GN 20/2019 Archiwum

Morderstwo w konsulacie

Zamordowanie dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego to kompromitacja Arabii Saudyjskiej, ale na dłuższą metę Zachód nie będzie mógł sobie pozwolić na jej bojkot.

Arabia Saudyjska mierzy się obecnie z bezprecedensowym kryzysem dyplomatycznym. Nie dziwi jednak oburzenie społeczności międzynarodowej. Chaszodżdżi był jednym z najbardziej znanych arabskich dziennikarzy. Do morderstwa doszło w saudyjskiej placówce dyplomatycznej w Stambule, a władze, łącznie z księciem Mohammedem bin Salmanem, przez dwa tygodnie okłamywały swoich najbliższych sojuszników. Kim był Dżamal Chaszodżdżi i dlaczego Saudyjczycy dla zabicia go zaryzykowali zrujnowanie swojej reputacji?

Kłamali w żywe oczy

Saudyjskie władze konsekwentnie odżegnują się od zorganizowania morderstwa. Ich zdaniem to „zbójecka operacja” grupy agentów działających na własną rękę. Jednak duża liczba zaangażowanych osób i szczegółowo przygotowana akcja wskazują na rozkazy z najwyższego szczebla. 28 września, gdy Chaszodżdżi pierwszy raz zjawił się w konsulacie po dokumenty potrzebne do zawarcia małżeństwa, został odesłany i zaproszony na spotkanie 2 października, po którym nie opuścił już placówki. Dzień wcześniej do Stambułu przyleciał 15-osobowy „pluton egzekucyjny” z Arabii Saudyjskiej. Jak donosiła turecka gazeta „Yeni Şafak”, niepokorny dziennikarz był torturowany, a po zamordowaniu poćwiartowano jego ciało. Turcy twierdzą, że egzekucję osobiście oglądał przez Skype’a Saud al-Qahtani, bliski doradca księcia. Zbrodnię próbowano zatuszować, wypuszczając z konsulatu sobowtóra, zarejestrowanego później na miejskim monitoringu. Zdradziły go jednak… buty.

Przez trzy tygodnie, od zniknięcia Chaszodżdżiego do odnalezienia zwłok, saudyjskie władze nieustannie zmieniały swoje stanowisko. 5 października książę zapewniał, że poszukiwany wyszedł z konsulatu. 15 października król Salman w rozmowie z Donaldem Trumpem przekonywał, że nie wie, gdzie jest dziennikarz. Kiedy opublikowano mocne dowody, saudyjski minister spraw zagranicznych 21 października przyznał w końcu: Chaszodżdżi nie żyje, ale sprawcami są „osoby, które wykroczyły poza swoje uprawnienia” i nie wiadomo, gdzie ukryto ciało. Kategorycznie zaprzeczył też, jakoby zleceniodawcą był książę. Dwa dni później znaleziono fragmenty zwłok na terenie konsulatu.

Ostrzegał przed księciem

Dżamal Chaszodżdżi już od końca lat 80. zaliczany był do grona najbardziej wpływowych ludzi arabskich mediów. Osobiście relacjonował m.in. przebieg inwazji ZSRR na Afganistan i pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, kilkakrotnie przeprowadzał wywiady z Osamą bin Ladenem. Kierował najważniejszymi saudyjskimi mediami. Kilkanaście lat pracował w anglojęzycznej gazecie „Arab News”, był także redaktorem naczelnym stołecznego dziennika „Al-Watan”, ale usunięto go ze stanowiska po zbyt ostrej krytyce saudyjskich elit religijnych.

Chaszodżdżi miał jeszcze wtedy silne wpływy w najwyższych kręgach władzy. W latach 2003–2007 pracował w Waszyngtonie jako doradca medialny ambasadora Arabii Saudyjskiej w USA – księcia Turki bin Faisala. Później powierzono mu prestiżowe zadanie uruchomienia anglojęzycznego kanału Al-Arab, mającego być konkurencją dla antysaudyjskiej Al-Dżaziry. Projekt zakończył się fiaskiem. Kanał nadawał z Bahrajnu, lecz w wyniku sporu z tamtejszym emirem działał tylko jeden dzień.

Pozycja Chaszodżdżiego zaczęła słabnąć w 2016 r., po faktycznym przejęciu rządów przez księcia. Gdy Zachód był pod wrażeniem pierwszych decyzji następcy tronu, dziennikarz jako jeden z pierwszych ostrzegał, że bin Salman wzmacnia rządy absolutne i nie akceptuje żadnej krytyki. Przyrównywał go do Władimira Putina. Chaszodżdżi krytykował zaangażowanie Rijadu w wojnę w Jemenie i w konflikt dyplomatyczny z Katarem. Latem 2017 r. wyjechał z kraju z obawy o własne bezpieczeństwo, gdyż „kazano mu się zamknąć” i zagrożono aresztowaniem. Stał się jednym z najbardziej znanych krytyków księcia. Na Twitterze obserwowało go 1,8 mln użytkowników, dostał własną, cotygodniową kolumnę w „Washington Post”.

Nie liczy się z nikim

Oczywiście, że morderstwo rozpoznawalnego na całym świecie dziennikarza, i to dokonane za granicą, musi zakończyć się skandalem. Książę Mohammed bin Salman ma jednak na koncie szereg agresywnych posunięć. Po przejęciu przed 2 laty sterów władzy patrzono na niego z nadzieją, szczególnie po takich decyzjach jak zmniejszenie wpływów policji religijnej, zezwolenie kobietom na prowadzenie samochodów i otwarcie kin. Książę podczas międzynarodowych wizyt prezentował się jako władca chcący szerzej otworzyć monarchię na świat i unowocześnić gospodarkę.

Kiedy bin Salman rozdawał uśmiechy w zachodnich stolicach, na Bliskim Wschodzie Arabia Saudyjska stawała się coraz bardziej agresywnym i nieprzewidywalnym graczem. Książę wplątał kraj w wojnę w Jemenie. Doprowadziła ona do gigantycznej katastrofy humanitarnej. 8,5 mln Jemeńczyków wymaga natychmiastowej pomocy żywnościowej. Rozpętał dyplomatyczny konflikt z Katarem, który podzielił cały region. W lipcu 2017 r., chcąc zmusić do rezygnacji z urzędu premiera Libanu Franso Haririego, podczas spotkania w Rijadzie po prostu zamknął go w więzieniu. Gdy w sierpniu tego roku Kanada wyraziła zaniepokojenie stanem ochrony praw człowieka, jej ambasador został natychmiast wydalony i zerwano stosunki gospodarcze. Widząc tę serię działań, nie można się dziwić, że książę mógł dać przyzwolenie na zuchwałą akcję w Stambule.

Książę wróci do łask

Pierwsze tygodnie po ujawnieniu zabójstwa są bardzo trudne dla Arabii Saudyjskiej. USA domagają się wyjaśnień, Niemcy, Francja i Wielka Brytania wydały wspólne, potępiające oświadczenie. Planowane z wielką pompą otwarcie forum gospodarczego w Rijadzie (zwane „Davos na pustyni”) 23 października odbyło się bez najważniejszych gości z Zachodu.

Mimo to eksperci są zgodni, że najpóźniej za kilka miesięcy sytuacja wróci do normy. Arabia Saudyjska jest zbyt ważnym elementem światowej gospodarki i polityki. Kontroluje 18 proc. zasobów ropy, może samodzielnie wstrząsnąć globalnymi cenami. To również największy rynek zbytu dla zachodnich producentów broni. W tym roku USA podpisały największy w historii kontrakt na dostawy uzbrojenia warty 110 mld dolarów, z możliwością powiększenia go do 350 mld. Gdy tylko w Ameryce zaczęto rozważać temat sankcji na Rijad, w należącym do monarchii portalu Al-Arabiya wpływowy dziennikarz Turki al-Dakhil opublikował artykuł zawierający ledwie zawoalowane pogróżki: „Byłaby to ekonomiczna katastrofa, która wstrząsnęłaby całym światem”. Księciu bin Salmanowi sprzyja też stale rosnące napięcie na linii Waszyngton–Teheran. Stany Zjednoczone po prostu nie mogą sobie pozwolić na odrzucenie sojuszu z monarchą.

Morderstwo Chaszodżdżiego oznacza definitywny koniec nadziei na zmiany w Arabii Saudyjskiej. I choć zbrodnia jest wstrząsająca, obecny stan gry w globalnej polityce sprawia, że Saudom ujdzie ona na sucho. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji