Nowy numer 42/2019 Archiwum

Captain Marvel, czyli feministka Disneya?

Disney do perfekcji opanował granie na emocjach widzów. Nie zawsze jednak dobrze wpływa to na wartość artystyczną jego filmów.

Przed każdą premierą filmu z wytwórni Disneya można odnieść wrażenie, że wytwórnia ta wysyła armię trolli internetowych, którzy rozpętują ideologiczną wojnę. Oczywiście, w filmach zazwyczaj nie ma przepowiadanej przez trolli propagandy, ale sieciowa dyskusja nakręca ciekawość widzów. I Disney notuje kolejne miliardy na swoim koncie bankowym. Tak było z "Czarną Panterą", tak było z kolejnymi filmami z logo "Gwiezdnych wojen".

Najnowszą dyskusję ideologiczną wywołał film "Captain Marvel". Zanim jeszcze kolejna odsłona uniwersum Marvela weszła do kina, wywołała falę oskarżeń o feminizm. Dowodem na szerzenie ideologii feministycznej miał być fakt, że główna bohaterka filmu jest kobietą. Choć dyskusja o filmie była niezbyt mądra, to chyba wywołała zamierzony efekt. "Captain Marvel" zarobiła już pół miliarda dolarów.

Film "Captain Marvel" nie promuje oczywiście żadnego feminizmu. Jest to po prostu kolejny film o superczłowieku. Dla odmiany superczłowiek ten jest jednak płci żeńskiej. W kinowym uniwersum Marvela jest ona pierwszą superbohaterką. I to bohaterką ciekawą. Pojawiają się oczywiście wątki przebijania się przez kobietę w świecie mężczyzn. Ale jest on przedstawiony bardzo subtelnie. Podobnie jak w "Czarnej Panterze", dyskusja polityczna jest dużo ciekawsza niż rzekome promowanie poprawności politycznej.

Problem z filmem "Captain Marvel" jest jednak taki, że wątki społeczno-polityczne, choć podane w nienachalny sposób, są mocno łopatologiczne. Odpowiada chyba za to po prostu brak czasu. Główna bohaterka jest pilotką wojskowych samolotów w latach 90. To były właśnie czasy przebijania się kobiet w takich sferach jak armia. Można było więc przedstawić ciekawą historię. Ostatecznie dostaliśmy parę minut o kobiecie, która udowadnia, że może grać w baseball, jeździć gokartem i latać odrzutowcem.

Wątek feministyczny jest wrzucony do filmu niejako na siłę. Wygląda to tak, jakby autorom (i autorkom) kazano dodać kilka minut o „dziewczynie, która pokazuje mężczyznom swoją siłę”. Problem w tym, że te kilka minut dało okazję do wielu żartów z bohaterki. I niestety, trochę osłabia sympatię dla niej. Film gubi się chyba w połowie drogi między dziełem, które ma mieć wydźwięk feministyczny, a dziełem, w którym główny bohater tym różni się tylko od innych, że jest kobietą.

Jak zwykle u Marvela wybór aktora doskonale się sprawdza przy tworzeniu postaci. Brie Larson wykonuje bardzo dobrą pracę. Problem w tym, że w filmie "Captain Marvel" chodziło nie tylko o wykreowanie nowego bohatera. Chodziło o wykreowanie pierwszej bohaterki kinowego uniwersum Marvela. W dodatku bohaterki, która musi rywalizować z ikoną konkurencji, czyli Wonder Woman. Bohaterka Brie Larson raczej przegrywa z bohaterką Gal Gadot. To ta druga wykreowała bardziej dającą się lubić bohaterkę, która zarówno wiarygodnie skopie tyłki złym, jak i wiarygodnie pocieszy płaczące dziecko.

Taktyka Disneya jeszcze się sprawdza. Wywoływanie ideologicznej burzy zwiększa zainteresowanie filmami. Ale dobry film potrzebuje czegoś więcej. Przykładem są nowe "Gwiezdne wojny". Ich twórcy praktycznie zrobili powtórkę oryginalnej trylogii, podlewając ją tylko poprawnie politycznym sosem. Choć ten poprawnie politycznie sos to tak naprawdę kobieta i czarnoskóry w głównych rolach, to i tak wywołał on ideologiczną burzę. Burza ta, w połączeniu z nostalgią, przyniosła miliardy dolarów zysku.

Captain Marvel zarobi pewnie dużo pieniędzy dla Disneya. Ale czy zostanie pokochana tak jak Iron Man, Thor czy Kapitan Ameryka? Wszystko zależy od kolejnych filmów z udziałem Brie Larson. Feministyczne wątki biografii jej bohaterki zostały już odhaczone. Teraz pozostaje już tylko rozwijać jej charakter. Wygląda na to, że uda się to zrobić, jeśli Captain Marvel po prostu będzie sobą, a nie mająca odgryzać się męskim bohaterom „ikonką” feminizmu.

PS Największą furorę w filmie nie robią postaci grane przez Brie Larson, Jude'a Law czy Samuela L. Jacksona, ale uroczy kotek o imieniu Goose.

Przeczytaj też: Z którą superbohaterką zostawiłbyś dziecko?

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Bartosz Bartczak

Redaktor serwisu gosc.pl

Ekonomista, doktorant na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach specjalizujący się w tematyce historii gospodarczej i polityki ekonomicznej państwa. Współpracował z Instytutem Globalizacji i portalem fronda.pl. Zaangażowany w działalność międzynarodową, szczególnie w obszarze integracji europejskiej i współpracy z krajami Europy Wschodniej. Zainteresowania: ekonomia, stosunki międzynarodowe, fantastyka naukowa, podróże. Jego obszar specjalizacji to gospodarka, Unia Europejska, stosunki międzynarodowe.

Kontakt:
bartosz.bartczak@gosc.pl
Więcej artykułów Bartosza Bartczaka

Zobacz także

  • NJ
    14.03.2019 11:00
    Czy do takiej polszczyzny zmierzamy w GN?
    doceń 1
  • sp
    14.03.2019 14:33
    I potem wychodzą takie dwuznaczności jak: pilotka na pilocie. Bo pilotka to... czapka pilota. A pilot to zawód. Po co to zmieniać?
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji