Nowy numer 42/2019 Archiwum

Bracia broni

Czy Turcja jest jeszcze członkiem NATO? Formalnie tak, ale duchem, wyposażeniem i celami strategicznymi – już coraz mniej.

Właściwie należałoby napisać: Turcja przestaje być członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego. Przestaje – bo to proces jednak niezakończony, jak na razie, formalnym wystąpieniem ze struktur, ale kierunek, wydaje się, został obrany. Choć na razie wygląda to ciągle na testowanie granic, do jakich można posunąć się w graniu na dwa fronty.

Kontrakty po rosyjsku

Najbardziej czytelnym tego przejawem jest coraz bardziej demonstracyjne zacieśnianie więzów z Moskwą, przypieczętowane ostatnio zakupem rosyjskiego systemu antyrakietowego S-400, mimo ostrzeżeń strony amerykańskiej, że będzie się to wiązało z wyłączeniem Turcji z programu F-35. Krytycy takiej interpretacji zapewne powiedzą, że gdyby za kryterium lojalności w NATO przyjąć brak współpracy z Rosją, to należałoby uznać, że członkami Sojuszu już dawno przestały być m.in. Francja, Niemcy, Włochy, ostatnio również Węgry. Każdy z tych krajów prowadzi znakomite interesy z Rosją, nierzadko sprzeczne z interesami innych członków NATO.

Dlaczego zatem to Turcja właśnie bardziej niż wymienione wyżej kraje znajduje się, moim zdaniem, „na wylocie” z NATO? Zaznaczmy od razu, że układ sił na Bliskim Wschodzie, o który toczy się batalia, jest kluczowy dla (nie)pokoju na świecie. Ewentualna wojna Zachodu z Iranem byłaby częścią tej batalii – a w tej wojnie Turcja niemal na pewno nie stanęłaby po stronie USA. W najlepszym wypadku zachowałaby formalną neutralność. Wiedzą o tym w Waszyngtonie, ale też w Moskwie. I tam zacierają ręce. Bo nic tak nie cieszy Kremla jak rozbijanie wszystkiego, co udało się Zachodowi scalić – przynajmniej formalnie – w jeden organizm.

Albo, albo

„Jest to najważniejszy kontrakt w najnowszej naszej historii” – tymi słowami prezydent Recep Taayip Erdoğan wyraził radość z realizacji umowy z Rosją, gdy do Turcji dotarły pierwsze komponenty rosyjskiego systemu antyrakietowego S-400. Erdoğan miał świadomość, że wiąże się to z wyłączeniem Turcji z programu F-35. „Turcja jest ważnym partnerem w programie F-35, ale nie jest niezastąpiona” – takie sygnały Ankara dostawała od Amerykanów od dłuższego czasu. Sekretarz obrony USA Patrick Shanahan wyraźnie podkreślał, że nie będzie zgody na sprzedaż Turcji samolotów F-35 w przypadku zakupu systemu rosyjskiego S-400. Turcy byli wszystkiego świadomi: zakup systemu rosyjskiego z punktu widzenia Waszyngtonu wyklucza zakup technologii zbrojeniowych z USA, o czym Turcja dobrze wie, również jako członek NATO. Pomimo postawienia ultimatum, Ankara nie wycofała się z kontraktu z Rosją.

Zgrzyt interesów

Warto w tym miejscu podkreślić, że amerykański sprzeciw nie wynikał tylko z urażonych ambicji, że sojusznik kupuje sprzęt wojskowy nie od USA, tylko od konkurenta. Chodzi o naturę działania rosyjskiego systemu antyrakietowego S-400: wykorzystanie w pełni jego możliwości i równoczesne wykorzystywanie w pełni możliwości amerykańskich F-35 wymagałoby współpracy obu systemów, czyli ich „spasowania”. Krótko mówiąc, rosyjskie radary musiałyby mieć dostęp do amerykańskiej technologii i wszystkich przekazywanych informacji w ramach systemu obsługującego F-35. A to oczywiście pozbawiłoby te samoloty ich największej – jak przekonują Amerykanie – zalety, czyli niewykrywalności przez radary.

Dla Polski to szczególnie ważne: skoro kupujemy od Amerykanów „niewykrywalne” F-35, to ich wartość byłaby niemal zerowa w sytuacji, gdyby doszło do ich „spasowania” z rosyjskim systemem. Ale tak naprawdę oficjalne wpuszczenie Rosjan w jakikolwiek system kontrolowany przez państwa NATO byłoby samobójcze dla samego Sojuszu. Z pewnością Turcy są tego świadomi, a jednak zdecydowali się wejść w układ z Rosjanami. Jak inaczej czytać ten ruch, jeśli nie jako wyraźne dystansowanie się od celów strategicznych NATO?

Mamy alternatywę

Zakup S-400 jest i tak tylko kolejnym sygnałem, że interesy Turcji i Zachodu rozmijają się coraz bardziej. Nie od dziś gołym okiem widać, że zbliżenie, jakie dokonuje się między Turcją a Rosją oraz Iranem, nie jest tylko taktycznym graniem na dwa fronty. Ewidentnie Ankara i Moskwa – w tercecie z Teheranem – budują sojusz obliczony na dalekosiężne plany. Doraźnie w dotychczasowych działaniach chodziło o wspólne akcje m.in. w Syrii. Dla Turcji kluczowa jest kwestia kurdyjska, ale też budowa swojej pozycji jako regionalnego (na razie) mocarstwa. I jest jasne, że to tylko platforma współpracy będąca punktem wyjścia do bardziej zaawansowanych działań. Już sam fakt sprzymierzenia się nie tylko z Rosją, ale i z Iranem, uznawanym za głównego wroga USA, jest wystarczającym sygnałem, że alternatywa jest możliwa. Turcja pokazała to nie tylko zakupem S-400, ale zawieranymi od lat kontraktami na dostawę broni z Rosji, a także organizowaniem wspólnych szczytów (kilku w ciągu zaledwie paru miesięcy w 2018 r.) z Iranem i Rosją na najwyższym szczeblu państwowym.

Przekaz dla Zachodu jest czytelny: tworzymy alternatywny sojusz złożony z państw, z którymi NATO konkuruje lub walczy. To nie tylko próba zaszachowania USA, ale również realne przesuwanie się wektora zainteresowań Ankary i coraz wyraźniejszych ambicji imperialnych – a ich realizacja jest możliwa bardziej w sojuszu z Rosją niż w sojuszu z Zachodem.

Odbijanie piłeczki

Tyle tylko, że Turcja ma swoje powody – poza ambicjami mocarstwowymi – by postawić się Amerykanom. Tłem jest m.in. konflikt ekipy prezydenta Erdoğana i jego osobisty z największym wrogiem, a na pewno rywalem, czyli Fethullahem Gülenem. Najbardziej wpływowy na Zachodzie Turek ma jednocześnie ogromne wpływy w samej Turcji. Mieszka w USA na tzw. dobrowolnym wygnaniu, ale struktury i ludzie, którzy są jego zwolennikami, działają w jego ojczyźnie. O tym, jak wielkie znaczenie dla kierunku, w którym zmierza Turcja, ma ten konflikt dwóch liderów, świadczy fakt, że już dwa lata temu Erdoğan postawił ultimatum Stanom Zjednoczonym: Waszyngton musi dokonać wyboru między utrzymaniem stosunków z Gülenem a utrzymaniem stosunków z Turcją. Administracja Donalda Trumpa nie pozostawała dłużna: w sierpniu ubiegłego roku objęła sankcjami dwóch członków gabinetu Erdoğana – ministra sprawiedliwości oraz ministra spraw wewnętrznych. Obaj otrzymali zakaz wjazdu na terytorium USA oraz prowadzenia transakcji finansowych z obywatelami amerykańskimi, zamrożono także posiadane przez nich w Stanach fundusze.

Ale innym źródłem konfliktu turecko-amerykańskiego jest proces, który zaczął się jeszcze wcześniej. Zwracają na niego uwagę autorzy analizy, jaka ukazała się niedawno na łamach „Foreign Policy” pod znamiennym tytułem „Kto stracił Turcję?”. Keith Johnson i Robbie Grammer dla zilustrowania problemu przywołują pewien mało znany incydent z czasu wojny w Iraku, jaki miał miejsce 4 lipca 2003 roku. Amerykańscy spadochroniarze dokonali wówczas nalotu na osiedle w mieście Sulaymaniyah w północnym Iraku. Żołnierze pojmali m.in. 11 członków elitarnych sił specjalnych Turcji. „Według doniesień wojska USA zakuły Turków w kajdany i zakryły im głowy ciemnymi kapturami, zwykle zarezerwowanymi dla zatrzymanych terrorystów w Afganistanie. Zanim tureccy komandosi zostali zwolnieni, minęły długie dni zakulisowej dyplomacji, w tym długich rozmów telefonicznych między ówczesnym wiceprezydentem Dickiem Cheneyem a ówczesnym premierem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem, aby rozbroić kryzys”, czytamy w FP. Dla Turków do dziś ten „incydent z kapturem” jest uznawany za symbol amerykańskiej arogancji wobec bliskowschodniego sojusznika. „Wielu ekspertów zgadza się, że wina za załamanie stosunków leży po obu stronach” – piszą autorzy. „W obu krajach decyzje dotyczące więzi dwustronnych są marynowane w złości, zanim zostaną podjęte” – cytują opinię Sonera Cagaptaya, eksperta z Turcji pracującego w Washington Institute for Near East Policy. I już od siebie oddają: „Nic nie ilustruje tego lepiej niż gorzka, prawie dziesięcioletnia walka o tureckie systemy obronne, która rozpoczęła się, gdy Stany Zjednoczone odmówiły podzielenia się z Ankarą technologią rakietową związaną z amerykańską baterią Patriot Air Defense. Turcja w końcu zwróciła się o pomoc do Moskwy i rozpoczęła się nowa spirala nieufności”.

Spory, a nawet kłótnie i sprzeczne interesy zdarzają się także wśród sojuszników. W tym wypadku trudno jednak nie dostrzec w tym czegoś więcej: Turcja de facto oddala się od NATO coraz bardziej. Potencjalny wybuch wojny na Bliskim Wschodzie może tylko ten proces przypieczętować.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders" i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. W „Gościu" od 2006 r. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem", wywiadu rzeki z ks. Markiem Dziewieckim „Psycholog w konfesjonale" oraz współautor zbioru reportaży z Bliskiego Wschodu „W drogę ze św. Pawłem". Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Syrii, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i innych. Publikował m.in. w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus"), „Cywilizacji", Onet.pl. Jest również założycielem i właścicielem Wydawnictwa Niecałe (wydaje szeroko rozumianą literaturę faktu). Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, życiem Kościoła i teologią, a także fotografią, filmem, turystyką i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Bałkanów, a także związane z życiem Kościoła na świecie i nową ewangelizacją.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji