Nowy numer 42/2019 Archiwum

Niech spoczną w poświęconej ziemi

Tatę, mamę i brata pana Franciszka zaprowadzili do jednej ze stodół, którą następnie podpalili. Siostra Stefcia miała więcej szczęścia… Ocena ludobójstwa w Hucie Pieniackiej do dziś dzieli Polaków i Ukraińców.

Samochody i autobusy zatrzymują się w ukraińskiej wsi Żarków. Dalej, kolejne pięć kilometrów, trzeba jechać furmankami. Chyba że ktoś chce stracić zawieszenie – ostrzegają Ukraińcy. Konie ślizgają się na lodzie, a woźnice z niemałym trudem omijają liczne dziury rozsiane na piaszczystej drodze. Dokładną trasę łatwiej śledzić na przedwojennych mapach wojskowych niż współczesnych. GPS pozostaje bezradny. Po półgodzinie docieramy do nowej, dwujęzycznej tablicy drogowej postawionej w szczerym polu. Huta Pieniacka – można przeczytać. Na miejscu widać kilka symbolicznych grobów i pochylonych drewnianych krzyży z biało-czerwonymi wstążkami. Obok niewielka figura Maryi stojąca na postumencie. Tylko tyle pozostało. W 1944 r. polska wieś liczyła 172 gospodarstwa i zamieszkiwało ją ok. 1000 osób – głównie Polaków. W ciągu paru godzin miejscowość została zrównana z ziemią, a większość mieszkańców wymordowana przez ukraińską dywizję SS „Galizien” i Ukraińską Powstańczą Armię. – O, tam, niedaleko pomnika, który postawiliśmy w 2005 r., stała szkoła, a trochę dalej był kościół. Jakby się dobrze przyjrzeć, to widać jeszcze resztki fundamentów – wskazuje Franciszek Bąkowski, jeden z ostatnich świadków tamtych wydarzeń. – To właśnie do kościoła Ukraińcy spędzali ludzi przeznaczonych na śmierć. Jedna kobieta zaczęła rodzić u stóp ołtarza. Żołdak wyrwał jej narodzone dziecko i rozdeptał – opowiada poruszony. Był 28 lutego. Pan Franciszek miał wówczas 7 lat. W jedną noc stracił matkę, ojca, brata i najbliższych krewnych. Zostali spaleni w stodole.

„Ja idę z rodzicami”

Pan Franciszek po latach wspomina, że przed wojną stosunki polsko-ukraińskie na tych terenach układały się dobrze. – Nie było niechęci. Mój ojciec był kowalem, miał kuźnię i warsztat. Pamiętam, że podkuwał konie również dla Ukraińców, niekiedy bardzo tanio, po kosztach. Wzajemne relacje pogorszyły się w 1943 r., kiedy zaczęły się napady UPA na Polaków. W tamtym czasie docierało do nas wielu uciekinierów z Wołynia. Zaczęliśmy wystawiać warty – mówi. Kilka dni przed masakrą, 23 lutego, w okolicy Huty Pieniackiej – polskiej placówki samoobrony przed UPA – pojawił się w celach rozpoznawczych pododdział 4 pułku policji SS. Formacja wchodziła w skład dywizji SS „Galizien” złożonej z ukraińskich ochotników. Jak podkreśla prof. Grzegorz Motyka, Polacy, sądząc, że mają do czynienia z przebranymi upowcami, natarli na napastników, zabijając dwóch z nich. „Przed całkowitym pogromem patrol SS uratował oddział UPA »Jastruba«, który zaatakował Polaków z boku” – pisze historyk. Zorganizowany przez Niemców manifestacyjny pogrzeb zabitych żołnierzy stanowił preludium do karnej ekspedycji, która zrównała miejscowość z ziemią. Profesor Motyka, na podstawie przebadanych dokumentów różnej proweniencji, stwierdza, że w zbrodni poza członkami 4 pułku SS brali udział również członkowie UPA z okolicznych miejscowości. Potwierdzają to także wyniki śledztwa krakowskiego oddziału IPN, które mówią dodatkowo o udziale w rzezi oddziału rekrutującego się z mieszkańców pobliskiej wioski Żarków oraz okolicznej ludności narodowości ukraińskiej. Ci ostatni mieli udzielać pomocy żołnierzom pacyfikującym wieś oraz rabować mienie Polaków.

– Była czwarta rano. Ukraińcy – żołnierze i cywile – otoczyli wioskę. Weszli na nasze podwórze. Byliśmy: ja – najmłodszy w rodzinie, moi bracia Kazik i Józef oraz siostra Stefcia. Mama powiedziała: „Idźcie do pani Polańskiej”, naszej krewnej. Pamiętam wyraźnie słowa Józka: „Ja idę z rodzicami” – wspomina pan Franciszek. Jego najbliższych zaprowadzili do jednej ze stodół, którą następnie podpalili. Nikt nie przeżył. Siostra Stefcia, która znalazła się w grupie razem z innymi młodymi dziewczętami, miała więcej szczęścia. – To była stodoła rodziców koleżanki mojej siostry, więc znały dokładnie to pomieszczenie. Wiedziały o dodatkowym wyjściu do ogrodu. Z trudem otworzyły te drzwi i w grupie kilku osób wybiegły na zewnątrz. Uciekały. Padły strzały. Udało im się schować w lesie – relacjonuje pan Franciszek i dodaje, że jego ocaliła Opatrzność. – Pani Polańska stała na podwórzu ze mną i moim bratem Kazikiem oraz trojgiem własnych dzieci. W pewnym momencie żołnierz SS „Galizien” powiedział po polsku ze śląskim akcentem: „Matka, schowaj się z tymi dziećmi”. Poszliśmy za dom i ukryliśmy się w kopcach na ziemniaki i warzywa. Kiedy się uspokoiło, uciekliśmy przez pastwiska do lasu, a stamtąd na Majdan Pieniacki, gdzie mieszkała siostra mamy – wspomina. Do Huty wrócił trzy dni później. Rodzinny dom został zrabowany. – To był straszny widok. Tylko pogorzeliska i trupy, pomordowane dzieci, kobiety. Więcej nie powiem. Nie jestem w stanie.

Prawda po banderowsku

Całkowicie inną wersję tamtych wydarzeń przedstawia tablica stojąca nieopodal postawionego przez Polaków pomnika. „Według wspomnień wieloletnich mieszkańców, w czasie drugiej wojny światowej w Hucie Pieniackiej funkcjonowała dobrze zorganizowana i uzbrojona polska bojówka, której członkowie dokonywali ataków na Ukraińców z okolicznych wsi (…). 28 lutego 1944 r. pododdziały niemieckie wkroczyły do wsi i spaliły wszystkie chaty wraz ze znajdującymi się tam mieszkańcami cywilnymi” – głosi napis w trzech językach: ukraińskim, polskim i angielskim. Ani słowa o ukraińskiej odpowiedzialności za zbrodnię. – Gniew we mnie wzbiera z powodu bezkarności tych, którzy takie kłamstwa wypisują. I to kilka metrów od symbolicznego grobu mojej najbliższej rodziny – mówi Adam Bernacki. Podczas masakry stracił dziadka Wojciecha i babcię Michalinę. Ich imiona są wypisane na niedużym krzyżu. – Rzeź przeżyli moi rodzice. Oboje z Huty Pieniackiej. Tata, wówczas 14-letni chłopak, był w tej samej stodole co jego rodzice. Wyłamał kawałek deski i uciekł przed płomieniami. Mama ukryła się w piwnicy domu. Pobrali się po wojnie – dodaje.

Chrześcijański obowiązek

Członkowie rodzin zamordowanych w 2008 r. założyli Stowarzyszenie Huta Pieniacka. Trzy lata wcześniej na terenie dawnej polskiej wsi stanął pomnik, na którym wyryto nazwiska ofiar. Kolejnym krokiem było odrestaurowanie przedwojennego cmentarza – obecnie najbardziej trwałego śladu świadczącego o istnieniu miejscowości. Stowarzyszenie organizuje konferencje naukowe, prelekcje dla młodzieży, zloty motocyklowe i inne wydarzenia popularyzujące pamięć o Hucie Pieniackiej i historii Kresów. Co roku w miejscu ludobójstwa odbywają się uroczystości, w których uczestniczą najważniejsi przedstawiciele polskich władz. Dotychczas obchodom towarzyszyły pikiety neobanderowców. – Któregoś razu spotkaliśmy zorganizowaną bandę 250 osób z gigantycznymi flagami Swobody. Na czele grupy stał Oleg Pankiewicz. Neobanderowcy zachowywali się wobec nas agresywnie. Gdyby nie ukraińscy policjanci, doszłoby do rękoczynów – wspomina Bogdan Śmigielski, współzałożyciel stowarzyszenia. – Zresztą nie tylko członkowie rodzin pomordowanych w Hucie byli nękani. Również polskie upamiętnienie dwukrotnie stało się celem ataków – uzupełnia. W 2017 r. część pomnika została wysadzona w powietrze. Następnie, tuż przed kolejną rocznicą, według obowiązującej na Wikipedii informacji, krzyż „został odbudowany przez Ukraińców za pieniądze mieszkańców okolicznych miejscowości”. – To nieprawda. Znamy lokalną społeczność od kilkunastu lat. Oprócz zaprzyjaźnionego miejscowego Ukraińca, który od początku pomagał nam w rewitalizacji cmentarza, a obecnie się nim opiekuje, nikt nie zaoferował nam pomocy. Ci ludzie są bardzo ubodzy. Nie byłoby ich stać na postawienie dużego pomnika. Należy więc uznać, że odbudowały go władze ukraińskie – informuje Śmigielski. Kilka dni później, w marcu 2017 r., krzyż ponownie został zniszczony. Namalowano na nim swastykę i tryzub.

W tym roku członkowie stowarzyszenia obawiali się równie silnej antypolskiej demonstracji podczas obchodów. Stało się inaczej. Niebiesko-żółte barwy zastąpiły czerwono-czarne, a Ukraińcy i Polacy stali obok siebie, uczestnicząc w ekumenicznej modlitwie. – Dlaczego dziś przyszedłem? Żeby upamiętnić zabitych – odpowiada krótko Miron, biorący udział w uroczystości. Na pytanie, czy identyfikuje się z treścią tablicy stojącej obok monumentu, nie odpowiada od razu. – Ta nasza historia jest trudna. Niech się nią zajmują historycy – ucina.

O ostrożność w ocenie tegorocznych obchodów apeluje Małgorzata Gośniowska-Kola, prezes Stowarzyszenia Huta Pieniacka. – Cieszą mnie narodowe barwy ukraińskie zamiast banderowskich. Jednak nie wyciągajmy z tego faktu zbyt pochopnych wniosków. Prawdziwą miarą dobrej woli będzie zgoda na przeprowadzenie badań i ekshumacji. Od lat zabiegamy o to, współpracując z IPN, jednak bez dobrej woli Ukrainy nic się nie uda. Prosimy naszych sąsiadów Ukraińców, aby pozwolili nam postawić krzyże na grobach, prosimy, by ofiary spoczęły w końcu w poświęconej ziemi. To nasz chrześcijański obowiązek – podkreśla. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL