Nowy numer 47/2019 Archiwum

Miasto jak skarb przejdź do galerii

Podobno ciało Orfeusza po śmierci zostało rozdzielone na pięć części. Głowę pochowano w miejscu, gdzie powstał Płowdiw. To bułgarskie miasto obwołano Europejską Stolicą Kultury 2019.

Według mitologii greckiej po starożytnej Tracji, gdzie leży Płowdiw, wędrował śpiewak i poeta Orfeusz, grając na dziewięciostrunnej lirze i śpiewając pieśni, przed którymi kłaniały się nawet drzewa. W tej muzyce zakochała się piękna Eurydyka. Moc poezji, a może szerzej – sztuki i nierozłącznej z nią miłości, trwa w tym miejscu do dziś. – Nie da się zrobić idealnej kopii obrazu – mówi malarka Cwetana Gumiela, do której zwracają się Ceca. Chciałabym jak najdokładniej odwzorować ten niezwykły punkt na mapie Europy, ale po jej słowach wiem, że mi się to nie uda. – Jedna kopia od drugiej różni się emocjami malującego – dodaje. Mój portret będzie emocjonalny, bo to miasto, w którym przez kilka kolejnych majów na festiwalach poezji czytałam wiersze, oglądałam obrazy, rozmawiałam o tym, że bez sztuki i smaku tutejszych czereśni nie da się pięknie żyć. Oprowadzana przez poetkę Rozalię Aleksandrową i tłumaczkę Teresę Moszczyńską-Lazarową chodziłam tu po skwerze przy starożytnym stadionie i po zapisanych na jego płytach wierszach, czytając strofy płowdiwskiego twórcy Dobromira Tonewa: „Nic większego od śmierci, nic większego od życia”. – A jednak Płowdiw wydaje się większy od życia i śmierci, czyli przemijania swoich mieszkańców – zamyślamy się nad słowami zapisanymi cyrylicą. – Bułgarów nazywają ludźmi Boga, więc nasz język musi być boski – śmieje się Rozalia.

Każdy kamień

Rozalia chwali się, że ma dwa miasta rodzinne – Madan i Płowdiw. Skończyła filologię bułgarską i polską, i od 38 lat wykłada bułgarski na Uniwersytecie Medycznym w Płowdiwie. – Moje serce od zawsze zna polski i kocham Polaków – mówi. Od pięciu lat organizuje festiwal poezji „Duchowość bez granic”, na który zaprasza piszących z Polski. W tych spotkaniach uczestniczy Teresa Moszczyńska-Lazarowa, nazywana przez wielu ambasadorem Polski w Bułgarii. – Kiedy jestem w Polsce, zachwalam Bułgarię, a tutaj – Polskę – uśmiecha się. Pochodzi z Mazur, ale kiedy przyjechała na studia do Płowdiwu, tak zakochała się w tym kraju, że go nie opuściła i zamieszkała w nim. Ma troje dzieci i wnuczka Mateo, który mówi po polsku. Zajmuje się biznesem, ale od kilku lat tłumaczy wiersze i nie jest pewna, czy to zajęcie nie wybija się na pierwszy plan.

Jej przyjaciółka Ceca, uznana malarka, zna każdy kamień swojego miasta. Kiedy na naszych oczach w ciągu godziny zalało kilka dzielnic, a poziom wody podniósł się metr ponad chodnik, powiedziała: – A ja się nie boję i idę, przecież to moje miasto. Podkasała spódnicę i dotarła, gdzie chciała. Jej rodzina mieszka tu z dziada pradziada. Szczególnie wspomina tragiczne przejścia dziadka Dymitra Janewa, krawca, który za czasów komunistycznych został zesłany do obozu nad Dunajem, bo znajomy doniósł władzom, że nie przejął się śmiercią Geor- gija Dimitrowa, bułgarskiego Bieruta. Po odsiadce wrócił i zaszczepił miłość do miasta wnuczce.

Zakochany w Płowdiwie jest też George Trak – szef galerii „Trakart”. Nieraz na imprezach poetyckich i wernisażach w tej położonej pod ziemią olbrzymiej sali, z odkrytą mozaiką, patio i kolumnadą z czasów rzymskich, spotykały się Rozalia, Teresa i Ceca. George, po ASP i doktoracie z ekonomii, przed dwudziestu laty otworzył pierwsze publiczno-prywatne centrum kulturalne w Bułgarii. Jego misją jest promowanie kultury trackiej, która na tych terenach istniała 6–7 tys. lat przed Chrystusem i stworzyła podstawy kultury europejskiej. – Herodot wspomina o narodzie trackim – opowiada. – Czytamy o nim w „Iliadzie” i „Odysei”. A wszystko przypisuje się Grekom, którzy przyszli tu dopiero w XVIII w. przed Chrystusem. Trakowie wierzyli w nieśmiertelność ludzkiej duszy. Dlatego na tych terenach dobrze przyjęło się chrześcijaństwo.

Z rąk do rąk

Ponad 300-tysięczny Płowdiw znajduje się w czołówce listy najstarszych miast świata. Wznosi się na siedmiu wzgórzach ze sjenitu, wyrastających na skraju tajemniczych gór Rodopów i Niziny Górnotrackiej, z rzeką Maricą pośrodku. Żeby dotrzeć na dobrze zachowaną starówkę, trzeba wspiąć się na trzy wzgórza. Uliczka biegnąca obok cerkwi Konstantyna i Heleny, zbudowanej w 1832 r., prowadzi na najważniejsze z nich – Nebet Tepe do ruin Eumolpias, osady trackiej z II w. przed Chrystusem. Po turecku tepe to wzgórze i to słowo często pojawia się w tutejszych nazwach. Rozalia opowiada legendę o pięknej Rodopie, która zakochała się w Posejdonie. Z tej miłości urodził się Eumolpos. – Ale Posejdon odszedł, bo ciągnęło go morze – mówi. – Hermes, będący świadkiem ich miłości, chcąc wymierzyć mu sprawiedliwość, rzucił za odchodzącym wielki kamień. Posejdon zatrzymał go na trójzębie, aż się rozkruszył, i tak powstały wzgórza przyszłego Płowdiwu. Jego syn osiedlił się na jednym z nich i tak powstała pierwsza osada Eumolpias. Badania archeologiczne potwierdziły, że na terenach dzisiejszego miasta człowiek pojawił się już przed epoką kamienia łupanego. W Muzeum Traków zgromadzono przedmioty z czasów między epokami kamienia i brązu, z okresu trackiego i rzymskiego. Miasto musiało być ważne strategicznie, bo stale o nie walczono. Świadczą o tym jego nieustannie zmieniające się nazwy. Eumolpias została zmieniona przez Traków na Pulpudewę. Nazwa ta używana była do I w. przed Chrystusem. W 341 r. przed Chrystusem miasto podbił Filip II Macedoński i przemianował na Philippopolis. W 270 r. zniszczyli je Scytowie, ale wkrótce po nich wkroczyli Rzymianie, którzy je odbudowali i postawili w II w. po Chrystusie odkryte dziś w kilku miejscach mury obronne. Zmienili też nazwę miasta na Trimontium. Po tym jak w VI wieku po Chrystusie zajęli je Hunowie, przyszły z odwetem plemiona słowiańskie, które nazwały je Pyldenem. Po długich latach niewoli tureckiej dopiero w 1876 r. miasto zostało wyzwolone przez armię rosyjską, w której walczyli Polacy, i wtedy przyjęło nazwę Płowdiw.

Z bliska

Pośród sklepów nie tylko na Starym Mieście rzucają się w oczy dziesiątki antykwariatów, nieustannie przypominających o przeszłości. – Kupisz w nich przedmioty z czasów komunistycznych, ale i sprzed 300 lat – Rozalia zatrzymuje się przed biżuterią umieszczoną na jednej z wystaw. Rzeczy znacznie starsze – na przykład tzw. Skarb Panagjuriszte z III w. przed Chrystusem – oglądamy w Muzeum Archeologicznym. Złoty serwis, wykonany z 23-karatowego złota, ważącego 6 kg i 164 g, odkryto w 1949 r. we wsi położonej 60 km od Płowdiwu. Pośród pamiątek z czasów rzymskich zwraca uwagę grobowiec z IV w., z mozaikami przedstawiającymi wskrzeszenie Łazarza, pawie i gołębie symbolizujące zwycięstwo nad śmiercią. Cały stary Płowdiw to jedno wielkie muzeum archeologiczne, w którym żyją współcześni ludzie. Otulają go osiedla blokowisk i domy z początku zeszłego wieku. Kiedy miasto wybrano na stolicę kultury, niektórzy krytykowali władze, że nie zadbały o budowę sali koncertowej z prawdziwego zdarzenia. – Po co? Mamy przecież teatr antyczny! – usłyszeli. Na napisie architrawu, przymocowanego do proscenium teatru bielejącego na południowym wzgórzu Dżambas Tepe, widnieje informacja budowniczego, że wzniesiono go pod koniec panowania cesarza Trajana. Teresa wspomina, że kiedy prowadzono tu wykopaliska, lubiła umawiać się w tej scenerii na randki. Dziś wieczorami odbywają się tu koncerty w ramach festiwalu Opera Open. Kiedy okazuje się, że sprzedano 5 albo 7 tys. biletów, organizatorzy otwierają wejścia dla gladiatorów i wpuszczają nimi widzów.

Plakaty zapowiadają występ José Cury, który wystąpi w roli Otella. Miłość i śmierć, namiętność i zazdrość odnawiają się w starych murach. Mieszkańcy Płowdiwu nie mogą spamiętać historii budynków zmieniających przeznaczenie. Odkopana spod ziemi północna brama miasta i fragment stadionu rzymskiego z II w. po Chrystusie dziś zmieniły się w kawiarnię, muzeum i punkt informacji turystycznej. Obok nich, w miejscu przebudowanej XIII-wiecznej cerkwi, wznosi się XV-wieczny meczet Dżumaja Dżamija. Na starówce można podziwiać niepowtarzalne w wwzniesionodrewniane domy zamożnych kupców z tzw. dodanym drugim piętrem, będące przykładem historycznego baroku XVIII i XIX w. Jeden z nich zamieniono w szkołę muzyczną, drugi w restaurację, inne w muzea. Niedaleko cerkwi Konstantyna i Heleny znajduje się galeria ikon, do której koniecznie trzeba wejść. Bez spojrzenia w oczy świętym nie zrozumie się ducha prawosławia, który wypełnił tutejsze świątynie. Przedstawieni na nich zastygli poza czasem ze wzrokiem utkwionym w nadludzkie piękno. Ze starówki schodzimy do Kapany, przypominającej krakowski Kazimierz. Tu prowadzą galerię „Atelie 42” przyjaciele Teresy – Milena i Koljo Miszewowie. Mama Mileny – Kalina Atanasowa – maluje Płowdiw zaludniony mieszkańcami wyobraźni. Milena wyrabia biżuterię z polimerowej glinki, a Koljo wymyśla niesamowite rzeźby z masy papierowej. Narzekamy, żeśmy się zmęczyli zwiedzaniem, ale przerywa nam Koljo: – Sztukę trzeba zobaczyć samemu, z bliska, zmęczyć się, nachodzić, a nie oglądać w telewizji. I zachęca do dalszych wędrówek po stolicy kultury, która jest pełna nieodkrytych skarbów. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama