Nowy numer 42/2019 Archiwum

500 milionów dusz

To będą najważniejsze od dekad wybory europejskie. Mogą zupełnie zmienić układ sił w Parlamencie Europejskim. I nadać nowy kierunek integracji lub… dezintegracji kontynentu.

Wybory do Parlamentu Europejskiego są rozciągnięte w całej Unii na kilka dni: w tym roku od 23 do 26 maja. I tak już pierwszego dnia, w czwartek, do urn pójdą Holendrzy i Brytyjczycy (rząd w Londynie dopiero parę dni temu potwierdził oficjalnie, że z racji przeciągającego się wokół brexitu pata Wielka Brytania wystawi również swoich kandydatów), ale obywatele większości państw członkowskich, w tym Polacy, będą głosować w niedzielę 26 maja. O 751 mandatów posłów w Strasburgu i Brukseli będą ubiegać się tysiące osób z 28 krajów UE – najwięcej w Niemczech, gdzie zarejestrowano ponad 1300 kandydatów ubiegających się o 96 mandatów. W Polsce o 51 miejsc powalczy ponad 870 osób. Co kryje się za tymi liczbami, kogo tak naprawdę wybieramy, jak wygląda Parlament Europejski po wyborach i dlaczego to głosowanie tym razem jest tak ważne?

Średnio zainteresowani

Gdyby wagę wyborów do europarlamentu mierzyć wyłącznie zainteresowaniem, jakie wykazują nimi wyborcy, należałoby zająć się „ważniejszym” tematem. Powszechna wśród obywateli opinia, że Parlament Europejski to odległa instytucja, która nie ma większego wpływu na naszą codzienność, przekłada się na frekwencję wyborczą w dużej części państw członkowskich. W 1979 r. frekwencja w całej Wspólnocie (wówczas 9 krajów) wyniosła 62 proc., w późniejszych latach systematycznie malała, w 2014 r. osiągając najniższy poziom w historii (42,6 proc.). To średnia unijna, w poszczególnych krajach wygląda ona skrajnie odmiennie. W Belgii, gdzie głosowanie jest obowiązkowe, frekwencja w 2014 r. wyniosła blisko 90 proc., w Niemczech – 48 proc., a w Polsce niespełna 24 proc. uprawnionych do głosowania. To o wiele słabsze wyniki niż w wyborach do parlamentów krajowych. Czy wynika to z przekonania Europejczyków, że Parlament Europejski tak naprawdę nie reprezentuje ich głosu? – PE jest jedynym parlamentem, którego lud nie wywalczył – mówił mi parę lat temu ówczesny europoseł Konrad Szymański. – Parlamenty narodowe powstawały dlatego, że lud chciał mieć stałego przedstawiciela przy królu, który blokowałby nadmierne opodatkowanie różnych grup obywateli. Ten mechanizm nigdy nie miał miejsca w UE. Lud europejski nigdy nie domagał się reprezentacji. PE został wymyślony odgórnie po to, żeby indukować zmianę polityczną w ludzie europejskim, a właściwie ten lud stworzyć. To się nie udało. Gdyby dzisiaj ktoś rozwiązał Parlament Europejski, nie byłoby żadnej demonstracji, żaden lud nie poczułby się pozbawiony czegokolwiek. Gdyby ktoś próbował rozwiązać Sejm, Bundestag czy Kortezy, na ulicach Warszawy, Berlina i Madrytu doszłoby do zamieszek, ponieważ ludzie mieliby poczucie, że odbiera się im prawo do współrządzenia – mówił Szymański. Dlaczego zatem powiedzieliśmy na początku, że będą to najważniejsze wybory europejskie od dekad i czy w ogóle warto zawracać sobie głowę wizytą przy urnie wyborczej?

Lobbyści mają nosa

Po pierwsze, obowiązujący od niedawna traktat lizboński daje PE więcej kompetencji niż wcześniej. Parlament Europejski jest w tym momencie jedną z kluczowych i niemal równouprawnionych instytucji unijnych i współdecyduje o większości aktów prawnych uchwalanych w UE, ma także dużo więcej niż wcześniej do powiedzenia o kształcie unijnego budżetu. Od prac PE zależy nie tylko kierunek integracji UE (choć to ciągle najbardziej zależy od Rady UE i Rady Europejskiej), ale też takie sprawy jak regulacje prawne dotyczące internetu czy cały wachlarz kwestii związanych z rynkiem usług. To od PE zależy również skład Komisji Europejskiej. Wprawdzie to rządy desygnują swoich kandydatów na komisarzy, ale bez woli PE nie mogą oni objąć swoich stanowisk. O rosnącej sile PE po wejściu w życie traktatu lizbońskiego świadczy fakt, że jego kompetencje ustawodawcze zostały zwiększone wraz z nową „zwykłą procedurą ustawodawczą”, która zastąpiła dawną procedurę współdecydowania z Radą. Procedura ta ma obecnie zastosowanie w ponad 40 nowych dziedzinach polityki, co zwiększa ich całkowitą liczbę do 73 (takie liczby podaje oficjalna strona internetowa Parlamentu Europejskiego). – O tym, że Parlament odgrywa jednak ważną rolę w Unii, świadczy liczba pojawiających się tu lobbystów – mówił mi w strasburskich kuluarach szef jednego z biur poselskich. W 2011 r. zarejestrowanych było 4750 lobbystów w samym Parlamencie Europejskim. Po zwiększeniu kompetencji PE liczba ta urosła i w kwietniu 2018 r. wynosiła 7246 osób. A to oznacza, że jest tu o co walczyć, wbrew powszechnej opinii, że Parlament niewiele może.

Euro-kogel-mogel

Co 5 lat – tyle trwa kadencja PE – przy okazji wyborów powraca pytanie, na ile wybrani europosłowie mają reprezentować interesy kraju, z którego zostali wybrani, na ile regionu, z którego startowali, a na ile interesy całej UE oraz grup parlamentarnych, które tworzą w Strasburgu i Brukseli (w pierwszym odbywają się sesje plenarne, w drugiej spotkania grup i prace komisji). Trzeba przyznać, że to najmniej przejrzysty aspekt funkcjonowania PE i tym samym jego rozumienia przez przeciętnego obywatela Unii. Bo – o czym chyba mało kto wie – zgodnie z traktatem lizbońskim (art. 14 TUE) Parlamentu Europejskiego nie tworzą już, jak dawniej, „przedstawiciele narodów państw”, ale „przedstawiciele obywateli Unii”. Nie jest to wcale tylko kosmetyczny zabieg – odzwierciedla on dominującą przez dekady w Unii tendencję odchodzenia od kategorii narodowych na rzecz obywatelskich właśnie. Idzie za tym cały szereg konsekwencji, w tym także przekonanie, że unijni urzędnicy – na pewno w Komisji Europejskiej – ale też coraz częściej europosłowie mają reprezentować ogólnounijny interes, a nie interes kraju pochodzenia. Przekłada się to także na komplikacje, jakie powstają nierzadko w wyniku tworzenia międzynarodowych grup politycznych, które reprezentują paneuropejskie partie polityczne.

Wybrani europosłowie nie organizują się według klucza narodowościowego, tylko tworzą (lub wchodzą w już istniejące) grupy polityczne składające się z różnych partii z różnych państw. Stąd polscy europosłowie rozproszeni są w kilku grupach politycznych. Na przykład europosłowie PO i PSL zasiadają wspólnie w ławach Grupy Europejskiej Partii Ludowej, w której znajdują się tak różne barwy polityczne jak niemiecka CDU Angeli Merkel czy – do niedawna, a obecnie w zawieszeniu – węgierski Fidesz Viktora Orbána. Z kolei PiS początkowo współtworzyło nieistniejącą już Unię na rzecz Europy Narodów, przekształconą później w Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, gdzie spotykali się z brytyjskimi torysami Theresy May, Szwedzkimi Demokratami czy Chorwacką Partią Konserwatywną. Podobnie wygląda to w przypadku drugiej (obok EPL, czyli tzw. chadecji) największej grupy w PE – to Grupa Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów, reprezentująca Partię Europejskich Socjalistów. Zasiadają w niej zarówno polscy europosłowie z SLD, jak i deputowani z niemieckiej SPD. W większości przypadków głosowania w Parlamencie Europejskim pokrywają się z przynależnością do grup politycznych. Są jednak sytuacje, gdy posłowie głosują według klucza narodowościowego. Tak było na przykład wtedy, gdy PE przegłosował rezolucję potępiającą Polskę za tzw. homofobię. Wówczas europosłowie z PiS (wówczas UEN), PO i PSL (EPL), a nawet niektórzy z SLD (Partia Europejskich Socjalistów) głosowali solidarnie przeciwko tej rezolucji. Później było już coraz gorzej i nawet w sprawach ważnych dla Polski decydowała bardziej solidarność grupy politycznej w PE niż interesy państwa pochodzenia.

Nowe rozdanie

Zgodnie z traktatem z Lizbony Parlament Europejski może liczyć maksymalnie 751 posłów. Po najbliższych wyborach europejskich liczba ta miała wynieść 705 posłów – przy założeniu, że Wielka Brytania wyjdzie do tej pory z UE. „Ucięta” liczba 73 brytyjskich mandatów miała być podzielona na dwie pule. Jedna (27 mandatów) zostałaby rozdzielona między pozostałe kraje (Polsce miał przypaść dodatkowy 1 mandat, ale np. Francji czy Hiszpanii po 5). Druga miała stanowić rezerwę na przyszłość, w razie dołączenia do UE nowych członków. Ponieważ jednak Brytyjczycy muszą wziąć udział w tych wyborach, Polacy nadal wybierają 51 europosłów. Niemcy w jednym i drugim przypadku dysponują 96 mandatami, czyli maksymalną możliwą liczbą przewidzianą przez traktat.

To nie te liczby jednak spędzają teraz sen z powiek wszystkim dotychczasowym głównym graczom w UE. Z sondaży w wielu krajach wyłania się obraz, który może zasadniczo zmienić dotychczasowy układ sił w PE. Wiele wskazuje na wygraną np. Frontu Narodowego we Francji, co przy prawdopodobnym wyjściu Fideszu z grupy chadeków, przy spodziewanym dobrym wyniku PiS i paru innych partii kontestujących dotychczasowy kierunek integracji (choć dla wielu była to raczej dezintegracja, czego dowodem były referendum brexitowe oraz rosnąca nieufność wobec zagarniających zbyt wiele kompetencji instytucji unijnych) otwiera pole do stworzenia silniejszej niż dotąd grupy konserwatywnej w PE (choć z pewnością nie będzie to monolit, bo partie Le Pen, Kaczyńskiego i Orbána wiele jednak dzieli).

To ważne wybory, bo dotyczą ponad 500 mln obywateli Unii. Około 370 mln z nich posiada prawo wyborcze, z którego zazwyczaj korzysta mniej niż połowa. Może w tym roku uda się przełamać tę tendencję. Od tych wyborów także zależy przyszłość UE.•

Jak głosować w wyborach do PE?

• Wybory do Parlamentu Europejskiego w Polsce odbędą się w niedzielę 26 maja 2019 r. • Lokale wyborcze będą czynne w godzinach 7.00–21.00. • Głosowanie odbędzie się w 13 okręgach wyborczych. • Głosować mogą osoby, które najpóźniej w dniu wyborów ukończyły 18 lat. • Do lokalu wyborczego należy zabrać dokument potwierdzający tożsamość – dowód osobisty lub paszport. • Aby nasz głos był ważny, na karcie do głosowania należy postawić znak X w kratce z lewej strony nazwiska tylko jednego kandydata z jednej listy. Postawienie znaku X w kratce obok nazwisk kandydatów z różnych list lub niepostawienie go w żadnej kratce spowoduje, że głos będzie nieważny. • Można głosować w dowolnym miejscu w Polsce lub za granicą, jeśli wcześniej postaramy się o specjalne zaświadczenie (otrzymamy je w urzędzie gminy lub miasta) albo dopiszemy się do listy wyborców tam, gdzie chcemy głosować.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL