegając, że tych dwóch wypadków nie można porównywać.

22 sierpnia bowiem w Tatrach rozpętał się armagedon. Burza rozpoczęła się ok. 13.15. Do uderzenia pioruna w krzyż na Giewoncie doszło trzy kwadranse później. Następnie cała energia przeniosła się po mokrych skałach na łańcuchy, których trzymało się kilkudziesięciu turystów. Wszyscy zostali poparzeni. Wielu spadło ze skał, bo uderzenie niemal wyrzuciło ich w powietrze. Inni rozpoczęli paniczną ucieczkę, potykali się, upadali na ziemię. Dlatego tylu poszkodowanych: oprócz porażeń turyści doznali złamań kończyn, uszkodzeń wielonarządowych, poranili twarze. Ci, którzy byli wtedy pod szczytem, porównują tamtą sytuację do wybuchu kilku granatów. Odłamki skał fruwały bezładnie, uderzając w ludzi.

Chwilę po 13.00 w centrali TOPR odebrano informację o turyście porażonym piorunem w rejonie Czerwonych Wierchów. SMS-y z wezwaniem do akcji trafiły natychmiast do ratowników. Rzucali wszystko, by ruszyć na pomoc. Piloci śmigłowców wystartowali jeszcze w trakcie burzy. – Zaangażowanie naszej całej ekipy lotniczej jest nie do ocenienia. W pierwszej możliwej chwili zostały podjęte działania śmigłowcem TOPR Sokół, podobnie jak działania Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, bo przylot do Zakopanego w tych warunkach też nie był prosty. Pierwsi ratownicy na Giewoncie byli jeszcze w trakcie burzy, więc ryzyko było bardzo duże – ocenia Jan Krzysztof.

– W tych warunkach akcji ratunkowej nie dało się precyzyjnie zaplanować, ale to, co zrobili ratownicy, z udziałem różnych służb i wielu anonimowych ludzi, jest godne najwyższego szacunku – dodaje Apoloniusz Rejwa. – Nikt z nich nie miał odpowiedniego doświadczenia, ale akcja została sprawnie i dobrze przeprowadzona – mówi z uznaniem.

Cisi bohaterowie

Po nawałnicy udzielono pomocy 157 osobom w kilku szpitalach. Ofiary śmiertelne to 10-letni chłopiec z Małopolski, 10-latka z Mazowsza, 46-letnia mieszkanka Podlasia i 24-latka z Dolnego Śląska. Jedna osoba straciła życie po słowackiej stronie Tatr. – To ogromna skala, nienotowana w górach i chyba nigdy wcześniej, poza trzęsieniem ziemi – mówi Jan Krzysztof. Na gorąco oceniał, że w bardzo krótkim czasie, w ciągu zaledwie czterech godzin, wszyscy, którzy byli poszkodowani, zostali zwiezieni na dół. – To była duża grupa ludzi przypadkowych, bo ludzie na Giewoncie to są osoby przypadkowe. Dorośli, dzieci, porażeni, poparzeni, z połamanymi kończynami, ranami na twarzy i na całym ciele – to było naprawdę dramatyczne zdarzenie, które w bardzo krótkim czasie przy współpracy wielu służb udało się opanować – relacjonował.

Bezpośredni udział w działaniach w Tatrach miało 180 osób. W akcji ratowniczej uczestniczyli: ratownicy TOPR i GOPR, śmigłowce TOPR i LPR, 12 karetek, ponad 80 ratowników Państwowej Straży Pożarnej, liczne zastępy Ochotniczej Straży Pożarnej, Straż Graniczna, Straż Miejska i Policja – ok. 140 policjantów z Komendy Powiatowej Policji w Zakopanem, a także z Oddziału Prewencji Policji w Krakowie oraz Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie i ościennych powiatów. Rozstawiono ogrzewany namiot pneumatyczny, w schronisku na Hali Kondratowej urządzono szpital polowy. Ranni trafili do placówek medycznych w Zakopanem, Krakowie, Limanowej i Nowym Targu.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama