Nowy numer 42/2019 Archiwum

Święci do wyboru

Integrację europejską wymodlili mężowie stanu, często przyjmując Komunię św. i klęcząc z różańcami w rękach. Czy dzisiejsi politycy europejscy muszą wybierać między świętością a skutecznością w polityce?

Za sprawą Marii Fidy Moro, córki zamordowanego w 1978 roku byłego premiera Włoch Alda Moro, Europa przypomniała sobie, że toczy się proces beatyfikacyjny tego polityka. Maria Fida Moro zaapelowała do papieża o wstrzymanie tego procesu ze względu na – jak twierdzi – instrumentalne wykorzystywanie postaci jej ojca przez różne siły polityczne. „Mój ojciec został zdradzony, porwany, uwięziony i zabity po torturach. 9 maja 41 lat temu rozpoczął się biznes śmierci i stałe żerowanie, by wykorzystać jego imię w niezasłużonym celu” – napisała w liście opublikowanym w mediach.

Fakt, że ktoś z rodziny prosi o wstrzymanie procesu beatyfikacyjnego jest zaskakujący. W opinii publicznej w Europie większe zdziwienie wywołała jednak informacja, że zamordowany polityk w ogóle jest kandydatem na ołtarze. W analogicznej sytuacji jest jeszcze dwóch innych ważnych polityków, ojców założycieli zjednoczonej Europy. Dla środowisk kościelnych i polityków deklarujących wiarę i związek z Kościołem to okazja do zadania pytania: dlaczego jeszcze pół wieku temu w Europie można było być wyrazistym katolikiem, a zarazem skutecznym i wybieralnym działaczem, obejmującym najważniejsze funkcje w państwie i instytucjach europejskich, podczas gdy dziś wydaje się to niemal niemożliwe?

Francuski różaniec

„Dzisiaj, zwłaszcza gdy spotykamy się z tak dużą nieufnością ludzi wobec polityków, chcemy pokazać jako wzór tego człowieka, dla którego praca polityczna była niczym innym jak tylko drogą do osobistej świętości” – mówił w Warszawie w 2017 roku o. Bernardo Adura, postulator procesu beatyfikacyjnego Roberta Schumana. Ojcowi zjednoczonej Europy już za samo wizjonerstwo, inspirowane głęboką wiarą, można by wszcząć proces beatyfikacyjny. Gdy ten francuski polityk jako pierwszy dzielił się wizją zjednoczonej Europy, w której mieszczą się zarówno Niemcy (a mówił to nad widocznymi jeszcze ranami wojny), jak i kraje zza żelaznej kurtyny, słuchacze pukali się w głowę. A dogmatycy laickiego państwa trzęśli się ze złości na twierdzenie Schumana, że to „chrześcijaństwo nauczyło nas naturalnej równości pomiędzy wszystkimi ludźmi”. Pierwszy przewodniczący Parlamentu Europejskiego pewnie nie dostałby dzisiaj posady w Komisji Europejskiej, ponieważ był zdania, że „chrześcijańska moralność zawiera wszelkie zasady, według których człowiek powinien sobie organizować życie”.

Schuman i jako premier, i jako minister spraw zagranicznych starał się jak najczęściej uczestniczyć we Mszy św., także w tygodniu. Chrześcijaństwa nigdy nie używał jako instrumentu do walki politycznej. Proboszcz jego parafii mówił, że „to nie był po prostu dobry parafianin, ale przede wszystkim chrześcijanin żyjący w pełni swoją wiarą”. Różaniec w ręku Schumana pozostał jeszcze z czasów młodości, gdy organizował pielgrzymki do Lourdes. Nie umiał zacząć dnia inaczej, także na szczytach władzy, niż na kolanach, przesuwając paciorki kolejnych tajemnic. Modlił się o siłę i mądrość dla swoich decyzji. Bez cienia przesady można powiedzieć, że zjednoczona Europa rodziła się na kolanach.

Premier wzywa Jezusa

Wiele podobieństw do Schumana można dostrzec u innego ojca założyciela współczesnej integracji europejskiej. Biografowie podkreślają, że nie było żadnej ważnej decyzji politycznej, której Alcide De Gasperi nie poprzedziłby długą modlitwą. On również jest kandydatem na ołtarze. O tym, że Alcide De Gasperi zmarł w opinii świętości, był przekonany kard. Angelo Roncalli, późniejszy papież Jan XXIII. Powiedział nawet, kilkadziesiąt lat przed ogłoszeniem zmarłego sługą Bożym, że proces beatyfikacyjny pokazałby życie polityka „inspirowane biblijną wizją życia, służbą Bogu, Kościołowi i ojczyźnie”. Z kolei Benedykt XVI w przemówieniu do członków Rady Fundacji De Gasperiego w 2009 roku. zauważył, że łączenie wiary i polityki nie oznaczało u polityka przekonania o budowie państwa wyznaniowego. „Łagodny i posłuszny Kościołowi był autonomiczny w swych wyborach politycznych, bez posługiwania się Kościołem dla celów politycznych. I nigdy nie szedł na kompromis ze swym prawym sumieniem” – mówił o Włochu emerytowany papież. Świadkowie zeznali, że na łożu śmierci Alcide De Gasperi miał wielokrotnie wzywać imienia Jezus. Jedno z jego zdań napisanych u schyłku życia brzmiało: „Jezus jest ostatnią i jedyną nadzieją. Iść Jego drogą, karmić się Jego światłem we wszystkim”.

Męczennik Moro?

Na tle dwóch wspomnianych mężów stanu postać Alda Moro budzi nieco więcej wątpliwości, choć nadal pozostaje on figurą, której życie z pewnością zasługuje na zbadanie w odniesieniu do świętości. Dopiero w 2016 roku jego proces rozpoczęła diecezja rzymska. Legenda europejskiej chadecji, były premier, przyjaciel Pawła VI – został w 1978 roku porwany, a następnie zamordowany przez szalejące wówczas w Italii Czerwone Brygady, skrajnie lewicową organizację terrorystyczną. Fundacja powołana do zbadania życiorysu polityka dość szybko opublikowała dane, które miały świadczyć o cudownym uzdrowieniu kard. Francesco Colasuonno za wstawiennictwem Moro. Sam duchowny mówił o nim jako o „swoim świętym”. Na razie jednak cud nie został potwierdzony przez postulatorów procesu. Równolegle brano pod uwagę uznanie byłego premiera za męczennika za wiarę, jednak i ten wątek nie doczekał zakończenia. Na razie wiemy jedno: Aldo Moro był z pewnością jednym z najważniejszych uczestników procesu integracji europejskiej od samego początku. Był ministrem wielu resortów oraz dwukrotnie premierem Włoch. Do dziś nie są do końca jasne okoliczności, w jakich przez 55 dni prowadzono poszukiwania porwanego. Moro wysyłał listy, w których apelował o spełnienie żądań porywaczy – dotyczyły one uwolnienia terrorystów z więzień – ale nie chciał się na to zgodzić następca Moro na stanowisku premiera – Giulio Andreotti (również chadek). Wychodził on z założenia, że nie negocjuje się z porywaczami. O uwolnienie zabiegał papież Paweł VI, który podobno był gotowy zapłacić okup, a trzech biskupów chciało się nawet oddać w ręce porywaczy w zamian za uwolnienie Moro. Ostatecznie po blisko dwóch miesiącach ciało zamordowanego polityka znaleziono w samochodzie.

Objawy chadecji

Aldo Moro stał się kandydatem na ołtarze nie dlatego, że przyjaźnił się z Pawłem VI. Mało znanym faktem jest to, że czołowy włoski polityk należał do Świeckiego Zakonu Kaznodziejskiego, czyli był tercjarzem dominikańskim. Z czasem wyszły na jaw również jego częste spotkania z o. Pio, który miał mu nawet przepowiedzieć tragiczną śmierć. Ważniejszy jednak od tej sprawy jest fakt, że Moro nigdy nie krył się ze swoją wiarą. Był w tym bardzo podobny do wymienionych wyżej Schumana i De Gasperiego. Jest jednak jeden wątek w jego politycznej drodze, który każe, jeśli nie przerwać proces beatyfikacyjny, to co najmniej poddać jego życiorys jeszcze bardziej pogłębionym badaniom. Kontekstem jest problem rozmywania się z czasem wyrazistości włoskiej, ale i całej europejskiej chadecji. Do nieco schizofrenicznej sytuacji doszło we Włoszech już w czasie rządów wspomnianego na początku Giulio Andreottiego, lidera partii Democrazia Cristiana. W 1978 roku włoski parlament przyjął ustawę aborcyjną – wprawdzie zadecydowały głosy socjalistów przy sprzeciwie chadeków, ale ci ostatni… podpisali się pod jej tekstem wraz z chadeckim prezydentem. Działo się to w czasie, gdy Aldo Moro przebywał już w niewoli porywaczy. Nie da się jednak ukryć, że on też dawał wcześniej zielone światło do takich obłudnych działań swojej partii. Jeszcze jako lider chadeków mówił, że jego partia zobowiązuje się „nie stawiać przeszkód większości parlamentarnej, która uchwali prawo aborcyjne”. Uwidacznia się w tym zachowaniu zalążek tego, co dzisiaj stało się normą, a właściwie chorobą toczącą europejską chadecję – całkowity pragmatyzm polityczny kosztem jednoznaczności w poglądach na podstawowe wartości. Czy Aldo Moro zapoczątkował ten proces? Dlaczego wcześniej umiał pogodzić wierność nauczaniu Kościoła ze skutecznością i „wybieralnością”? Co takiego stało się po drodze, że uległ – jak się zdaje – może nie tyle politycznej poprawności, ile politycznemu pragmatyzmowi? Byłoby dobrze, gdyby i ten wątek został pogłębiony w ramach procesu beatyfikacyjnego. Jeśli w ogóle – po prośbie córki polityka – będzie kontynuowany. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders" i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. W „Gościu" od 2006 r. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem", wywiadu rzeki z ks. Markiem Dziewieckim „Psycholog w konfesjonale" oraz współautor zbioru reportaży z Bliskiego Wschodu „W drogę ze św. Pawłem". Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Syrii, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i innych. Publikował m.in. w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus"), „Cywilizacji", Onet.pl. Jest również założycielem i właścicielem Wydawnictwa Niecałe (wydaje szeroko rozumianą literaturę faktu). Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, życiem Kościoła i teologią, a także fotografią, filmem, turystyką i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Bałkanów, a także związane z życiem Kościoła na świecie i nową ewangelizacją.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji