Nowy numer 19/2021 Archiwum

Niezniszczalny

Ciekawe: nawet takie bestialstwo nie rodzi pragnienia zemsty. Tak działa łaska męczeństwa. Tego nas, Polaków XXI wieku, uczy św. Andrzej Bobola.

Zakonnik wisiał głową w dół. Potwornie zmaltretowany wciąż żył, a jego ciało wiło się w konwulsjach. „Lach tańczy!” – rechotali Kozacy. W końcu dowódca dobył szabli i zakończył sprawę. Tak się przynajmniej wydawało – że to koniec sprawy Andrzeja Boboli.

Dopaść klechę

Straszne to były czasy. To o nich pisał Sienkiewicz, że „nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą”. Drzewa w tamtych latach, jak mówiono, „ciężkie wydawały owoce”, bo uginały się pod wisielcami. Trwał zamęt wywołany buntami Kozaków, wojowników z dzikich pól na kresach Rzeczypospolitej. Wyludniła się spustoszona Ukraina, dwory, kościoły i klasztory straszyły ruinami.

Rzeczpospolita, państwo tolerancyjne, nieznające wojen religijnych, gdzie ludzie różnych wyznań i religii żyli obok siebie w zgodzie, wraz z wystąpieniem Chmielnickiego stała się gotującym się tyglem.

Nienawiść karmi się różnicami, jakie w warunkach pokoju nie powodują problemów. Ale tu już nie było pokoju, choć jeszcze niedawno Kozacy stawali ramię w ramię z Lachami do walki z wrogiem. Teraz jednak zrobili sztandar ze swej odrębności – także wyznaniowej, bo byli prawosławni. Tam, dokąd docierały ich zagony, nie mogli czuć się bezpiecznie ludzie innych przekonań religijnych. Groźnie zrobiło się także na Polesiu, na terenie obecnej Białorusi. W maju 1657 roku Kozacy zajęli Pińsk. Kto z katolików i Żydów mógł, ratował się ucieczką. Najeźdźcy najbardziej gorliwie szukali dwóch jezuitów – Maffona i Boboli. Jako „obrońcy prawosławia” byli na nich szczególnie zawzięci, ponieważ kapłani ci przyczynili się do licznych konwersji ludności tych terenów na katolicyzm.

Dreszcz grozy

W rzeczy samej Andrzej Bobola nie musiał specjalnie o te zmiany wyznaniowe zabiegać. Po prostu obchodził wioski na Polesiu (teren obecnej Białorusi) i głosił Ewangelię katolikom i prawosławnym – bez różnicy. Ludzie często niewiele wiedzieli o wierze, której byli formalnymi wyznawcami. Zapał i przekonanie zakonnika wielu z nich skłoniły do przyjęcia na serio Jezusa Chrystusa. W ten sposób na ziemiach poleskich rosła liczba unitów. Ich nazwa wzięła się od unii brzeskiej z 1596 roku, która miała umożliwić prawosławnym jedność z Kościołem katolickim, przy jednoczesnym pozostaniu przy rycie bizantyjskim i własnej organizacji kościelnej.

Rzecz jasna dla Kozaków taka sytuacja stanowiła szczególną okazję do wyładowania agresji w imię rzekomo szczytnych celów. 15 maja 1657 roku oddział kozacki ujął o. Maffona. Zamordowali go na miejscu. Następnego dnia niedaleko wsi Peredił dopadli Andrzeja Bobolę. Zaczęli się nad nim znęcać z takim bestialstwem, że wiek później watykańska kongregacja prowadząca proces informacyjny oceniła, że historia Kościoła nie zna opisu okrutniejszego męczeństwa. Pobity nahajkami nie wyrzekł się katolicyzmu, więc oprawcy ścisnęli mu głowę koroną z gałęzi wierzbowych. Od bicia w twarz stracił zęby, a po wyrwaniu mu paznokci i zdarciu skóry z części ręki Kozacy przywiązali go do koni i pognali na nich do Janowa Poleskiego. Tam rozłożyli Bobolę na stole w rzeźni i przypalali ogniem. Na głowie wycięli mu „tonsurę” aż do kości czaszki, a na jego plecach skórę zdarli na kształt ornatu. Potem odcięli zakonnikowi nos i wargi, i wykłuli jedno oko. Ponieważ z ust maltretowanego wciąż dobywało się słowo „Jezus”, zrobili mu otwór w karku i tą stroną wyrwali mu język. Zdumiewające, że mimo takich tortur jezuita wciąż żył. W końcu, powieszony głową w dół, zakończył życie dobity ciosem szabli.

To nie koniec

Wbrew intencjom zabójców nie był to koniec sprawy Andrzeja Boboli – chociaż z początku na to wyglądało. Kapłana pochowano w Pińsku w podziemiach kościoła jezuitów, ale po latach miejsce to popadło w niepamięć. Jednak 16 kwietnia 1702 roku sam męczennik przypomniał o sobie, ukazując się rektorowi kolegium w Pińsku i wskazując miejsce pochówku. Okazało się, że ciało męczennika mimo przebywania w wilgotnej glebie nie uległo rozkładowi. Dziejące się za jego przyczyną liczne łaski i cuda spowodowały wszczęcie starań o beatyfikację. Mimo pojawiających się po drodze przeszkód doszło do niej 30 października 1853 roku. Uroczystość ogłoszenia Andrzeja Boboli błogosławionym miała wielkie znaczenie dla Polaków żyjących już ponad pół wieku pod zaborami – zwłaszcza że istniało związane z wizją jednego z wileńskich dominikanów przekonanie, iż Andrzej Bobola w przyszłości zostanie jednym z patronów Polski.

W XX wieku ciało świętego, w wyniku dziejowych burz, trafiło do Moskwy, skąd staraniem Stolicy Apostolskiej dotarło do Rzymu.

Tam, w Wielkanoc 17 kwiet- nia 1938 roku, Pius XI uroczyście kanonizował bł. Andrzeja. Papież miał ze świętym pewien osobisty związek. Pamiętał jeszcze, co działo się w Warszawie w sierpniu 1920 roku, gdy był nuncjuszem w Polsce. Na przedpolach stolicy trwała walka z bolszewikami o przyszłość naszej ojczyzny i Europy. Achilles Ratti razem z innymi odprawiał wówczas zarządzoną przez metropolitę kard. Kakowskiego nowennę do bł. Andrzeja Boboli i bł. Władysława z Gielniowa. Cud nad Wisłą nastąpił po zakończeniu modlitwy.

Kanonizacja Andrzeja Boboli była dla Polaków wielkim dniem. Po uroczystościach w Rzymie jego relikwie zostały przewiezione do kraju specjalnym pociągiem. Zanim dotarły do Warszawy, odbyły swoistą peregrynację po wielu miastach Polski. Pociąg zatrzymał się m.in. w Krakowie, Poznaniu i Łodzi. Na każdym z postojów odbywały się wielkie uroczystości z udziałem tłumów nieraz znacznie przekraczających liczbę miejscowej ludności. Entuzjazm był ogromny.

Srebrno-kryształowa trumna z relikwiami trafiła w końcu do stolicy, gdzie znajduje się do dziś – obecnie w wybudowanym niedawno kościele św. Andrzeja Boboli. Miejsce to pełni funkcję narodowego sanktuarium. Od 2002 roku Andrzej Bobola jest bowiem jednym z pięciu patronów Polski (obok Matki Bożej, św. Stanisława biskupa, św. Wojciecha i św. Stanisława Kostki).

Czego uczy?

Rzecz znamienna u świętych męczenników: przywoływanie ich cierpień nie rodzi pragnienia zemsty, jak się to zwykle dzieje przy rozpamiętywaniu krzywd zadanych osobom bliskim. Przeciwnie: skłania do przebaczenia i pojednania. Nie inaczej było z apostołem Polesia. Może dlatego Bóg dopuścił do tego, że po dokonanej na Boboli zbrodni na kilkadziesiąt lat zapadła wokół niego cisza. Gdy święty sam przypomniał o sobie, jego rodzący się kult był już wolny od obciążenia nastrojami odwetowymi. Modlący się za jego wstawiennictwem wierni mieli świadomość, a przynajmniej przeczucie, że prawdziwym wrogiem człowieka jest grzech. I że to on zaślepia sprawców, którzy stają się przez to jego pierwszą i największą ofiarą. Z pewnością fakt ten można połączyć z łaską Bożą, która działa do dziś, bo kult Andrzeja Boboli wśród Polaków pozostaje wciąż żywy.

Na prosty rozum wydaje się to dziwne. Czego nas, ludzi XXI wieku, uczy człowiek sprzed niespełna czterech stuleci? Zapewne tego, że Bóg nigdy nie opuszcza swoich wiernych. Bo nie opuścił św. Andrzeja. W innym wypadku nie uniósłby on ciężaru męczeństwa tak wielkiego, że nawet słuchanie o tym zdarzeniu wywołuje dreszcze. Święty jezuita uczy nas też, że człowiekowi wiernemu Chrystusowi nie można odebrać zwycięstwa. Ono przychodzi zawsze, a objawia się w czasie najwłaściwszym, bo wybranym przez Boga. On sam się o to zatroszczy.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama