Nowy numer 42/2019 Archiwum

Gorąca posada

Theresa May miała stać się drugą Margaret Thatcher, a poległa w boju o brexit. Wielka Brytania jest osłabiona jak nigdy w powojennej historii.

To miało być modelowe opuszczenie Unii Europejskiej. Liczono na zawarcie porozumienia. Osiągnięto je, ale bez akceptacji brytyjskiego parlamentu. Negocjacje były burzliwe, umowę kilkakrotnie wyrzucano do kosza i z niego wyciągano…

Theresa May poległa w boju o cywilizowany brexit. Wzięła na siebie zadanie, którego realizacja przerosła jej możliwości. Zostawiła półotwarte drzwi, których nikt nie potrafi domknąć. Przyznała się do porażki, gdy łamiącym się głosem zapowiedziała swoją rezygnację.

Głowy w piasek

Od ponad trzech lat jesteśmy świadkami przedziwnego spektaklu. Najpierw premier David Cameron rozpisuje obiecane referendum w sprawie dalszego członkostwa w UE. Robi to, choć sam jest przeciwny wystąpieniu Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty, chce jednak spacyfikować najbardziej antyunijne skrzydło w swojej partii, licząc, że wynik głosowania będzie „bezpieczny”. Gdy okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie, podaje się do dymisji. Na czele torysów, a tym samym także na czele rządu, staje Theresa May, dotychczasowa szefowa Home Office (odpowiednik naszego MSWiA) – to ona będzie miała za zadanie przeprowadzić Brytyjczyków przez proces, którego była zresztą przeciwniczką. May nie była jednak też unioentuzjastką. Jako minister spraw wewnętrznych nieraz dała się poznać m.in. jako zwolenniczka wyłączenia Wielkiej Brytanii spod orzecznictwa unijnego trybunału. Uważała jednak, że jest to możliwe bez formalnego opuszczania UE. Ale to na niej spoczęło to zadanie, gdy tymczasem liderzy kampanii agitującej za wyjściem Wielkiej Brytanii z UE nagle schowali głowy w piasek. Wydawało się logiczne, że to twarze brexitu powinny przejąć stery i rozpocząć proces realizacji woli większości Brytyjczyków. Tymczasem i Boris Johnson, i Michael Gove, i Nigel Farage – każdy w różnych okolicznościach – nagle zniknęli ze sceny. Johnson po rezygnacji May ponownie pojawił się na giełdzie nazwisk osób, które mogą zastąpić dotychczasową premier, a Farage wrócił triumfalnie z nowym projektem politycznym o nazwie Brexit, który… właśnie wygrał wybory do Parlamentu Europejskiego.

Pułapka sondaży

Theresa May miała wszelkie predyspozycje, by przeprowadzić dobre negocjacje rozwodowe z Unią i by rozstanie Londynu z Brukselą odbyło się w sposób możliwie bezbolesny i pokojowy. – Theresa May jest dojrzałym politykiem, przygotowanym do tego, by posprzątać bałagan, jaki zostawili po sobie tzw. leavers, czyli zwolennicy opuszczenia UE – mówił mi już po objęciu urzędu przez nową premier prof. Tim Bale, politolog z Queen Mary University. Wtedy i w prasie, i w dyskusjach pojawił się ton nadziei na to, że Wielka Brytania być może doczekała się swojej drugiej Margaret Thatcher. Żelazna Dama potrafiła uderzyć torebką, by uzyskać dla swojego kraju znaczne ustępstwa w zobowiązaniach wspólnotowych (w ten sposób miała wywalczyć słynny rabat brytyjski w składce członkowskiej). Od Theresy May nie oczekiwano takiej postawy, skoro jej kraj miał opuścić Unię. Liczono jednak, że jej zdolności negocjacyjne pozwolą na przeprowadzenie brexitu na całkiem niezłych warunkach. Co zatem sprawiło, że dziś May żegna się z Brytyjczykami z poczuciem osobistej klęski?

Pierwszym krokiem ku przepaści były przedterminowe wybory parlamentarne w 2017 roku, które Partia Konserwatywna zarazem wygrała i przegrała. Jak to możliwe? Premier May liczyła na zwiększenie przewagi swojej partii w parlamencie (sondaże były obiecujące), a tym samym na zyskanie silnego mandatu przed negocjacjami z Brukselą w sprawie brexitu. Tymczasem zamiast przewagi nastąpiła utrata samodzielnej większości. Z posiadanych 331 mandatów przed wyborami udało się zdobyć tylko 318. To nadal zwykła większość, ale nie o to przecież w tych wyborach chodziło. Dlatego powszechnie wynik uznano za klęskę May. W przeddzień rozpoczęcia twardych negocjacji w sprawie brexitu rząd w Londynie był więc słabszy niż przed wyborami. Już wtedy pojawiły się głosy wzywające Theresę May, by podała się do dymisji. Opozycyjna Partia Pracy była gotowa przejąć rządy, wchodząc w szeroką koalicję z mniejszymi partiami. W tym całym zamieszaniu trzeba przyznać, że stan zawieszenia premier May zdołała pokonać bardzo szybko, doprowadzając do porozumienia konserwatystów z Demokratyczną Partią Unionistów z Irlandii Północnej.

Celtycki kamień

Drugim powodem klęski jest sam charakter brexitu, o którym nie informowali swoich wyborców jego zwolennicy przed referendum, a z którym musiała się uporać właśnie premier May. Negocjacje z jednej strony potwierdzały jej zdolność do łączenia stanowczości z umiejętnością pójścia na mądry kompromis, z drugiej jednak pokazywały, jak trudna do przyjęcia przez parlament będzie każda umowa. Stało się jasne, że najbardziej drażliwym i paraliżującym proces zagadnieniem będzie kwestia granicy z Irlandią. Na mocy porozumienia wielkopiątkowego z 1998 roku, kończącego trwający trzy dekady krwawy konflikt, doszło przecież do likwidacji regularnej granicy między Irlandią a Irlandią Północną. Po brexicie granica musiałaby wrócić. W jaki sposób próbowano to rozwiązać? W pierwszej wersji umowy Londynu z Brukselą znalazł się zapis o tzw. mechanizmie backstopu. Miał on polegać na tymczasowym pozostaniu Wielkiej Brytanii w unii celnej z UE po brexicie, co umożliwiłoby uniknięcie regularnej granicy między Irlandią a Irlandią Północną. To rozwiązanie zostało jednak przez Izbę Gmin odrzucone. Zwolennicy twardego brexitu twierdzili, że w praktyce backstop uczyni Wielką Brytanię zakładnikiem UE, z kolei przeciwnicy brexitu uznawali ten mechanizm za oczywiste źródło kolejnego konfliktu z Irlandią, łącznie z możliwością zjednoczenia Zielonej Wyspy pod rządami Dublina. Sytuacja stała się patowa: Bruksela odrzucała możliwość dalszych negocjacji, w Londynie nie było większości, która mogłaby poprzeć umowę.

Piłka parzy!

Ustąpienie Theresy May tak naprawdę również niczego nie rozwiązuje. Bo jaka jest alternatywa? Jej następcą chce zostać Boris Johnson – były burmistrz Londynu, były szef dyplomacji i główna twarz – obok Nigela Farage’a – kampanii za brexitem toczącej się trzy lata temu. On również może się rozbić o swój projekt, i to jeszcze zanim zdąży objąć jakąkolwiek tekę: oto bowiem musi stawić się przed sądem w związku z zarzutami… o świadome kłamstwo podczas kampanii przed referendum ws. brexitu. Postępowanie zostało wszczęte z prywatnego oskarżenia biznesmena Marcusa Balla. Zarzuca on Johnsonowi, że okłamywał społeczeństwo podczas kampanii referendalnej, gdy mówił, iż Wielka Brytania wysyła 350 mln funtów tygodniowo do Unii Europejskiej. Może skończyć się na grzywnie, na zakazie sprawowania funkcji publicznych, a nawet dożywotnim więzieniu, jeśli sąd uzna, że kłamstwo urzędnika państwowego miało miejsce i że jego konsekwencje zagrażają funkcjonowaniu państwa.

Jeśli jednak Johnson wyjdzie z tego cało i zostanie premierem, to nie rozwiąże problemu, jaki tkwi w samej naturze hipotetycznego ciągle brexitu, czyli kwestii unii celnej i granicy z Irlandią. Trudno zresztą określić, ile w jego poglądach jest autentyczności, a ile politycznego wyrachowania. – Johnson pokazał, jakim jest cwaniakiem. Prowadził zawsze grę obliczoną na objęcie przywództwa w Partii Konserwatywnej. Miał nadzieję, że zrobi to, rozkręcając wielką kampanię agitującą za brexitem, ale nie wygrywając jej – twierdzi prof. Tim Bale. – Kiedy więc wygrał referendum, okazało się, że nie ma planu na przeprowadzenie brexitu i że nie jest gotowy do walki o przywództwo w partii. Zorientował się, że nie wyjdzie zwycięsko z tej rywalizacji, więc postanowił się wycofać, by uniknąć upokorzenia – dodaje. Pytanie zatem, dlaczego teraz, gdy chaos okołobrexitowy jest dużo większy niż trzy lata temu, Johnson postanowił jednak zawalczyć o przywództwo. Są chyba dwa powody. Po pierwsze, istnieje realna perspektywa nowego referendum. Jeśli skończyłoby się wynikiem innym niż ostatnio, zaoszczędziłoby Johnsonowi tego wszystkiego, przez co musiała przechodzić Theresa May. Po drugie, do przejęcia władzy szykuje się również lider Partii Pracy – Jeremy Corbyn. Problem w tym, że ani torysi Johnsona, ani laburzyści Corbyna nie mają dzisiaj poparcia w społeczeństwie. Wybory do PE wygrała stworzona niedawno Partia Brexitu Nigela Farage’a z ponad 31-procentowym wynikiem. Dystans do Partii Pracy (14 proc.) i rządzącej Partii Konserwatywnej (9 proc.) jest zatem ogromny. Tyle tylko, że to też jeszcze nie mówi wszystkiego: paradoksalnie poparcie dla Farage’a wcale nie oznacza, że liczba zwolenników brexitu jest dzisiaj dominująca. Konia z rzędem temu, kto wie, jak to wszystko ogarnąć, i medal za odwagę dla tego, kto zechce świadomie objąć rządy na Downing Street 10.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders" i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. W „Gościu" od 2006 r. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem", wywiadu rzeki z ks. Markiem Dziewieckim „Psycholog w konfesjonale" oraz współautor zbioru reportaży z Bliskiego Wschodu „W drogę ze św. Pawłem". Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Syrii, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i innych. Publikował m.in. w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus"), „Cywilizacji", Onet.pl. Jest również założycielem i właścicielem Wydawnictwa Niecałe (wydaje szeroko rozumianą literaturę faktu). Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, życiem Kościoła i teologią, a także fotografią, filmem, turystyką i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Bałkanów, a także związane z życiem Kościoła na świecie i nową ewangelizacją.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji