Nowy Numer 25/2019 Archiwum

Druga połowa mnie

O swoim macierzyństwie i bohaterkach swoich książek mówi pisarka Justyna Bednarek.

Agata Puścikowska: Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Justyna Bednarek: Zawsze było dla mnie oczywistością. Pamiętam, że gdy miałam 12 lat, zaczęłam prowadzić dziennik, w którym wyobrażałam sobie, jakie będę miała dzieci i jak im dam na imię. Chciałam mieć czworo, skończyło się na trojgu. Kiedy poznałam mojego przyszłego męża, natychmiast chciałam mieć z nim dziecko, czekałam na to tak, jak teraz czekam na wnuki. Kiedy zaszłam w ciążę, czułam się, jakby przyszedł gość, wyczekiwany i ukochany. Tak na marginesie – czy nie jest niesamowite to, że każde dziecko, od pierwszego ruchu w brzuchu mamy, wykazuje się własnym charakterem? Najstarszy Bartek był „współpracujący”. Mówiłam do mojego brzucha: rybo, rybo, rusz się – a on miękką falą przesuwał się od prawej strony do lewej. Z kolei drugi, Antek – kompletnie nie współpracował. Robił, co chciał – czyli kopał z całej siły szczególnie wtedy, gdy chciałam spać. Najmłodsza Basia też była „swoja własna”, ale delikatna. I tak to wszystko zostało do dzisiaj. Płakali też inaczej.

Z każdym kolejnym dzieckiem matka dojrzewa? Mądrzeje?

Zupełnie uczciwie myślę, że nie byłam bardzo dobrą mamą, rodząc Bartka w wieku 21 lat. Zbyt wiele rzeczy przegapiłam i przenosiłam nie najlepsze rodzinne wzorce wychowawcze. Moja mama była osobą trudną i dość gwałtowną – choć kochającą do szaleństwa. Kawałki tej gwałtowności przetrwały i we mnie. Dziś, z perspektywy czasu, jako osoba, która nieraz dostała w skórę pasem, uważam, że to jest fatalne. Bicie, nawet „niegroźny klaps”, to rzecz okropna. A Bartek, niestety, kilka razy oberwał. Aż do dnia, gdy – gniewając się o coś, co zrobił – spojrzałam mu głęboko w oczy i zobaczyłam paletę uczuć: strach, gniew, ból, poczucie skrzywdzenia, wynikające z nierówności sił. I wtedy powiedziałam sobie: to potworne, nigdy więcej tego nie zrobię. I nie zrobiłam.

A kolejne dzieci?

Bartek – to był zimny chów cieląt, Antek – wajcha przestawiona w drugą stronę. Urodził się o miesiąc za wcześnie, był lżejszy od brata o kilogram. Uważałam, że jeśli go wypuszczę z rąk, to pęknie złota niteczka łącząca go z życiem. Dlatego przez rok go z rąk nie wypuszczałam i biedny Bartek pewnego dnia wykrzyczał: „Wszystko mi zabrał, pokój mi zabrał, zabawki mi zabrał, nawet mamę mi zabrał”. Bartka karmiłam 3 miesiące, Antka – 3,5 roku.

Dwoje dzieci podobno uczy macierzyństwa, a trzecie to… już mistrzostwo.

Albo mądra rutyna. (śmiech) Przy Basi odzyskałam równowagę, zresztą ona była od początku bardzo mądra i samodzielna. Stanęła na nogi, gdy miała 9 miesięcy, kiedy miała rok – od razu przemówiła całym zdaniem. „Oddaj patyk pana” – powiedziała i do dziś się zastanawiamy, o co chodziło. Pewnie powtórzyła zasłyszane w czasie spaceru zdanie, które wypowiedział jakiś pan bawiący się z psem. Na początku mojej kariery matki nie byłam dojrzała. To się zmieniało wraz z przyrostem doświadczenia i mam nadzieję, że będzie się zmieniać cały czas. Dziś po brzmieniu głosu mojego dziecka w słuchawce telefonicznej, rzucającego „Cześć, mamo”, umiem się zorientować, że coś jest nie tak. Umiem coś wyczytać z dynamiki pisania SMS-ów.

Dzieci uczą pokory czy raczej życia?

Uczą człowieczeństwa! Gdy umarła moja mama i pogrążyłam się w czarnej otchłani, lekceważąc wszystko dookoła, to właśnie dziecko postawiło mnie do pionu, niemalże uderzając młotkiem w łeb. Basia miała wtedy cztery latka. Pewnego dnia przyszła do mnie i wykrzyczała mi w twarz: „Mama Natalki ją podnosi i przytula, a ty mnie – nie! Masz mnie przytulać!”. Jakby ktoś mi wylał wiadro zimnej wody na łeb. Natychmiast się pozbierałam. Teraz, kiedy mam dorosłe dzieci – córka ma 17 lat, a synowie 23 i 28 – powoli wyłączam swoje macierzyńskie zapędy. Jestem osobą, która lubi mieć wszystko pod kontrolą. Lubi radzić, zmieniać, ingerować, podsuwać pomysły – choć jednocześnie zawsze starałam się dawać dużo wolności. Jednak już jakiś czas temu dotarło do mnie, że swoją szansę miałam. Wszystko, co mogłam – lepiej lub gorzej – zrobiłam. Trzeba zrobić krok w tył i odpuścić. Szczęśliwie udało mi się dzieci nie popsuć.

Matka Polka, która odpuszcza i cieszy się, że „dzieci nie popsuła”. Ciekawe…

Nie wiem, czy jestem matką Polką. To tylko słowa, chociaż niosą w sobie jakiś element „uciemiężenia”. A ja nie czułam się nigdy uciemiężoną kobietą – zawsze zresztą miałam w domowych obowiązkach ogromne wsparcie męża. To on woził dzieci na zajęcia, załatwiał karty miejskie, kupował buty. Zawsze jednocześnie pracowałam zawodowo i byłam z dziećmi. Radziłam sobie jak mogłam – zatrudniałam nianie, korzystałam z pomocy mamy. Ale nigdy nie zrezygnowałam z siebie. Nigdy nie wybierałam: praca czy dom. Obie rzeczy były dla mnie bardzo ważne. Nie mogłabym być osobą bezdzietną, bycie matką to połowa mnie. Druga połowa – to bycie osobą piszącą. Najpierw tłumaczką, potem dziennikarką, a teraz pisarką.

Dlaczego – już w dojrzałym wieku – zaczęłaś pisać książki?

Od najmłodszych lat chciałam być pisarką – i to przede wszystkim książek dla dzieci. Być może dlatego, że mój tata był cudownym bajarzem: uskrzydlał mi wyobraźnię, przynosił książki. Pisał dla mnie wiersze. I ja, strasznie kochając mojego tatę, chciałam tę miłość przedłużać w samodzielnie tworzone bajki – pewnie taka była psychologiczna geneza mojej twórczości. Próby podejmowałam od czasów nastoletnich, najpierw pisałam wiersze dla dzieci, potem opowiadania. Jednak miałam za mało odwagi, żeby zacząć to robić na poważnie. Bałam się, że ktoś mnie odrzuci, skrytykuje. W ogóle bardzo boję się tego w życiu i ciągle muszę nad tym pracować – żeby jednak się nie bać. Z pomocą, paradoksalnie, przyszła mi zła szefowa w pracy. Byłam wicenaczelną w babskim piśmie. Ta szefowa chciała, żebym zwolniła z pracy koleżankę. To się okazało zbyt wielkim wyzwaniem, bo nie widziałam powodu, żeby to robić. Więc sama odeszłam. I w wieku 44 lat postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. Wtedy też napisałam książkę dla dzieci, o skarpetkach, i od tego momentu zmieniło się całe moje życie zawodowe.

„Skarpetki” weszły do kanonu literatury dziecięcej, a potem zaczęły powstawać książki dla pań. Piszesz, by je zbiorowo terapeutyzować?

Te książki piszemy razem z moją przyjaciółką Jagną Kaczanowską. Powstał między innymi trzytomowy cykl pt. „Ogród Zuzanny”. Naszym głównym celem jest dostarczanie rozrywki – chwili wypoczynku, miłej bajki, w którą czytelnik może się zagłębić. Nie jest jednak tak, że unikamy ważnych tematów. Przeciwnie. W tej rozrywkowej formie chcemy przemycać istotne dla nas treści. Jedną z nich jest apoteoza życia rodzinnego, że się tak górnolotnie wyrażę. Bo obie uważamy, że fajna rodzina – to podstawa szczęśliwego życia. Mówiąc „rodzina”, nie mam na myśli tylko mamy, taty i dzieci – ale też babki, ciotki, kuzynów. Nie każdy ma szczęście znaleźć drugą połówkę czy też urodzić dzieci. Ale każdy jakąś rodzinę ma. Czasem przysposobioną.

Ważnymi postaciami w tych powieściach są matki. Ich historie, sposób bycia brzmią autentycznie.

Owszem, prawie każda z kobiecych postaci w naszych książkach ma odpowiednik w rzeczywistości. Są to nasze matki, babki, a także my same – oczywiście nie w proporcjach jeden do jednego. Przykładowo księgarka Kazia, która była moją bohaterką w trzecim tomie „Ogrodu Zuzanny”, to mieszanka pewnej znanej mi pani księgarki oraz mnie samej. Kazia jest chaotyczną matką, jaką i ja byłam zawsze. A tak przy okazji zdradzę, że to ja, drodzy czytelnicy, podszywałam się pod książkową Milenę z Gdańska, atakując… własnego męża przez internet. To autentyczna historia. Mąż mój podjął grę, wiedząc, kim jestem. I to on na pytanie: „Po czym mnie poznałeś?” odpowiedział: „Po IP komputera”. Mój kochany Bednareczek… Zmarł nagle półtora roku temu, ale jego miłość towarzyszy mi cały czas. Także poprzez dzieci.

A która z postaci jest Ci najbliższa?

W książkach to na pewno Cecylia, bohaterka, którą prowadziłam przez trzy tomy. Nasyciłam ją osobowością kilku ukochanych kobiet, w tym Cecylii Kot, pomocy domowej mojej babci, naszej najukochańszej nianiusi, jednej z ważniejszych kobiet mojego dzieciństwa. Choć prawdziwa nianiusia była prostą kobietą – a nie, jak Cecylia Czaplicz, „szlachcianką ze dwora”, ale miała jej mądrość, ciepło i… talent kulinarny.

Cecylia nie miała problemów z akceptacją swego macierzyństwa. Krystyna, jej córka – już tak. Skąd wynikają czasem te trudności?

Wszystkie przypadki, jakie znam osobiście, wynikają z jakiegoś deficytu: własnego trudnego dzieciństwa i jego psychicznych konsekwencji, zranienia, opuszczenia przez ojca dziecka. Pewnie nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Na pewno są takie osoby, które dzieci mieć nie powinny.

Krystyna ma trudności w relacjach z córką Zuzanną. Tak jak wiele, wiele matek. Dlaczego?

No i znowu – nie ma jednej odpowiedzi. Na pewno kryzysowy jest moment dojrzewania. Córka chce się oddzielić od matki, chce zaistnieć jako niezależna jednostka – a matka często z trudem to akceptuje. Pamiętam, jak moja własna mama, w okresie mojego wybijania się na niepodległość, skrytykowała jakąś moją kreację w bardzo bolesny sposób. Latami zastanawiałam się, z czego wzięła się ta jej niedelikatność. I dziś mam pewność, że przyczyną było to, że się od niej gwałtownie odróżniłam – a ona poczuła, że traci nade mną kontrolę, i się przestraszyła. Jestem do niej podobna jak dwie krople wody i przez długi czas również ubierałam się… może nie podobnie, ale nie było rewolucyjnych różnic. A tu – kupiłam dzwony, kurtkę w stylu amerykańskich pilotów, ufarbowałam włosy na rudo… Matka musi uszanować niezależność córki. Kiedyś mądry psycholog wyjaśnił mi, że moment dojrzewania jest kluczowy w relacjach obu kobiet: córka musi od matki odejść, żeby wrócić jako dorosła, „swoja własna” kobieta. A matka musi to zaakceptować. Wyleczyć trudne relacje – wszystkie, nie tylko między matką a córką – w dużym stopniu da się rozmowami. I tutaj upatruję swoją szansę. Bo mam mnóstwo defektów jako matka, ale moim atutem jest umiejętność rozmowy.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji