Nowy numer 29/2019 Archiwum

Przystań Mehoffera

Wybitny, wszechstronny artysta, a jednocześnie skromny człowiek i wzorowy mąż? Wizyta w Domu Józefa Mehoffera pozwala wierzyć, że takie połączenie jest możliwe.

W domu tym dn. 15 stycznia 1869 r. urodził się Stanisław Wyspiański – czytamy na tablicy przy wejściu. Zaraz, zaraz, czyżbyśmy się pomylili? Przecież szukamy domu Józefa Mehoffera! A jednak wszystko się zgadza: Mehoffer mieszkał w tym samym domu, w którym urodził się Wyspiański. Tyle że dużo później.

Koledzy ze szkolnej ławy

Byli z jednego rocznika. Mehoffer przyszedł na świat dwa miesiące po Wyspiańskim – 19 marca. Razem chodzili do krakowskiej szkoły powszechnej Larischa i Gimnazjum św. Anny, obaj znaleźli się następnie w Szkole Sztuk Pięknych jako uczniowie Jana Matejki. Razem wyjechali na stypendium do Paryża, gdzie przez pewien czas wspólnie mieszkali i pracowali. W końcu ich drogi się rozeszły.

Nim jednak do tego doszło, stworzyli wspólnie witraż znajdujący się nad wejściem do kościoła Mariackiego, przedstawiający sceny z życia Najświętszej Maryi Panny. Replika tego dzieła wita nas w muzealnym holu. Przypomina o tym, że jesteśmy w domu, którego historia łączy te dwie postaci. Dom, wzniesiony w roku 1854 w miejscu spalonego drewnianego dworku, należał najpierw do znanego krakowskiego kupca Mateusza Rogowskiego. To u niego wynajął pracownię Franciszek Wyspiański, który wkrótce poślubił córkę kupca – Marię Rogowską. Z tego związku narodził się przyszły twórca „Wesela”. Budynek należał później do innych znanych rodzin – Szujskich i Tarnowskich – jednak w początkach XX wieku mocno podupadł. Dopiero Mehoffer, który odkupił go w 1932 r., przeprowadził remont generalny. Rodzina Mehofferów nazwała ten budynek Pałacem pod Szyszkami – od szyszek pinii, które stanowią element dekoracji holu i klatki schodowej.

– Kupił go w ostatniej fazie życia – opowiada Beata Studziżba-Kubalska, historyk sztuki i kustosz muzeum. – To była przystań, której szukał przez całe życie. Niedługo się nią cieszył. Wprowadził się tu w 1936 r., a kiedy wybuchła wojna, dom nie był jeszcze nawet całkiem wykończony. Jeśli odejmiemy od tego epizod wojenny, kiedy to Mehoffer znalazł się najpierw we Lwowie, a potem w niemieckim obozie Ash w Sudetach, okaże się, że nie spędził tu nawet dekady.

Dom otwarty

Artysta wrócił do Krakowa w 1940 r., zwolniony z obozu dzięki dyplomatycznej interwencji Watykanu i rządu włoskiego. – W czasie wojny życie w jego domu nie ustało – podkreśla Beata Studziżba-Kubalska. – To był zawsze dom otwarty, pełen ludzi. Spotykało się tu grono artystów: malarzy, muzyków, aktorów.

Atmosferę tamtych spotkań łatwo sobie wyobrazić, bo zachowały się zdjęcia, a fortepian stoi nadal pośrodku salonu wychodzącego na ogród. Mehoffer uwielbiał ogrody – już wcześniej enklawą rodzinnego szczęścia stał się dla niego dom w Jankówce, urządzony przez artystę jako „idealna rezydencja” z równie „idealnym” ogrodem, przedstawianym w wielu jego dziełach. Jednym z nich jest „Czerwona parasolka”, którą można podziwiać w salonie. – Ten obraz stał się znakiem rozpoznawczym, swoistym logo malarza – mówi pani kustosz.

Na płótnie widzimy żonę Mehoffera, Jadwigę z Janakowskich, która siedzi na stopniach tarasu i czyta książkę, osłaniając się od słońca czerwoną parasolką. W całym domu pełno jest jej wizerunków, jest tu niemal postacią dominującą. – Był w niej ogromnie zakochany – opowiada Beata Studziżba-Kubalska. – Z listów wyłania się wzór męża. Pod koniec życia pisał do żony tak samo pięknie, z czułością, jak w okresie narzeczeństwa. Ona była nieco mniej wylewna, ale bardzo mu pomagała. Sama też malowała i komponowała – amatorsko. Wszechstronnie wykształcona, prowadziła mu korespondencję w językach obcych, a po śmierci zaopiekowała się spuścizną męża i opracowała manuskrypt poświęcony jego twórczości.

Mistrz drugiego planu

W Domu Józefa Mehoffera przy ulicy Krupniczej 26, będącym oddziałem Muzeum Narodowego w Krakowie, nie znajdziemy najbardziej monumentalnych projektów wybitnego malarza i witrażysty. Rozmiary budynku pozwalają jedynie na prezentację bardziej kameralnej części zbiorów. Jednak to, co widzimy, wystarczy, by zrozumieć, jak wszechstronnym był artystą. Jest tu zatem sporo malarstwa, są repliki witraży, grafiki i szkice – w tym studia do witraży katedry św. Mikołaja we Fryburgu. – To było dzieło jego życia, pracował nad nim 36 lat – zaznacza pani kustosz.

A przecież ta wielka sztuka to nie wszystko, co wyszło spod ręki Mehoffera, bo pozostaje jeszcze cała twórczość użytkowa: okładki książek i czasopism, afisze, ekslibrisy, znaki towarowe, a nawet... banknot stuzłotowy z podobizną księcia Józefa Poniatowskiego, będący w obiegu od 1934 r. Projektował też biżuterię dla żony, która była jego pierwszą i najważniejszą modelką. W muzeum podziwiać można całą serię szkiców przedstawiających Jadwigę Mehofferową w dziwnych strojach. – Fascynowały go kobiece stroje, ale ona to pozowanie niespecjalnie lubiła. Trochę się na to skarżyła – uśmiecha się Beata Studziżba-Kubalska.

Z obrazów Mehoffera spogląda na nas kobieta elegancka, z podniesioną głową, w fantazyjnych kapeluszach i sukniach. „Portret żony (Na letnim mieszkaniu)”, jedno z najbardziej znanych dzieł, obok tej nieco dumnej, zdawałoby się: zapatrzonej gdzieś w dal postaci ukazuje też inny fragment życia rodzinnego. Na podłodze leżą porzucone zabawki, a przy stole w głębi, niemal na marginesie obrazu, znad talerza przygląda nam się mały Zbyszek. Mistrz drugiego planu – powiedzielibyśmy dzisiaj żartobliwie. Po latach to właśnie syn Zbigniew podejmie starania o utworzenie na Krupniczej muzeum Józefa Mehoffera. Nie doczeka jednak ich realizacji. Umrze w roku 1985, muzeum zostanie otwarte w 1996.

Ozdobić wiejski kościół

Zdaniem kustosz muzeum Józef Mehoffer był najwybitniejszym, obok Wyspiańskiego, twórcą polskiej sztuki sakralnej przełomu XIX i XX wieku. Jednak jego nowatorstwo nie od początku było doceniane. Wiele pomysłów nie doczekało się realizacji. Należy do nich chociażby projekt dekoracji malarskich dla katedry w Płocku, w którym artysta chciał wykorzystać motywy z ludowych skrzyń. Projekt wzbudził ogromne dyskusje w ówczesnej prasie, ostatecznie jednak z niego zrezygnowano. Podobnych sytuacji w życiu Mehoffera było więcej. Dopiero w latach trzydziestych, a więc w późnej fazie twórczości, natrafił na kapłana, który dał mu pełną swobodę w realizacji artystycznych zamierzeń. Był nim poznany w Rzymie ks. Józef Florczak, proboszcz z Turku, zamordowany później w Dachau. Dzięki ich przyjaźni kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa w Turku zyskał polichromie zachwycające baśniową wręcz kolorystyką i równie piękne witraże. Karton jednego z nich, przedstawiający Matkę Boską Różańcową, można podziwiać w krakowskim muzeum.

Czy Mehoffer pozostawał pod wpływem Wyspiańskiego? – Jako człowiek z pewnością tak – twierdzi Beata Studziżba-Kubalska. – Podziwiał go, liczył się z jego zdaniem, silnie przeżywał krytykę z jego strony i konflikty. Ale jako artysta pozostał równie niezależny jak Wyspiański. Błędem jest też mówienie o Mehofferze wyłącznie jako o malarzu młodopolskim, bo przecież zmarł w 1946 r. Do końca tworzył i jego sztuka się zmieniała. Ogromna wiedza z zakresu historii sztuki łączyła się u niego ze znakomitym warsztatem, a tradycja z nowatorstwem.

Ostatnią w swoim życiu polichromię wykonał w Lubieniu – małej wiosce niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego. Jeździł tam w czasie wojny, pozostawiając po sobie na ścianach świątyni coś w rodzaju prostego katechizmu przemawiającego do ludowej, a może nawet dziecięcej wyobraźni. „Czuję się szczęśliwym, że mogłem raz jeszcze w życiu ozdobić wiejski kościół. Oby jak najwięcej dzieł sztuki rozsiało się po szerokich połaciach naszej ojczyzny, oby mnożyły się i kiełkowały jak nasiona, które dobroczynny wiatr niesie na los wypadku” – zapisał w parafialnej księdze. Te słowa wiele mówią o nim jako o człowieku. Będąc wybitnym twórcą, zachował w sobie skromność i dobro, które do końca chciał rozdawać innym. Wizyta w Domu Józefa Mehoffera, w którym śladów tego dobra jest wiele, taki wizerunek artysty w nas utwierdza. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL