Nowy numer 42/2019 Archiwum

On jest po naszej stronie

O tym, jak zostać świętym, i metodzie Kung Fu Pandy w zaakceptowaniu siebie samego mówi jezuita o. Roman Groszewski.

Marcin Jakimowicz: Gdy proponuję ludziom jakąś posługę, często słyszę: „Ja się nie nadaję”. Ojciec Groszewski też wykręcał się tymi słowami?

O. Roman Groszewski: Myślę, że to doświadczenie każdego, kto poważnie traktuje Boga. Bardzo chciałem być jezuitą, ale gdy rozeznawałem powołanie, nurtowało mnie pytanie: „czy się do tego nadaję?”. Czy nadajemy się do rzeczy, do których Bóg nas zaprasza? Mam wrażenie, że On bardzo ryzykuje. (śmiech) Moim problemem było to, że przez lata uważałem, że nie jestem „dość dobry”. „Dość dobry”, by mnie lubić, kochać, akceptować, spędzać ze mną czas.

Czy Bóg pokazujący nam co chwilę, że nie jesteśmy „dość dobrzy”, i pozwalający nam się skompromitować nie jest troszkę „złośliwy”?

To, że pozwala nam się kompromitować, nie jest z Jego strony złośliwe, ale miłosierne. My często odbieramy to oczyszczenie jako złośliwy sprawdzian, ale jest ono ogromnym błogosławieństwem. Moje upadki, kompromitacje, grzechy, słabości pokazują prawdę o mnie. A prawda o mojej słabości nie anuluje w oczach Boga „mojej fajności”. Mogę być słaby i z tą słabością przyjęty i kochany. Czasem myślimy, że gdy Bóg nas przytula, to przymyka oczy na nasz grzech i udaje, że nie widzi naszej kruchości. Nie! On…

…„pamięta, że jesteśmy prochem”?

Kocha nas z tym. W tym. Nie muszę przed Nim udawać czystego, bezgrzesznego i dobrego.

Często w czasie kazań słyszałem: „Popraw się i przyjdź do kościoła”. Nie powinno być odwrotnie?

Jeden z moich współbraci mawia, że najczęstszą herezją głoszoną z naszych ambon jest hasło: „By pójść do nieba, muszę być grzeczny”.

A u mnie złośliwie zmieniła się literka i okazuje się, że jestem grzeszny…

Co chwilę spotykam się z ludźmi, którzy mówią, że chcą się zmienić. Pozornie brzmi to niegroźnie, odczuwam w tych pragnieniach tęsknotę za świętością. Ale z drugiej strony wiem, jak bardzo może być to niebezpieczne. „Muszę się zmienić”, bo (w domyśle) nie akceptuję siebie. Chcę sam naprawić siebie, bo uważam, że w stanie, w jakim się znajduję, nie mogę podejść przed Boże oblicze. Jan Kowalski, który popełnia grzech, martwi się: „Nie mogę być święty. Stanę się nim wówczas, gdy przestanę grzeszyć i nie będę miał sobie nic do zarzucenia”. Zawsze będzie miał sobie coś do zarzucenia. Jesteśmy grzesznikami zranionymi przez grzech pierworodny, ale, uwaga, to nas nie definiuje! Narracja: „Popraw się, a potem przyjdź do kościoła” jest fałszywa i niebiblijna, bo oznacza, że świętość jest owocem naszego wysiłku, że staniemy się święci, „jak się postaramy”.

Nigdy nie będziemy „dość dobrzy”?

Nigdy. Zawsze usłyszymy: „Staraj się bardziej”. Sercem Ewangelii jest to, że Bóg spotyka człowieka w jego biedzie i zagubieniu, a nie wówczas, gdy ten jest święty i czysty.

„Zbliżali się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy”. Dotyka mnie słowo „wszyscy”… Wyobrażam sobie, co działoby się dzisiaj.

Gromadziliby się wokół Niego ci, którymi gardzimy, którzy omijają kościoły. Czysta Ewangelia. (śmiech) Dziś to my, chodzący do kościoła, bylibyśmy zgorszeni tym, do kogo wychodzi Jezus. Nasze ostatnie jezuickie dokumenty mówią, że nasze miejsce jest na granicach Kościoła, na jego peryferiach, w przestrzeniach ludzkiej biedy, zagubienia. Św. Ignacy doskonale rozumiał kruchą kondycję człowieka i wzywał nas przede wszystkim do słuchania. „Starajcie się wpierw wysłuchać”…

Łatwe jest takie słuchanie?

Bardzo trudne.

Bo budzi się w nas „wujek dobra rada”, który sypie z rękawa gotowymi rozwiązaniami?

Często jako Kościół popełniamy błąd: wychodzimy do ludzi i mówimy im, co mają zrobić, zamiast pomóc im odkryć, kim są. A ludzie (słyszę to nieustannie w konfesjonale) wiedzą, co powinni, a czego nie powinni robić, tylko nie wiedzą, jak to uczynić. Czy wierni słyszą od nas dobrą nowinę o tym, że Bóg ich kocha, czy złą o tym, że są grzesznikami?

Gdyby Jezus słuchał wielu kazań, powiedziałby: „Zacheuszu, jeśli połowę majątku rozdasz ubogim, a tym, których skrzywdziłeś, zwrócisz poczwórnie, ewentualnie przyjdę do ciebie na kolację”. Powiedział zaś: „Dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”.

Świętość jest skutkiem tego, co robi w nas Pan Bóg. A On przychodzi i okazuje nam miłość. Jedynie ona jest w stanie nas zmienić. Przychodzi Bóg stęskniony za relacją z nami, bliskością, i to On nas zmienia i leczy ze skupienia się na samych sobie.

Jaki jest ulubiony film rysunkowy o. Romka Groszewskiego i dlaczego „Kung Fu Panda”?

Bo główny bohater jest od samego początku tym… kim stara się stać. Jest Smoczym Wojownikiem, choć za Chiny w to nie wierzy. Nie akceptuje siebie, nie lubi, stara się zmienić, dorównać innym, haruje jak wół, podpatruje mistrzów. Wszystko na nic. Szuka desperacko magicznej formuły, która uczyni go Smoczym Wojownikiem, a gdy ją znajduje, okazuje się, że jest ona zwyczajnym lustrem.

A „zupa z tajnym składnikiem” nie ma żadnego tajnego składnika…

Nie ma. By stać się Smoczym Wojownikiem, Panda musi przejrzeć się w lustrze i po prostu w to uwierzyć. Świetny film, każdemu polecam. (śmiech)

Dopóki Jakimowicz będzie walczył sam z sobą i nie akceptował, patrząc rano w lustro, swej gęby, nie pozostawi Bogu pola do działania?

Zamykamy się na Jego działanie przez skupienie się na samych sobie. „Pokora nie polega na tym, by myśleć o sobie lepiej lub gorzej, ale by myśleć o sobie mniej” – mawiał C.S. Lewis. Bożym dzieckiem nie staję się, gdy dobrze wyglądam w lustrze. Już nim jestem. Dlaczego? Bo On tak chciał.

Mam już wszystko?

Masz wszystko. Od chwili chrztu. Nie ma żadnego magicznego „tajnego składnika”. Przyjęcie i zaakceptowanie tego, jacy jesteśmy i jaka jest rzeczywistość wokół nas, to doświadczenie bardzo uwalniające. A my wciąż czekamy, aż to ona się zmieni. Przypominamy ludzi, którzy stoją przed kupą kamieni i czekają na to, aż Bóg w cudowny sposób zdmuchnie ją i utoruje nam drogę. A On mówi: „Panowie! Zakasać rękawy i do roboty! Poradzicie sobie z tym!”.

Pytałem Johannesa Hartla, dlaczego Jezus, „widząc, jak się uczniowie trudzili przy wiosłowaniu, krocząc po jeziorze, chciał ich minąć”. Odpowiedział: „Może chciał im pokazać: »Spokojnie. Jesteście wyposażeni. Macie sami rozkazać falom, by się uspokoiły. Dałem wam wszystko. Macie tę moc«”.

Mamy wszystko, czego nam potrzeba, by dojść do zbawienia. Mamy Boga po naszej stronie. Nie musimy Go przekonywać do tego, by łaskawie zechciał nam pobłogosławić. Umarł za nas wówczas, gdy „byliśmy jeszcze grzesznikami” (Rz 5,8). Mamy Jego miłość. Czego chcieć więcej?

A my pytamy: „Ile to kosztuje?”. Wystarczy dziesiątka czy musimy zmówić cały Różaniec lub wejść w pompejankę?

Wydaje nam się, że nasza modlitwa jest walutą, którą musimy płacić Bogu za łaskę. To podstawowy pogański element naszego myślenia. Niepotrzebnie dokonujemy na Bogu modlitewnego szantażu, chcąc zmusić Go do wielu rzeczy. Tymczasem modlitwa jest naczyniem, którym mamy czerpać łaskę. Modlitwa nie ma zmienić Pana Boga! Ma zmienić nas. To ja potrzebuję przemiany i nawrócenia, nie On!

Nawet z czystej modlitwy: „Jezu, Ty się tym zajmij” możemy uczynić walutę: „Teraz ja będę mówił Jezusowi, czym ma się zająć”. A co, sam tego nie wie?

Forma modlitwy jest drugorzędna. Ważne jest serce, które w nią wkładamy. Problemem nie jest forma, ale nasze myślenie. Jeśli trzymam Boga na dystans, a jednocześnie próbuję swymi siłami się z Nim zjednoczyć, to będzie to zawsze bezowocna szarpanina. Ale jeśli zrozumiem, że jestem z Nim cały czas w komunii, że jestem świątynią Jego Ducha nie z mojego wyboru, ale ze względu na Jego łaskę, to… naprawdę mogę odetchnąć. To daje poczucie wolności, bezpieczeństwa. Nie muszę przekonywać Go, by był po mojej stronie, i wręczać Mu pobożnych łapówek. To pogańskie myślenie, że musi być spełniony warunek, aby była łaska. Ona jest już w nas rozlana.

Podoba mi się użyte przez Ojca sformułowanie „fajność w oczach Boga”. Jezus na początku swej misji usłyszał trzy komunikaty: jesteś Synem, kocham Cię i podobasz Mi się. O ile o tym, że „Bóg kocha i miłuje”, słyszymy „od żłobka do nagrobka” i nie robi to już na nas większego wrażenia, o tyle zwrot „lubię cię” może nas zaskoczyć.

To bardzo ważne doświadczenie. Gdy słyszę użalanie się nad sobą: „Bóg kocha wszystkich, tylko nie mnie”, odpowiadam: „Naprawdę myślisz, że jesteś aż tak wyjątkowy, że jako jedyny nie załapałeś się na Jego miłość?”. Wspomniany Kung Fu Panda osiągnął cel, pozostając sobą. Pan Bóg naprawdę wiedział, co robi, dając nam dary i talenty. Wybrał nas, byśmy zrobili to, co mamy zrobić. Przełom następuje wówczas, gdy zaczynamy dziękować za to, co dostaliśmy, i przestajemy tęsknić za tym, co byśmy chcieli mieć, a czego jeszcze nie mamy. Myślenie „nie jestem taki, jaki powinienem być” kończy się zazwyczaj smutkiem, zniechęceniem i frustracją, a talenty, które mamy, leżą odłogiem. Chciałbym być mistrzem miecza, a znakomicie gram w piłkę. Polubienie siebie samego uwalnia nas od chorej presji, od wizji świętości, jaką sobie narzuciliśmy. Świętość jest tu i teraz.

Szukamy Jego obecności, a On jest tu, między nami. Gdy rozmawiamy i pijemy herbatę. To Ojca uspokaja?

Bardzo. W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Jak mam szukać Kogoś, kto jest już obecny? Merton napisał, że skoro Bóg jest wszechobecny, to kiedy odejdzie od mej prawej strony, zbliży się z lewej. Święty Ignacy podpowiada: czy odczuwasz pocieszenie czy strapienie, to Bóg jest i działa. To pakiet podstawowy chrześcijanina, a nie towar ekskluzywny, dostępny dla elity mistyków.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

  • Podaj nick
    16.12.2018 14:27
    Czy z tego nie wynika czasem, że w praktyce jesteśmy pozostawieni "samym sobie", bo jakakolwiek prośba skierowana do Boga nic nie da? Przecież mamy już wszystko, ergo nie dostaniemy od Niego nic więcej. Bóg jest obecny wszędzie i przez cały czas, więc naszą modlitwą tej obecności nie zmienimy, nie zwiększymy, nie wzmocnimy. Zatem proszenie o cokolwiek w modlitwie prowadzić może jedynie do zmiany w nas - czyli w konsekwencji do przyjęcia i zaakceptowania faktu, że tego, o co prosimy, zwyczajnie nie dostaniemy. Po co zatem prosić o cokolwiek?

    Wszystko to na poziomie mistyki i duchowości brzmi pięknie, ale kiedy mam to połączyć z szarą rzeczywistością, kiedy życie przytłacza, ludzie oszukują, problemy gonią problemy a rachunki rosną - nagle cała ta mistyczna więź z wszechogarniającym Stwórcą robi się nieco oderwana od rzeczywistości. Generalnie trzeba by to bowiem podsumować tak - modlisz się, żeby zrozumieć i zaakceptować rzeczywistość, problemy, troski i kłopoty, a nie, żeby je wspólnie z Bogiem pokonać.
    To w zasadzie nie prowadzi do budowania dynamicznej relacji, w której "współpracujemy" z Bogiem w naszym życiu - tylko do relacji "radź sobie sam, a ja Ci pomogę zaakceptować to, jak bardzo sobie nie radzisz".

    Nie chcę Ojca w żadnej mierze atakować - po prostu mam wrażenie oderwania tego nauczania od rzeczywistości, w której pralka się psuje, pracodawca nie płaci, masło kosztuje 7 złotych, a akumulator się rozładował. Proszę, niech Ojciec nie odczytuje tego personalnie - ale ten sposób głoszenia mocno kojarzy mi się z wiecznymi chłopcami-księżmi, którzy jedzą i śpią za cudze, a skarpetki pierze im mama. Znam takich wielu, i zawsze pełni są tej głębokiej, mistycznej relacji z Bogiem... Budowanej gdzieś między konsolą do gier i ciasteczkami.

    Na pewno łatwiej jest budować mistyczną więź z Bogiem, kiedy prozą życia zajmie się miła pani gospodyni i troskliwi parafianie. Do dziś pamiętam uroczą scenę, kiedy przed rekolekcjami odwiedziliśmy z wikarym Selgrosa, a ten dzwonił do swojej mamy, żeby zapytać, co trzeba kupić, żeby ugotować rosół.
    doceń 4
  • Marta
    16.12.2018 19:16
    Drogi przedmowco w komentarzau- chodzi o to, ze jesli jestes w relacji z Bogiem o ktorej mowi ojciec jezuita zepsuta pralka, nieplacacy pracodawca, choroba i inna szara rzeczywistosc nie przerasta Cie, nie dobija , mierzysz sie z nia i dziekujesz ze jest wlasnie taka, wchodzis tez w kazde cierpienie ktore Bog Ci daje i ono Cie nie niszczy...
    doceń 2
  • marek
    17.12.2018 07:52
    modlitwa ma niekokńczone sens i wartość,bo w istocie, jest naszą rozmową z Bogiem, intymną, bliską relacją z Nim; gdyby tak nie było to i Chrystus/Syn Boży,przecież i sam Bóg) by się nie modlil (a modlił się bardzo dużo i gorliwie,co wiemy z Ewangelii), co więcej nie podarowałbym nam-ludziom modlitwy("Ojcze Nasz") i w Ewangelii poucza,abyśmy się nieustannie modlili; w Piśmie świętym jest przeogrom wskazówek jak się modlić a i same modlitwy,np.Psalmy; dużo o modlitwie pisze św.Paweł.
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL