Nowy numer 42/2019 Archiwum

Nowe życie Ameryki

W USA kolejne stany wprowadzają prawo chroniące życie niemal bez wyjątków. Liczą na… masowe pozwy sądowe. W ten sposób aborcja może trafić ponownie do Sądu Najwyższego. Ruchy pro-life mają nadzieję na odwrócenie wyroku z 1973 r.

Parę miesięcy temu stan Nowy Jork wprowadził najbardziej nieludzkie w USA prawo aborcyjne, zezwalające na zabicie dziecka aż do momentu porodu. Trzy tygodnie temu stan Alabama przyjął prawo, które zakazuje aborcji w każdym przypadku, również wówczas, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu lub kazirodztwa. Dodatkowo lekarzom, którzy to prawo złamią, grozi kara dożywotniego więzienia.

Pozornie wszystko wygląda albo na zwykłe odbijanie piłeczki, albo na kolejną odsłonę przeciągania liny w odwiecznym sporze między ruchami pro-choice i pro-life. W rzeczywistości jesteśmy świadkami dużo bardziej przemyślanego planu, mającego na celu odwrócenie wyroku Sądu Najwyższego, który w 1973 r. zalegalizował aborcję na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Wówczas mobilizacja środowisk proaborcyjnych i przebiegła mistyfikacja przyniosły zamierzony efekt. Dzisiaj podobną mobilizację i nadzieję na sukces wykazują środowiska broniące życia od poczęcia. To nie tylko wojna cywilizacyjna, ale prawdziwa walka duchowa.

Sweet home Alabama

„Oto dowód na to, że mieszkańcy Alabamy wierzą, że każde życie ma wartość i że każde życie jest świętym darem Boga” – tymi słowami gubernator Alabamy Kay Ivey podkreśliła znaczenie podpisanej przez siebie ustawy. Mocno kontrastowało to ze słowami Andrew Cuomo, gubernatora Nowego Jorku, który kilka miesięcy wcześniej, podpisując „Akt zdrowej reprodukcji”, mówił: „Podczas gdy rząd federalny prowadzi wojnę z prawami reprodukcyjnymi kobiet, Nowy Jork będzie walczył o ochronę dostępu kobiet do kompleksowej, bezpiecznej i przystępnej opieki zdrowotnej”. Żeby różnica między obu stanami była jeszcze bardziej widoczna, dodajmy, że w uzasadnieniu do ustawy chroniącej życie z Alabamy znalazły się mocne porównania aborcji do zbrodni przeciwko ludzkości. „Ponad 50 mln nienarodzonych dzieci zostało zabitych w Stanach Zjednoczonych od 1973 r. To trzy razy więcej niż ludzi zamordowanych w niemieckich obozach śmierci, chińskich czystkach ludności i stalinowskich gułagach” – brzmi fragment ustawy.

Alabama poszła najdalej w swoim ustawodawstwie chroniącym życie, ale nie jest to jedyny stan, gdzie w ostatnim czasie przyjęto podobne prawo. W kwietniu władze stanu Indiana zakazały aborcji w drugim trymestrze ciąży w prawie wszystkich przypadkach. Kilka dni później w Ohio zatwierdzono ustawę zakazującą aborcji od momentu, gdy wyczuwalne jest bicie serca dziecka. W podobnym kierunku poszły stany Georgia, Kentucky i Missisipi – odtąd nie można tam usunąć ciąży po 8. tygodniu, nawet jeżeli jest ona wynikiem gwałtu lub kazirodztwa. Podobne ustawy czekają na uchwalenie w kilkunastu innych stanach. To nie tylko odzwierciedlenie konserwatywnych poglądów przeważającej części ich mieszkańców. To pospolite ruszenie jest obliczone na ciąg dalszy – zaskarżenie ich przez ruchy pro-choice i ostatecznie przeniesienie sporu do rozstrzygnięcia przez Sąd Najwyższy, którego wyrok (korzystny, jak spodziewają się obrońcy życia, dla nienarodzonych dzieci) będzie obowiązujący dla wszystkich stanów.

Sędzia Trumpa

Czas i klimat społeczny w USA sprzyjają tym działaniom. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Amerykanie są nastawieni coraz bardziej pro-life – według badań z 2017 r. (podawanych nawet przez liberalny „New York Times”) już tylko 12 proc. z nich popiera aborcję na życzenie. Biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze w latach 80. XX wieku ten odsetek był dużo wyższy, można mówić o powolnej, ale wyraźnej zmianie. Tym bardziej że w ostatnich latach liczba osób sprzeciwiających się jakiejkolwiek formie aborcji przekroczyła już 50 proc. Ruchy pro-life poczuły dodatkowy wiatr w żagle w momencie, gdy prezydentem został Donald Trump. Różne rzeczy można powiedzieć o tej postaci, ale to jedno trzeba mu przyznać: realizuje konsekwentnie wszystkie obietnice, jakie złożył konserwatystom w kampanii wyborczej. Ile w tym zwykłego pragmatyzmu obliczonego na pozyskanie znaczącej części elektoratu republikanów, a ile dojrzewających w nim osobistych poglądów – to już osobna sprawa. Liczą się konkretne podpisy pod konkretnymi dokumentami. A zaczęło się już w pierwszych dniach urzędowania od obcięcia dotacji z budżetu dla amerykańskich organizacji promujących aborcję na świecie, co najbardziej uderzyło w największą z nich, Planned Parenthood. I to te właśnie organizacje już teraz zapowiadają, że zaskarżą antyaborcyjne prawa w poszczególnych stanach i będą chciały, by Sąd Najwyższy uznał je za niekonstytucyjne. Zrobili to już aktywiści m.in. w Kentucky, którym udało się sądownie zablokować nowe prawo. Pozwy przeciwko antyaborcyjnym ustawom trafiły też do sądów w Ohio i Missisipi. Choć brzmi to niedorzecznie, ruchy pro-life tylko czekały na takie skargi. Ich działacze wierzą, że przy tylu skargach w tylu sądach stanowych sprawa musi ostatecznie znaleźć finał w Sądzie Najwyższym. A tego w obecnym jego kształcie boją się z kolei działacze aborcyjni. „Sąd Najwyższy z Kavanaughem to największe zagrożenie dla prawa do aborcji. Autorzy ustaw antyaborcyjnych na to liczą” – przyznał Carrie Flaxman z Planned Parenthood.

Brett Kavanaugh został sędzią Sądu Najwyższego w ubiegłym roku z nominacji Donalda Trumpa. Reprezentuje konserwatywną szkołę interpretacji konstytucji USA – przy czym konserwatyzm oznacza tu dosłowną wykładnię zapisów ustawy zasadniczej, co w tym wypadku pokrywa się również z konserwatywnym podejściem do ochrony życia. O tym, jak ważna to była nominacja, dająca po raz pierwszy od dziesięcioleci przewagę sędziom konserwatywnym, świadczy gigantyczna kampania środowisk liberalnych, które tę kandydaturę chciały utrącić. Ruchy proaborcyjne dobrze pamiętają, że to właśnie korzystny dla nich skład Sądu Najwyższego w 1973 r. umożliwił legalizację aborcji w USA. Rozumieją zatem, że dziś sytuacja jest dokładnie odwrotna.

Przebiegłość kontra manipulacja

Trudno mówić tylko o zwykłym odwróceniu ról. Nie ma przecież żadnej symetrii między walką o możliwość zabijania dzieci nienarodzonych a walką o ich ochronę. Po drugie, w tamtym czasie dopuszczono się ogólnokrajowej manipulacji, której uległo całe społeczeństwo oraz sędziowie. Tym razem druga strona sporu przedstawia racjonalne argumenty za ochroną życia – i oczekuje tylko zgodnego z rozumem i konstytucją orzeczenia.

Na czym polegała manipulacja z 1973 r.? Słynna Jane Roe, od której wszystko się zaczęło, tak naprawdę nazywała się Norma McCorvey (zmarła w 2017 r.). To właśnie jej przypadek posłużył ruchom proaborcyjnym do przekonania Sądu Najwyższego o konieczności legalizacji aborcji. Przypomnijmy w skrócie tę historię: Jane, namówiona przez adwokatów, zgodziła się wystąpić w roli rzekomej ofiary gwałtu, która nie może legalnie przerwać ciąży. Po 30 latach przyznała, że padła ofiarą manipulacji: „Nie wiedziałam, czym tak naprawdę jest aborcja. Podpisałam dokumenty, które przedstawiły mi panie adwokat, bez zapoznania się z ich treścią, a one też nie wytłumaczyły mi, co w nich jest napisane. Żaden sąd nie wezwał mnie na przesłuchanie, nie nakazał przeprowadzenia testów. Przed sądami reprezentowali mnie wyłącznie adwokaci i tylko na podstawie ich argumentów zapadł wyrok” – napisała w złożonym pod przysięgą oświadczeniu skierowanym do sądu (opowiadała o tym na spotkaniach w całych Stanach, nagrania dostępne są w sieci). Wnosząc takie pismo, chciała rozpocząć walkę o cofnięcie orzeczenia z 1973 r. Założyła organizację Roe No More (nigdy więcej Roe), której celem jest ochrona życia i pokazywanie prawdziwej natury aborcji. Norma próbowała przed sądem lokalnym i SN cofnąć decyzje, które zapadły w 1973 r. Ostatecznie w 2005 r. SN odrzucił jej prośbę o rewizję orzeczenia sprzed kilku dekad. To mrożąca krew w żyłach historia, która jest zarazem dowodem na marketingową i prawną skuteczność lobbystów tzw. ruchu pro-choice. W obecnej kampanii ruchów pro-life trudno dopatrywać się podobnych manipulacji – co najwyżej można mówić o dobrze rozumianej przebiegłości (skuteczności) obliczonej na ponowne doprowadzenie tematu aborcji do Sądu Najwyższego. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders" i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. W „Gościu" od 2006 r. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem", wywiadu rzeki z ks. Markiem Dziewieckim „Psycholog w konfesjonale" oraz współautor zbioru reportaży z Bliskiego Wschodu „W drogę ze św. Pawłem". Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Syrii, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i innych. Publikował m.in. w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus"), „Cywilizacji", Onet.pl. Jest również założycielem i właścicielem Wydawnictwa Niecałe (wydaje szeroko rozumianą literaturę faktu). Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, życiem Kościoła i teologią, a także fotografią, filmem, turystyką i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Bałkanów, a także związane z życiem Kościoła na świecie i nową ewangelizacją.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji