Nowy numer 20/2019 Archiwum

Choremu wszystko wybaczam

O lekcjach anatomii, sensie cierpienia i potrzebie rozmowy mówi dr Michał Tkocz.

Barbara Gruszka-Zych: Do Pana Doktora trzeba czekać w kolejce?

Dr Michał Tkocz: Chorzy z nowotworem nie czekają.

Jak to się da załatwić?

Nie trzeba tego załatwiać. Należy tylko przyjść i się zarejestrować. Uczciwość i zdrowy rozsądek nakazują lekarzowi, żeby chorych z nowotworem przyjął w pierwszej kolejności. Dzieje się to za cenę niezadowolenia pacjentów niewymagających pilnego leczenia. Wskazujemy im wtedy inne ośrodki, ale wolą korzystać z naszego.

Pana oddział posiada rzadki certyfikat skutecznej walki z bólem.

Od początku to było jedno z naszych głównych zadań. Bo chory z rakiem jest po pierwsze wystraszony diagnozą, a po drugie wylękniony, co się z nim stanie po operacji. Ból fizyczny przenika go całego i wywołuje lęk. Dlatego niewielkim nakładem, bo nie kosztowało to szpitala jakichś gigantycznych kwot, stworzyliśmy jedyny w tej placówce tzw. oddział bez bólu – ze specjalnym certyfikatem. U nas chory do 24 godzin po najcięższej operacji nie przeżywa stresu bólowego.

A potem?

Potem już go nie boli, bo pierwsze godziny są najtrudniejsze. Wszyscy pacjenci na naszym oddziale są monitorowani pod względem odczuwania bólu. Za pomocą komputerów mogą z nami współpracować, w zależności od samopoczucia zaznaczając na ekranach mniej lub bardziej uśmiechnięte buźki. Żeby wprowadzić w życie ten system, trzeba było zmienić swoje myślenie, a potem zadać sobie trud zdania egzaminu, by uzyskać certyfikat.

Kiedy zaczynał Pan pracę, nie istniały tak zaawansowane systemy znoszenia bólu jak dziś.

Jako zupełnie młody człowiek pracowałem na oddziale chirurgicznym. Trafiłem wtedy do pana profesora Górki w nowoczesnym, unikatowym ośrodku chirurgii przewodu pokarmowego w Katowicach. Widziałem, ile troski ten nowoczesny, wizjonerski chirurg wkładał nie tylko w operowanie, ale i w opiekę pooperacyjną. Już wtedy zrozumiałem, że po operacji nie można zostawić pacjenta samego z bólem. Sztuką jest stworzenie takich warunków, żeby mógł jak najszybciej wrócić do normalnego życia.

Trudno porównać tamte warunki pracy z dzisiejszymi. Niedawno w mediach było głośno o przeprowadzonych przez Pana zespół operacjach techniką noża wodnego.

Za jego pomocą operujemy na dużą skalę guzy nerek, pęcherza moczowego i raka prostaty u pacjentów z całej Polski. Na początku koledzy się ze mnie śmiali, że jestem „chirurgiem wodnym”. Rzeczywiście, za pomocą strumienia wodnego wycinam z pęcherza i nerek guzy. Technikę tę wykorzystujemy także w operacji raka stercza. Dzisiaj nie ma odwrotu od nowoczesności. Dlatego za wszelką cenę będę dążył do tego, żeby w naszym szpitalu pojawił się robot, bo gwarantuje to skrócenie czasu zabiegu i jego perfekcję. Oczywiście zawsze takiego robota musi obsługiwać człowiek.

Mam nadzieję, że najważniejszym elementem terapii pozostanie osobista rozmowa lekarza z chorym.

Rozmowa to podstawa! Pacjenta trzeba wysłuchać od początku do końca. Dlatego odwiedzam ich na oddziale dwa razy dziennie – rano i po południu, żeby z nimi porozmawiać.

A wszyscy wokół narzekają, że nie mają czasu na rozmowę.

Nieprawda. Jeśli się chce, to się go ma. To jest tylko próba usprawiedliwienia prawdziwego braku zainteresowania chorym. Nie wyobrażam sobie, żeby bez rozmowy próbować namówić pacjenta do rozległej, okaleczającej operacji onkologicznej, bo chirurgia czy urologia często właśnie okaleczają pacjenta. Chory, który miał dotąd zachowaną naturalną ciągłość dróg moczowych, po operacji wyjdzie od nas okaleczony i musi zrozumieć dlaczego.

Co może zostać mu wycięte?

Na przykład pęcherz moczowy.

I wtedy będzie musiał nosić worek?

Właśnie tak. Przed taką operacją nagle staje w obliczu pytania, jak będzie dalej żył. Dlatego należy długo z nim rozmawiać.

Co mu Pan wtedy mówi?

Zawsze prawdę. Gdy ktoś cierpi na raka pęcherza, wyjaśniam, że powinien się poddać operacji. Trzeba przedstawić pacjentowi wszystkie możliwe sposoby leczenia, pozostawiając mu wybór. Czasem słyszę pytanie: „A pan poddałby się takiej operacji?”. Odpowiadam, że zrobiłbym to samo, co radzę choremu, a on pod wpływem tych słów decyduje się na zabieg.

Trudno o tym rozmawiać?

Część pacjentów nie chce tego słuchać. Część musi się z tym oswoić i trzeba im dać więcej czasu.

Ktoś kiedyś krzyczał na Pana?

Pacjenci czasem na nas krzyczą, ale nie z powodu nowotworu, lecz ogólnego niezadowolenia. Każdy z nich jest inny i różnie znosi cierpienie. Niektórzy cicho, w milczeniu, inni strasznie hałaśliwe.

A Pan zachowuje spokój?

Tak. Podniesiony głos, krzyk są przecież objawami bezradności.

Czuje Pan, że pacjent jest w gorszej sytuacji?

Zawsze jest w gorszej sytuacji.

Dlatego już z góry Pan mu wybacza?

Wszystko mu wybaczam. Nie wyobrażam sobie innego zachowania, bo wtedy moja praca nie miałaby sensu. Warto się zastanowić, co ja bym zrobił, gdyby mi powiedzieli, że jestem śmiertelnie chory i muszę się poddać operacji. Nie wiem, jakbym zareagował.

Nie może Pan tego przewidzieć po tylu latach pracy?

Nie… Dzisiaj myślę o tym spokojnie, bo mam swoje lata. Przede mną mniej niż więcej.

Ma Pan przekonanie, że człowiek w pewnym wieku powinien więcej myśleć o śmierci.

A pani o niej nie myśli?

Nieustannie…

Ja również. Proszę sobie wyobrazić, że ze śmiercią obcowałem przez pierwsze cztery lata pracy w Katedrze Anatomii Prawidłowej, czyli niechorobowej. Miałem wtedy 25 lat i uczyłem młodszych kolegów anatomii na ludzkich zwłokach. Moim marzeniem była praca w klinice chirurgii przewodu pokarmowego, ale nie było tam etatu i trafiłem do prosektorium. Ucząc studentów, zorientowałem się, że sam na nowo uczę się anatomii. Wiedziałem, że bez jej znajomości nie będę mógł stanąć ze spokojem przy stole operacyjnym. To były najpiękniejsze cztery lata mojego życia.

Brzmi to trochę makabrycznie…

Taka praca uczy szacunku dla majestatu śmierci, który jest niezbędny w pracy lekarza. Proszę sobie przypomnieć obraz Rembrandta „Lekcja anatomii doktora Tulpa”. Oglądając go, proszę nie patrzeć na zwłoki, ale na twarze stojących nad nimi ludzi. Oni są zafascynowani tym, co widzą. W ich oczach malują się nieprawdopodobne zdziwienie i zachwyt.

To dlatego, że ciało ludzkie jest tak genialnie zbudowane?

Oczywiście, że tak. W XVIII wieku był nawet w historii medycyny taki okres, że duże pole do popisu mieli ludzie trudniący się wykradaniem z cmentarzy zwłok i dostarczaniem ich do szpitali na sekcje.

Czy dzisiaj studenci mają zajęcia z anatomii?

Tak, ale nie zawsze rozumieją ich wartość, a to poważny błąd. Młody człowiek, który staje przy stole operacyjnym, a nie przyłożył się do nauki anatomii, musi zdać sobie sprawę, że powinien się jej nauczyć. Nie bez przyczyny ktoś nazwał anatomię nauką podstawową. Jest to prawda.

W znanym filmie Krzysztofa Zanussiego „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” Zbigniew Zapasiewicz grający człowieka, który już po swojej śmierci leży na stole sekcyjnym, zachęca stojącego nad nim studenta medycyny: „Tnij, to tylko ciało”. Mówimy tutaj o ciele, a gdzie człowiek ma duszę?

Japoński anatom Adahi, który napisał wspaniałe podręczniki do anatomii, nie kryje, że wielokrotnie sekcjonując zmarłych, próbował znaleźć duszę, ale mu się to nie udawało. Zmienił swoje myślenie, dopiero gdy stanął w obliczu tragedii po wybuchu atomowym w Hiroszimie. Wtedy odczuł, że dusza istnieje.

A Pan jak to czuje?

Jeżeli jesteśmy wierzący, mamy to od dzieciństwa ułożone w swoich głowach. Już bardzo dawno poczułem, że tak jest. To da się odczuć, kiedy po raz pierwszy towarzyszymy komuś w umieraniu.

Na co dzień jednak uciekamy od śmierci.

Nie chcemy z nią obcować. Wolimy jak najszybciej pozbyć się problemu. Bliski nam umarł, a my staramy się, żeby jego ciało jak najszybciej trafiło do zakładu pogrzebowego. Natychmiast dzwonimy do firmy pogrzebowej, która go zabiera. I jeżeli zmarłego kochamy, to nie zdajemy sobie sprawy, że samych siebie pozbawiamy najwspanialszych chwil z nim. Przecież nie wiemy, czy w tym ciele jest jeszcze dusza.

Pan Jezus zmartwychwstał po trzech dniach. Kiedy widzi Pan, że do któregoś z pacjentów zbliża się śmierć, sugeruje Pan jego bliskim, by wzięli do domu mamę czy tatę?

Kilka razy mi się to zdarzyło. Bliscy odchodzącego byli inteligentnymi ludźmi, współodczuwającymi w jego cierpieniu, mającymi świadomość jego umierania i szybko reagowali na moje sugestie. Na ogół my, lekarze zabiegowcy, jesteśmy za nerwowi i pospieszni. Kiedy zoperujemy jednego chorego, natychmiast chcemy zająć się nowym. Ale przecież nasi chorzy muszą z kimś umierać. Dlatego wbiłem sobie do głowy, że trzeba im towarzyszyć do końca. To misterium śmierci nie dotyczy tylko pacjentów, ale też ich bliskich, którzy stają przed czymś, co dotyka ich czasem pierwszy raz w życiu.

Czy śmierć jest ostateczną porażką?

Czasami chyba nie, zwłaszcza jeśli chodzi o śmiertelnie chorych. Może być wybawieniem dla kogoś, kto przeżywa koszmarne cierpienie i nie widzi sensu swojej choroby.

Rozmawia Pan z pacjentami o sensie cierpienia?

Z częścią osób nie można o tym rozmawiać, bo po prostu tego nie chcą. Ale zdarzają się tacy, którzy się tego domagają. Kiedyś odbyłem taką rozmowę z matką małych dzieci, która śmiertelnie chorowała na nowotwór. Wydawało się, że jej życie zmierza nieuchronnie ku końcowi. Rozmowa o sensie tej choroby sprowadzała się do tego, że ona bardzo chciała zdążyć wychować swoje dzieci. Bała się o siebie, ale przede wszystkim o nie. Okazało się, że przeżyła tę chorobę, żyje do dziś, doczekała się wnuków. Mimo że zawsze powinienem się trzymać faktów – bo medycyna niebazująca na nich nie istnieje – uważam, że musimy walczyć do końca. Nawet jeżeli wszystko wskazuje, że powinniśmy „dać sobie spokój”.

Czego nauczyli Pana cierpiący pacjenci?

Dawali mi bardzo różne nauki, bo ludzie w cierpieniu różnie się zachowują. Moi chorzy najczęściej cierpią na nowotwór, a ja uczę się od nich cierpliwości. Zwykle bardzo cierpliwie przyjmują swoją chorobę. Z wielką godnością znoszą straszne okaleczenia operacyjne. Ważne jest też to, że nam ufają. Z rozmowy ze mną bierze się ich zaufanie w kwestii metod leczenia i ich skuteczności. Jeżeli choremu się wytłumaczy, to zrozumie z pewnością, że tylko ta terapia ma sens – wtedy poddaje się propozycji leczenia. Oczywiście wyboru dokonuje sam.

A Pan komu ufa?

To niebezpieczne pytanie. Sam sobie do końca nie ufam, ale ufam innym. Spotkałem wielu fantastycznych ludzi, na których nigdy się nie zawiodłem. Tak naprawdę jednak myślę, że odpowiedź jest jedna – całe życie ufałem Bogu i bliskim. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

  • tomaszl
    22.03.2019 09:26
    Lekarzom też trzeba wiele wybaczać i trzeba mieć często wręcz anielską cierpliwość wobec niektórych lekarskich pomysłów.
    Najgorzej, co nas pacjentów może spotkać, to leczenie się u specjalistów, którzy nie bacząc na inne choroby usiłują forsować swoje pomysły. Wąska specjalizacja przy braku silnego lekarza rodzinnego doprowadzić może do opłakanych skutków.
    Stąd np. dobrym, wdrażanym ostatnio pomysłem jest karta DILO, o ile oczywiście specjaliści chcą współpracować z lekarzem pierwszego kontaktu.
    No i ważnym jest, aby lekarze mieli dostęp do całej dokumentacji medycznej i mieli czas na jej przeanalizowanie. Takiej podejście spotkałem u młodych (duchem) lekarzy, natomiast trafia się jeszcze tzw. stara szkoła.
    doceń 1
  • Jan z ruda Śląskiej
    22.03.2019 10:25
    Dr Michał Tkocz wspaniały Człowiek i cierpliwy oraz doskonały lekarz! Takich nam potrzeba - módlmy się o nich.
    doceń 3

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji