Nowy numer 7/2019 Archiwum

Skrzypek w klasztorze

O zakochanych dziewczynach, SDM-ie i modlitwie na skrzypcach opowiada Wojciech Czemplik.

Barbara Gruszka-Zych: Ma Pan w domu cały zbiór instrumentów, ale wybrał Pan skrzypce.

Wojciech Czemplik: Miałem sześć lat, kiedy usłyszałem od rodziców: „Twój dziadek grał na trąbce i skrzypcach”. Pozostały po nim skrzypce, więc łatwo mi było zacząć uczyć się na nich grać. W małym miasteczku, jakim był mój rodzinny Ostrów Wielkopolski, działało wtedy jedno ognisko muzyczne i był tam jeden nauczyciel – Seweryn Kałużny, uczący właśnie gry na skrzypcach. Spodobały mi się, bo są śpiewne, i kiedy sam nie potrafiłem śpiewać, mogłem to robić za ich pomocą.

Na starych skrzypcach śpiewa się inaczej niż na nowych?

Miałem szczęście grać na stradivariusie po Giuseppe Tartinim i Karolu Lipińskim, czyli na prawdziwym skarbie. Moje skrzypce są warte 15 tys. zł, a tamte 10 mln dolarów. W takie kilkuwiekowe skrzypce wpisane jest życie tych, którzy na nich grali.

Zostawiali jakieś ślady?

Delikatna rysa na instrumencie może świadczyć o tym, że grający na nim źle położył smyczek i został po nim ślad. Albo ktoś miał długą brodę i wytarł nią w jednym miejscu lakier.

Podobno instrument jest jak człowiek.

Też musi przechodzić zabiegi kosmetyczne. Co jakiś czas trzeba zmienić mu makijaż, czyli wyczyścić lakier, usunąć tłuszcz, wymienić tzw. belkę basową, czyli kręgosłup skrzypiec. Kiedy są stare, wkrada się osteoporoza...

Jak długo Pan gra na swoich skrzypcach?

Ponad 45 lat, dlatego sporo doświadczyły. W czasach studenckich zabierałem je na rajdy. Na jednym wystarczył moment, że położyłem je obok ogniska, a kolega przeszedł po nich żołnierskim butem. Nie nadawały się do użytku, ale cudowna brać z naszego klubu turystycznego ogłosiła zbiórkę na ich remont. Zebrano pokaźną kwotę i udało się je naprawić.

Może dlatego brzmią tak charakterystycznie?

(śmiech) A ja pamiętam, skąd pochodzą ich blizny. Układają się w ciąg zdarzeń, które miały miejsce w moim życiu. Dlatego nie zamieniłbym ich na takie prosto ze sklepu.

Ciekawe, że swoją karierę zaczął Pan od szkoły morskiej, nie muzycznej.

To stało się po odwiedzinach syna przyjaciół rodziców, który wrócił z rejsu dookoła świata Darem Pomorza. Studiował w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni. To były czasy, kiedy wyjeżdżać z kraju mogli tylko wybrani. Następnego dnia po wysłuchaniu jego morskich opowieści podjąłem decyzję, że wybieram przygodę z dużą dozą wolności. Pięć lat studiowałem mechanikę silników okrętowych. Na praktykach pracowałem pod pokładem statku. Zawsze brałem w rejs skrzypce, grałem „Gdybym był bogaczem” albo „Ave Maria”, i przez to byłem bardzo lubiany. To był zmiękczacz twardych, marynarskich serc.

Jednak zamiast zajmować się silnikami, założyliście z kolegami zespół Trójka bez Sternika…

Zaczęliśmy śpiewać piosenki żeglarskie. Na przeglądzie zdobyliśmy laury i zainspirowani tym sami zorganizowaliśmy na naszej uczelni Przegląd Piosenki Morskiej „Wanta”. Po studiach odeszła mi ochota na bycie marynarzem. Do grania wciągnął mnie wówczas popularny bard Piotr Bakal.

Pana skrzypce przeszły do historii polskiej muzyki w piosenkach kultowego Starego Dobrego Małżeństwa. Wielu mówi, że skutecznie rozpraszaliście mroki komuny.

Zespół powstał w okresie, kiedy było zapotrzebowanie na taką piosenkę. To były głównie utwory o miłości, o wędrowaniu i przemijaniu, z piękną muzyką do wierszy Stachury, Leśmiana, Ziemianina. Koledzy, którzy w 1986 r. zaprosili mnie do zespołu, byli trochę młodsi ode mnie. Graliśmy razem 27 lat, prawie połowę mojego życia.

Wydaliście dziesiątki rozchwytywanych płyt. Byliście uwielbiani.

Dzisiaj widzę to bardziej niż wtedy. Wtedy byliśmy młodzi, ciągle w drodze, z plecakami, mieliśmy pełne sale. Ale nie obrośliśmy w bogactwo, bo graliśmy przede wszystkim dla młodzieży i bilety na nasze koncerty kosztowały grosze.

Dziewczyny z tamtych lat mówią, że były w Panu zakochane. Czuł Pan to?

Nie byliśmy chłopakami z okładki, ale po koncertach ludzie się do nas garnęli. Każdy miał wokół siebie zakochane dziewczyny…

Jak Pan sobie z tym radził?

Skutek jest taki, że ożeniłem się dopiero... kiedy miałem 40 lat.

Dlaczego?

Bo ciągle byłem w drodze. Dziewczyny, które miały nadzieję, że nasz związek się uda, z czasem ją traciły, bo wyjeżdżałem.

Jakaś dziewczyna mogłaby z Panem jeździć.

Ale one chciały założyć gniazdo rodzinne, potrzebowały stabilizacji.

Śpiewane przez SDM słowa: „Jest już za późno! Nie jest za późno!” musiały chodzić Wam po głowach. Czy może sztuka jest zamiast życia?

Wielokrotnie wydawało mi się, że nie założę rodziny. Myślałem, że można tak przeszaleć całe życie.

To było szaleństwo?

To było piękne szaleństwo! Powstał fan club naszego zespołu, zebraliśmy 100 kilogramów listów, które do nas napisano…

Co się stało, że przerwał Pan ten maraton?

Zakochałem się. (śmiech) Znaliśmy się z żoną 17 lat. Ta nasza miłość dojrzewała, aż w końcu w Ostrowie Wielkopolskim wzięliśmy ślub.

Jeszcze zdążyliście w dżungli ludzkości siebie odnaleźć... Co Pan pamięta z tego dnia?

W urzędzie stanu cywilnego przywitała nas pani i spytała: „A gdzie są młodzi?”. (śmiech)

Kilka lat po ślubie przeprowadziliście się do wsi Talary, 5 km od klasztoru filipinów przy sanktuarium na Świętej Górze…

Gdybym tu nie zamieszkał 16 lat temu, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Nigdy na mojej drodze, dosłownie i metaforycznie, nie stała tak blisko świątynia. Teraz najbliższymi mi ludźmi, oprócz rodziny, są posługujący w sanktuarium księża filipini i siostry służebniczki. Prawie każdą wolną chwilę spędzam u księży i braci w bazylice na Świętej Górze. Koledzy śmieją się, kiedy któryś z nich do mnie dzwoni, a odbiera mój syn Antek. Na pytanie: „Gdzie tata?” odpowiada zgodnie z prawdą: „W klasztorze”. Wtedy z drugiej strony słuchawki zalega wymowna cisza. A ja rzeczywiście najczęściej przebywam w klasztorze. To oznacza, że to miejsce tak pięknie mnie wypełnia.

Księża od razu się na Panu poznali?

Kiedy któregoś popołudnia poszedłem pomodlić się w bazylice, zagadnął mnie ks. Kuba Przybylski, teraz mój przyjaciel: „Ja pana znam. Kiedy byłem w seminarium, koncertowaliście u nas ze Starym Dobrym Małżeństwem. Może mógłby pan zostać dyrygentem w naszym przyklasztornym chórze?”. Spodobało mi się to i od razu zaproponowałem nagranie płyty będącej wizytówką sanktuarium. Tak powstał album „Świętogórskiej Pani”, z utworami maryjnymi, który sprzedał się do ostatniego egzemplarza. Niedługo potem założyliśmy Stowarzyszenie Miłośników Muzyki Świętogórskiej. Myślę, że spotkanie takich ludzi jak ci, którzy bezinteresownie w nim działają, to prawdziwy cud. Od 14 lat poświęcamy swój czas, pieniądze i siły na rzecz wymyślonego przez nas festiwalu Musica Sacromontana. Organizujemy też prawie całe życie muzyczne sanktuarium.

Za ołtarzem głównym bazyliki znajduje się biblioteka z bezcennymi zbiorami muzycznymi.

Jako jedyny świecki mam do niej klucz i zawsze mogę tam wejść i szukać inspiracji albo zgłębiać historię muzyki wielkopolskiej. Jakiekolwiek nuty wyciągnę, poznaję Kapelę Świętogórską, która tutaj przez wieki grała i śpiewała na chwałę Pana. Nie tylko dowiaduję się, kiedy powstały rękopisy, ale orientuję się, ilu muzyków było w klasztorze, na ile głosów śpiewali utwory, jakimi dysponowali instrumentami.

Tak spotyka się Pan z nieobecnymi. Nasza rozmowa dryfuje w ich stronę.

Bo oni mają tu doniosły głos. Poświęcili się całkowicie temu sanktuarium. Dzisiaj poza księżmi i organistami nie ma takich osób, które oddawałyby się z miłością modlitwie i muzyce. Oni tworzyli niezwykle piękną muzykę użytkową.

To między innymi Pan odkrył kilka lat temu niewykonywane od 250 lat utwory świętogórskiego kapelmistrza Józefa Zeidlera.

Pamiętam dreszcz emocji, kiedy trafiłem na jego „Re­quiem” przepisane ręką kopisty. Zeidler, podobnie jak Mozart, umarł podczas jego komponowania. Wykonaliśmy je do momentu, kiedy zostało przerwane przez śmierć. Prof. Julian Gembalski napisał, że ta muzyka swoim poziomem dorównuje tworzonej przez artystów europejskich tamtego okresu. Wybitny muzykolog Marek Dyżewski nazwał nawet Zeidlera polskim Mozartem.

Wskrzesił Pan też laudy, pieśni świeckie z czasów św. Filipa Neri.

Ściągnąłem nuty do nich z biblioteki zgromadzenia księży filipinów w Rzymie. Następnie zaprosiliśmy włoskich śpiewaków i po raz pierwszy, nie tylko na Świętej Górze, ale i w Polsce, wykonaliśmy XVI-wieczne pieśni, do których teksty napisał Filip Nereusz. To była muzyka wysokiej próby. W okolicy Gostynia trafiłem też na niezwykle wartościowe piosenki ułożone przez bł. Edmunda Bojanowskiego.

Który urodził się i mieszkał na tej ziemi.

To się stało, kiedy odbierałem syna z Górki Duchownej, gdzie pojechał na rekolekcje. Jest tam muzeum błogosławionego, gdzie w jednej z gablot odkryłem jego „Piosnki wiejskie dla Ochronek” z 1862 r., które zbierał przy wsparciu Oskara Kolberga. Każda z nich niesie jakąś życiową mądrość. Tak się nimi zachwyciłem, że razem z chórem Zaczarowana Melodia i młodzieżą z Gostynia przygotowałem na ich podstawie program muzyczny. Słuchający nas płakali ze wzruszenia.

Ma Pan szczęście, że gra utwory z dobrym tekstem.

Może mam prawidłową duchowość, skoro otrzymuję takie sygnały: „Zajrzyj do tej książki Bojanowskiego”; „Jedź na spotkanie z maestro Maksymiukiem”. Mistrz nagrał tu bowiem dwie płyty i jest przekonany, że muzyka Zeidlera przenosi go w inne przestrzenie. Jestem wdzięczny Bogu, że tak mnie prowadzi między starą a nową muzyką.

Modli się Pan nią?

Jako muzyk wszędzie słyszę muzykę i się nią modlę. Staram się przychodzić na Msze ze swoimi skrzypcami, siadam też przy organach i gram, jak umiem najlepiej, zgodnie z przesłaniem Filipa Neri.

Jest Pan pewny, że Bóg istnieje?

Oczywiście, nie mam co do tego wątpliwości. Tak jak nie mam wątpliwości, że mam w domu rodzinę i skrzypce. •

Wojciech Czemplik

legendarny skrzypek zespołu Stare Dobre Małżenstwo. jeden z Pomysłodawców i dyrektor Artystyczny Festiwalu muzyki oratoryjnej Musica SacrOmontana w Sanktuarium w świętej Górze koło gostynia.

« 1 »
oceń artykuł
TAGI:

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL