Nowy numer 42/2019 Archiwum

Granice granic

Stany Zjednoczone Europy czy Europa ojczyzn? Odwieczny spór zwolenników obu wizji integracji wraca z nową siłą.

Niespełna dwa tygodnie temu Angela Merkel powiedziała w Berlinie, że „państwa narodowe powinny być obecnie gotowe do oddania suwerenności”. Przeciwnicy federacji nie kryli oburzenia, że kanclerz Niemiec, korzystając z okazji, jaką jest zbliżający się Brexit, odgrzewa stary kotlet, na którego nie mają ochoty obywatele krajów unijnych. Bo o ile zwolennicy Unii Europejskiej stanowią ciągle większość, to wśród nich przeważają jednak ci, którzy chcą, by najważniejsze dla nich decyzje zapadały w stolicach ich krajów, a nie w Brukseli, Strasburgu czy Luksemburgu – zwłaszcza, że w praktyce oznacza to najczęściej… Berlin lub Paryż.

Dał nam przykład Bonaparte

Ścieranie się obu wizji integracji – federacja vs Europa ojczyzn – towarzyszy wspólnotom europejskim nie od kilku dekad, jak powszechnie się uważa, ale od kilku stuleci, a zupełnie otwarcie co najmniej od XIX wieku. Wystarczy przywołać słowa Napoleona Bonapartego, które wypowiedział podczas pobytu na Wyspie Świętej Heleny: „A zatem dla Europy podzielonej pomiędzy narodowości swobodnie tworzone oraz wolnej wewnętrznie, osiągnięcie pokoju między państwami byłoby łatwiejsze i mogłyby wówczas powstać Stany Zjednoczone Europy”. Dopiero jednak po II wojnie światowej spór ten stał się wyrazisty. „Musimy zbudować rodzaj Stanów Zjednoczonych Europy. Tylko w ten sposób setki milionów ludzi będzie w stanie odzyskać proste radości i nadzieje, które czynią życie wartym przeżycia” – mówił w 1946 roku Winston Churchill, choć Wielką Brytanię widział wyłącznie jako patrona koncepcji, a nie jej część.

Dziś federaliści przekonują, że państwa narodowe mają zrzec się roli dominującej na rzecz centralnych ośrodków UE w Brukseli. W takim modelu to nie państwa są podmiotami w stosunkach międzynarodowych, ale reprezentujące je „organy centralne”. Kraje zachowują jedynie spory zakres autonomii w obszarach, które ustala władza centralna. Przypomina to status poszczególnych stanów USA – gubernatorzy mają wprawdzie bardzo duży aparat możliwości na swoich terytoriach, ale to władza federalna ma nad nimi zwierzchnictwo, a w niektórych sprawach posiada wyłączność decyzji. Kolejne traktaty unijne w ostatnich dekadach pogłębiały ten kierunek integracji, którego celem ma być jedna federacja europejska. Nie zgadzają się jednak na nią zwolennicy idei tzw. Europy ojczyzn. W największym skrócie sprowadza się ona do tego, że Unia ma być wyłącznie platformą współpracy między niezależnymi państwami. Te z kolei łączą siły i podejmują wspólne działania jedynie w wybranych przez siebie obszarach. Mówiąc językiem fachowym, taka unia przypomina bardziej konfederację niż federację.

Wizja Schumana

Paradoks sporu polega na tym, że zwolennicy jednej i drugiej opcji albo nie do końca znają teoretyków obu koncepcji, albo traktują ich wybiórczo. Przy wszystkich zastrzeżeniach dotyczących idei tworzenia czegoś na kształt Stanów Zjednoczonych Europy ciekawe jest to, że jej przeciwnicy chętnie powołują się na ojców założycieli integracji europejskiej, przekonując, że nie o taką Europę walczyli. Tymczasem w kwietniu 1948 roku jeden z nich, Robert Schuman, wygłosił w Poitiers przemówienie zawierające przekonanie o potrzebie utworzenia „ponadnarodowej federacji, w której poszczególne państwa zrezygnowałyby z części własnej suwerenności na rzecz federacji jako całości”. Brzmi to niemal dosłownie tak samo, jak cytowane na wstępie słowa Angeli Merkel. Z drugiej jednak strony federaliści powołujący się chętnie i na Schumana, i na Konrada Adenauera, także pomijają w postulatach to wszystko, co ojcowie założyciele mówili o wspólnocie ducha i wartości, na których federacja miałaby się opierać. Dla twórców Wspólnot Europejskich było oczywiste, że nie da się zbudować zjednoczonej Europy bez chrześcijańskich fundamentów. Dziś zapewne Schuman, Adenauer czy nawet Alcide De Gasperi nie mieliby większych szans na objęcie kluczowego stanowiska w UE ze swoimi „fundamentalistycznymi” poglądami (przypomnijmy, że Schuman jest kandydatem na ołtarze).

Ojczyzny po francusku?

Dla pełnego obrazu dodajmy, że z gen. Charles’em de Gaulle’em, uznawanym za ojca Europy ojczyzn, sprawa nie jest taka prosta, jak chciałaby z kolei prawa strona sceny politycznej. Przeciwnicy federacji przywołują jego zdanie: „Wyobrażanie sobie, że można zbudować twór, który by sprawnie funkcjonował, a jednocześnie wykraczał poza państwo, jest mrzonką”. – Charles de Gaulle był przekonany, że elementem, który spaja Europę, jest suma, jaką tworzą jej narody, a nie federalistyczny bałagan – mówił niedawno w radiowej Dwójce płk. Frédéric Guelton, francuski oficer i historyk.

Z drugiej jednak strony zwolennicy de Gaulle’a pomijają fakt, że Europa ojczyzn w jego wydaniu miała być urządzona niejako pod dyktando Francji. Przeciwnicy de Gaulle’a chętnie przywołują karykaturę francuskiego generała z początku lat 60. XX wieku: kroczy on dumnie po dywanie z napisem „Europa”, trzymając pod rękę innych przywódców europejskich. Autor karykatury wymownie umieścił owych innych przywódców poza dywanem. Na nim jest miejsce tylko dla jednego lidera – de Gaulle’a. Pozostali wprawdzie idą z generałem pod rękę, ale raczej starają się go dogonić, grzęznąc w błocie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tak przedstawiona wykładnia Europy ojczyzn przypomina dzisiejsze interpretacje Europy jako federacji. Krytycy tej opcji mówią przecież, że sprowadzałaby się ona do Unii poddanej całkowicie dyktatowi Niemiec, a poszczególne instytucje „centralne” realizowałyby tylko politykę Berlina.

Who is who

Doszliśmy w ten sposób do największej trudności wiążącej się z zajęciem jasnego stanowiska dotyczącego pytania, która koncepcja integracji bardziej służy rozwojowi Europy. Okazuje się, że za każdą z nich może stać coś, co będzie jej zaprzeczeniem. W Unii od czasu traktatu z Maastricht coraz więcej władzy przekazuje się instytucjom centralnym. Kto jednak w praktyce podejmuje decyzje? Najsilniejsze rządy europejskie. Teoretycznie najbardziej wpływowymi ludźmi UE powinni być: Donald Tusk, Federica Mogherini i Jean-Claude Juncker, czyli szefowie Rady Europejskiej, unijnej dyplomacji i Komisji Europejskiej. Nikt poważny nie powie jednak, że te trzy osoby kierują Unią. Problem z federalizacją Unii polega więc na tym, że instytucje europejskie zdobywają wprawdzie coraz więcej prerogatyw, jednak tymi, którzy podejmują decyzje, nie są ich reprezentanci. Inna sprawa, że przeciwnicy federacji, a więc również przeciwnicy wspólnej polityki zagranicznej, chcą zarazem ścisłej współpracy i wspólnego stanowiska w takich sprawach jak bezpieczeństwo energetyczne. Przykład gazociągów Nord Stream pokazuje, że solidarność w tym zakresie nigdy się w Unii nie przyjęła. Pojawił się z kolei inny paradoks: największymi beneficjentami gazowego układu z Rosjanami są te kraje unijne, które realizują swoje indywidualne interesy narodowe, a równolegle są największymi promotorami federalizacji Unii. To potwierdza, że w praktyce również potencjalne Stany Zjednoczone Europy mogłyby stać się organizmem realizującym interesy największych europejskich graczy lub tylko jednego z nich.

Inne czasy

Obie strony sporu dotyczącego kształtu integracji z pewnością nie powinny powoływać się zbyt machinalnie na teoretyków koncepcji czy ojców założycieli.

Nie byłoby, delikatnie mówiąc, taktowne, gdyby kanclerz Niemiec w zapowiedziach stworzenia federacji i wzywaniu do pozbycia się suwerenności przez państwa narodowe powoływał się na Roberta Schumana. Ten bowiem, mówiąc o federacji, chciał uniknąć zarówno sytuacji, w której Niemcy byłyby izolowane, jak i takiej, w której zdobyłyby przewagę na kontynencie. „Niemcy są najbardziej niebezpieczne, gdy są pozostawione same sobie, i w ten sposób wydane na działanie budzącego grozę, niszczącego fermentu” – pisał polityk w 1949 roku. Jednocześnie należy pamiętać, że o integracji Schuman myślał jeszcze w czasie wojny: Europa pogrążona w chaosie, wszyscy wszystkich nienawidzą, a Schuman snuje plany zjednoczenia kontynentu, z Niemcami włącznie!

O tym, że bardzo łatwo ulec resentymentom i próbować budować jedność europejską w opozycji do Niemiec, nie powinni natomiast zapominać zwolennicy Europy ojczyzn. Dziś wydaje się, że to dążenia federalistyczne przeważają w Unii, choć sytuacja zdaje się sprzyjać „narodowcom” (nie mylić z ruchem narodowym czy nacjonalistami). Wielka Brytania odchodzi z UE, m.in. sprzeciwiając się centralizacji władzy w Unii. Choć Robert Schuman był niewątpliwym prorokiem integracji, można mieć wątpliwości wobec aktualności niektórych jego tez, takich jak słowa z 1953 roku: „Niepodległość stawać się będzie w coraz większej mierze pojęciową fikcją (…). Równolegle do tego będzie rosło znaczenie racji ponadnarodowych”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders" i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. W „Gościu" od 2006 r. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem", wywiadu rzeki z ks. Markiem Dziewieckim „Psycholog w konfesjonale" oraz współautor zbioru reportaży z Bliskiego Wschodu „W drogę ze św. Pawłem". Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Syrii, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i innych. Publikował m.in. w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus"), „Cywilizacji", Onet.pl. Jest również założycielem i właścicielem Wydawnictwa Niecałe (wydaje szeroko rozumianą literaturę faktu). Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, życiem Kościoła i teologią, a także fotografią, filmem, turystyką i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Bałkanów, a także związane z życiem Kościoła na świecie i nową ewangelizacją.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

  • sp
    07.01.2019 09:54
    W Europie ojczyzn nie chodzi zasadniczo o rozdzielność interesów ekonomicznych. Chodzi o serca i dusze - o tożsamość i wolność jej realizacji. Każdy naród ma swoją kulturę, język - ma jakieś duchowe oraz materialne bogactwo i spuściznę, które zostały mu powierzone i za które jest odpowiedzialny. Wynaradawianie całych społeczeństw, a ustanawianie multi-kulti, czyli pustki w tej sferze, jest okropieństwem. Bo kim jest człowiek, który wyzbył się lub został pozbawiony tożsamości? Jest najuboższym stworzeniem na ziemi. Polska zaś nie po to przetrwała jako Naród 123 lata zaborów, żeby teraz ogołacać się publicznie za kilka marnych euro, a tym bardziej za poklepanie po ramieniu (lub groźbę, że nie poklepią).
    doceń 0
  • Jacek
    20.03.2019 17:47
    SP sorry ale chyba nie wiesz czym zajmuje się UE. Gdyby w Europie Ojczyzn chodziło o to co piszesz to taka Europa równała by się z teorią zwolenników federacji a jej zwolennicy powinni tylko przyklasnąć! Wszak obecna Unia i przeważający w niej jednak politycy federacyjni z poszczególnych krajów łożą na programy regionalne wspierając m.in tradycje i obyczaje lokalne. Poczytaj o programach kto je dostaje i zobaczysz że narodowości i wszelkie różnorodności są wspierane przez Unię Europejską bardzo mocno. Pozdrawiam.
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji