Nowy numer 41/2019 Archiwum

Miasto to ja

Takiej władzy i niekończącej się kadencji mogą pozazdrościć im posłowie, ministrowie, a nawet szef rządu. Co sprawia, że prezydenci Gliwic, Gdyni i Rzeszowa w kolejnych wyborach nie mają konkurencji zdolnej przebić szklany sufit?

Jedni mówią: to takie przewidywalne, po co startować w wyborach w tych miastach, skoro wynik jest przesądzony – wygra urzędujący prezydent. Inni dodają: jeśli jest dobry gospodarz, dlaczego mielibyśmy go wymieniać.

Nieusuwalni.pl

Czy tajemnica sukcesu kolejny raz z rzędu tkwi tylko w efektywnym zarządzaniu miastem? Czy działa też siła przyzwyczajenia mieszkańców do znanego nazwiska? A może kluczem do zrozumienia fenomenu „nieusuwalnych” prezydentów jest rosnąca z roku na rok sieć zależności lokalnych instytucji i środowisk od urzędu miasta? Każdy przypadek jest z pewnością inny, w wielu z nich mieszają się wszystkie te przyczyny – w każdym z miast w różnych proporcjach.

Spośród najbardziej znanych rekordzistów na podium stają dziś trzy nazwiska – Zygmunt Frankiewicz, Wojciech Szczurek i Tadeusz Ferenc. Prezydentów – odpowiednio – Gliwic (od 1993 r.), Gdyni (od 1998 r.) i Rzeszowa (od 2002 r.) łączy nie tylko najdłuższy czas zarządzania swoimi miastami, nie tylko wygrana już w pierwszej turze tegorocznych wyborów samorządowych, ale również to, że wszyscy urodzili się w zarządzanych przez siebie miastach i związali z nimi niemal całe swoje życie prywatne i zawodowe. To sprawia, że przekonanie „miasto to ja” w ich przypadku stało się akceptowalne przez zdecydowaną większość mieszkańców.

Inżynier miasta

Gdy obejmował urząd prezydenta Gliwic, miał 48 lat. Swoją 8. kadencję zaczyna jako 73-letni samorządowiec z najdłuższym w Polsce stażem w zarządzaniu miastem. Po ćwierćwieczu na stanowisku nie sprawia jednak wrażenia, by zamierzał zwolnić tempo. Przeciwnie, swój ponowny start w wyborach argumentował koniecznością kontynuowania tego, co udało się zainicjować w ostatnich latach. Absolwent gliwickiej Politechniki Śląskiej (z doktoratem i habilitacją) karierę samorządową rozpoczął w 1990 r. w Radzie Miasta. Trzy lata później został przez nią wybrany na prezydenta. Pierwsze bezpośrednie wybory samorządowe w 2002 r. potwierdziły pozycję Frankiewicza – uzyskał 68 proc. poparcia. W tegorocznych wyborach zdobył ponad 72 proc. głosów, co oznacza, że po 25 latach gliwiczanie ciągle nie są zmęczeni prezydentem.

Obejmował urząd w czasach, gdy Gliwice borykały się z problemami charakterystycznymi dla Górnego Śląska. Dziś miasto uchodzi za konkurenta Katowic do miana lidera w regionie. Bezrobocie należy do najniższych w Polsce, a średnie zarobki przekraczają średnią krajową. Ciekawe są też dane GUS dotyczące dochodów budżetu miasta: w połowie lat 90. na jednego mieszkańca przypadało ok. 650 zł, a 20 lat później było to już prawie 7700 zł na głowę! Bogacenie się miasta było możliwe dzięki wielu strategicznym i długofalowym inwestycjom i projektom. Gliwice zaczęły też pięknieć, m.in. dzięki odnowionym uliczkom, kamienicom i przede wszystkim rynkowi.

Nie czuję się wypalony

Frankiewicz należał do Unii Wolności, a w 2001 r. był jednym z założycieli PO na Śląsku. Po konflikcie z innymi regionalnymi działaczami PO przestał jednak być członkiem partii. Gdy rząd PO-PSL pod koniec minionej kadencji Sejmu próbował zamknąć kilka kopalń, Frankiewicz, wraz z paroma innymi prezydentami, postawił się Warszawie, przekonując, że zakłady te mogą odzyskać rentowność. – Ostatecznie to samorząd, a nie rząd, musiałby zmierzyć się z problemami społecznymi, jakie pojawiłyby się po zamknięciu kopalń – mówił wtedy w rozmowie z GN. Sprzeciwiał się również charakterystycznej dla rządów PO uległości wobec tego, czego żąda Bruksela. – Rząd uważa, że UE nie zgadza się na pomoc publiczną dla kopalń w zakresie, który jest potrzebny. „Unia nie zezwala” i koniec. Nie należy przyjmować tego jako dogmatu. Trzeba skonstruować racjonalny program dla górnictwa i wybrać się z nim do Komisji Europejskiej – mówił. O sile Frankiewicza świadczy fakt, że o ile jeszcze w poprzedniej kampanii wyborczej PO próbowała wystawić swojego kandydata, który miał go pokonać w wyborach, o tyle już w tegorocznym wyścigu do gliwickiego ratusza Platforma poparła Frankiewicza, zdając sobie sprawę, że nie ma szans z nim wygrać.

„Nie czuję się wypalony” – mówił gliwicki „nieusuwalny” prezydent 4 lata temu. Po tegorocznych wyborach z pewnością jest gotowy powtórzyć to samo.

Sędzia w ratuszu

Gdyby sukces wyborczy mierzyć wyłącznie procentami, należałoby powiedzieć, że Wojciech Szczurek w tym roku… poniósł porażkę. Prezydent Gdyni (od 1998 r.) uzyskał tym razem „tylko” 67,88 proc. głosów, podczas gdy w 2010 r. cieszył się blisko 90-procentowym (87,39) poparciem mieszkańców! W 2014 r. przedłużył urzędowanie w ratuszu z prawie 80-procentowym wynikiem. Żarty na bok – bo po 20 latach rządów tak wyraźna wygrana ponownie w I turze wyborów to jasny sygnał, że gdynianie nie myślą o wymianie gospodarza. Nie bez powodu mówi się o nim „wyborczy walec”. Sam twierdzi, że kluczem do jego sukcesu jest „wsłuchiwanie się w potrzeby mieszkańców”.

Urodzony w 1963 r. w Gdyni, studia prawnicze odbył w Gdańsku, tam też uzyskał doktorat. W Gdyni przez 5 lat pracował w Sądzie Rejonowym, ale na początku lat 90. równocześnie angażował się w rodzącą się dopiero samorządność, później został członkiem konserwatywnego Ruchu Stu Czesława Bieleckiego. Już jako prezydent Gdyni w 2006 r. dołączył do grona doradców prezydenta Lecha Kaczyńskiego (w tym samym roku pokonał kandydata z PiS w wyścigu do gdyńskiego ratusza).

Ma świadomość, że jest prezydentem miasta, które w rankingach miejscowości o najwyższym standardzie życia zajmuje pierwsze miejsce. To nie tylko efekt drugiego co do wielkości portu przeładunkowego w kraju, ale również dobra infrastruktura drogowa, nowoczesny park technologiczny i rozwijające się firmy z najbardziej dochodowych gałęzi gospodarki. To w połączeniu z ofertą kulturalną (m.in. znany w całej Europie Open’er Festiwal) sprawia, że w Gdyni chce się żyć.

Tajemnica jego sukcesu to jednak nie tylko odczuwalne przez mieszkańców decyzje. To również model sprawowania urzędu, z jednej strony wolny od struktur partyjnych, z drugiej sprawnie balansujący między wyborcami PiS i PO. Popularność Szczurka jest tak silna, że nawet w Radzie Miasta, mimo występujących różnic zdań, rzadko się zdarza, by ktoś wystąpił przeciwko niemu.

Podkarpacie na lewo?

Najstarszy z „wielkiej trójki” prezydent jest zarazem najmłodszy z nich, jeśli chodzi o długość sprawowania urzędu. Urodzony w 1940 r. Tadeusz Ferenc zarządza Rzeszowem od 2002 r. Jest przykładem paradoksu wyborczego: mający korzenie w PZPR (był jej członkiem od 1964 r., aż do rozwiązania w 1990 r.), później członek powstałej na jej gruzach SdRP, a następnie SLD, członek władz wojewódzkich partii postkomunistycznej oraz jej poseł na Sejm pozostaje od 16 lat „nieusuwalnym” prezydentem w stolicy województwa podkarpackiego, które „od zawsze” uznawane jest za bastion PiS w sejmiku województwa (obecnie 25 mandatów na 33). Nawet jednak kandydat PiS nie był w stanie pokonać urzędującego prezydenta w ostatnich wyborach (Wojciech Buczak zdobył niespełna 29 proc., a Tadeusz Ferenc ponad 63 proc.). „W Rzeszowie jest mur nie do przebicia” – mówił w rozmowie z rzeszowskim portalem nowiny24.pl Wojciech Buczak. „Prezydent stworzył sobie mocny wizerunek, ale nie do końca zgodny z prawdą. Sprzyjają mu też media, deweloperzy i spółdzielnie, których pozycja jest w mieście bardzo silna” – dodał kandydat PiS. To głos przegranego, więc trzeba wziąć na niego poprawkę. Zwłaszcza w kwestii przychylności mediów – bo choć wiele z nich rzeczywiście nie kryje swoich sympatii do prezydenta, to w jednym z lokalnych dzienników regularnie ukazywały się w czasie kampanii teksty ostro go atakujące. Ferenc parę lat temu stworzył swój lokalny komitet. Nie wszędzie w Polsce to działa, ale w Rzeszowie wyborcy widocznie doceniają podkreślanie, że jest się związanym z lokalną społecznością bardziej niż ze strukturami partii. Nie prowadził intensywnej kampanii, jego plakaty nie zdominowały rzeszowskiej przestrzeni.

W 2002 r. nikt się nie dziwił, że z ponad 70-procentowym poparciem pokonał prawicowego prezydenta Andrzeja Szlachtę. Lewicowy kandydat wydał się rzeszowianom lepszy niż mający mocno negatywny elektorat dotychczasowy włodarz. Faktem jest, że za kolejnych kadencji Ferenca Rzeszów, z miasta budzącego drwiny, stawał się miejscem coraz ładniejszym. Prezydent Ferenc jednocześnie zapunktował u mieszkańców stylem sprawowania władzy, odmiennym od poprzednika, dalekim od arogancji. Ostatecznie jednak to takie „drobiazgi” właśnie, a nie wielka polityka i partyjne układy, decydują o sukcesie w wyborach samorządowych.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL