Nowy numer 42/2019 Archiwum

Pokłosie wojny

„Donbas” to właściwie coś na kształt koszmarnej, miejscami dziwacznej filmowej mozaiki.

Siergiej Łoźnica, białoruski reżyser mieszkający obecnie w Berlinie, jest autorem znakomitego dramatu wojennego „We mgle” i „Łagodnej”, opowieści z pogranicza surrealizmu. W „Łagodnej” przedstawił porażający obraz współczesnej Rosji, której obywatele są już tak zdemoralizowani przez władzę, że nie zwracają uwagi na przestępczy charakter jej działań.

To dzieje się naprawdę

„Donbas”, najnowszy film Łoźnicy, nagrodzony za najlepszą reżyserię w sekcji Un Certain Regard na Festiwalu Filmowym w Cannes, w jakimś sensie nawiązuje do „Łagodnej”, chociaż jest zrealizowany w zupełnie odmiennej formule stylistycznej. Opowiada o społeczeństwie, które zostało zniewolone i pozbawione godności, chociaż nie zdaje sobie z tego sprawy. „Donbas” rozpoczyna się scenami w mieście położonym na terytorium wschodniej Ukrainy, gdzie trwają niekończące się starcia pomiędzy zasilaną ochotnikami ukraińską armią a wspieranymi przez rosyjskie władze separatystycznymi bojówkami. Wiemy, po czyjej stronie znajduje się reżyser. Wszystkie epizody rozgrywają się na terenach opanowanych przez separatystów, których metody i działania Łoźnica przedstawia bez ogródek, ale też bez zacietrzewienia.

Reżyser, wykorzystując swoje doświadczenia dokumentalisty, zatrudnił wielu naturszczyków. Nie mamy tu do czynienia ze zwartą dramaturgicznie narracją, ale ciągiem 13 scen, z których każda przedstawia inną historię. Wydarzyły się one na terytoriach okupowanych wkrótce po ogłoszeniu autonomii przez separatystów i powstaniu Donieckiej Republiki Ludowej. Każda z tych opowieści ma własnego bohatera i to właśnie wokół niego koncentruje się akcja. Nie brakuje w filmie przemocy, horroru, nacjonalistycznej wojennej histerii, czasem przypomina nam się Orwell.

W wywiadzie dla „Cineuropa” Łoźnica wyjaśniał, że wszystkie epizody, które znalazły się w filmie, zostały oparte na prawdziwych wydarzeniach. – Trochę je tylko zmieniłem. Większość z nich znalazłem na YouTubie. I tak na przykład w scenach z niemieckim dziennikarzem jego ukraińskiego współpracownika, fotografa i człowieka, który objaśniał sytuację w tym rejonie, zagrał właśnie ten ostatni. Najpierw podzielił się ze mną swoimi doświadczeniami, a ja na tej podstawie napisałem tę scenę. Później, w czasie castingu, zdałem sobie sprawę, że powinien on w filmie zagrać siebie. Najważniejszy dla mnie był maksymalny autentyzm. Mogłoby się wydawać, że to wszystko wytwór mojej wyobraźni, ale tak nie jest. Z wieloma rzeczami w życiu tak właśnie jest – wydają się dziwne i niemożliwe, a jednak dzieją się naprawdę.

W pierwszych sekwencjach „Donbasu” widzimy grupę osób, która w przyczepie samochodowej przygotowuje się do jakiegoś występu czy zdjęć na planie filmowym. Następnie wszyscy zmierzają truchtem do miejsca, gdzie właśnie został wysadzony miejski autobus. Dopiero wówczas zdajemy sobie sprawę, że ucharakteryzowani statyści biorą udział w realizacji fake newsa, który ma przedstawiać skutki bombardowania obiektów cywilnych, dokonanego przez Ukraińców.

Dziadek był faszystą

Wątek fake newsów i manipulacji pojawia się również w kolejnych epizodach. W pierwszym kobieta oskarżona przez prasę o łapówkarstwo wpada na salę obrad miejskiej rady i oblewa nieczystościami jej przewodniczącego. Zdesperowana bohaterka uznała, że nie ma innego sposobu, by dać odpór oskarżeniom w sytuacji totalnej demoralizacji i korupcji władz. Kolejny epizod ma miejsce w szpitalu na oddziale położniczym, którego ordynator został posądzony przez pracowników o kradzież środków medycznych i żywności. Z kolei wątek młodego biznesmena, który zostaje wezwany na posterunek milicji, by odebrać skradziony mu wcześniej samochód, to historia z pogranicza absurdu. W innej scenie pasażerowie autobusu, chcący się dowiedzieć, w jakim stanie są ich domy, z których zostali ewakuowani z powodu działań wojennych, zostają zatrzymani na posterunku kontrolnym separatystów. Strażnicy, którzy uważają ich za zdrajców, bo uciekli z miejsca zamieszkania na stronę wroga, czyli Ukrainy, domagają się jakiegoś zadośćuczynienia, bo przecież przelewają krew w ich obronie. Młodym mężczyznom grozi przymusowe wcielenie w szeregi separatystów.

Jedna z najbardziej wyrazistych scen filmu to historia rozgrywająca się w pobliżu przystanku autobusowego, gdzie do słupa ulicznej latarni zostaje przywiązany ujęty przez separatystów członek ukraińskich oddziałów ochotniczych. Żołnierz z przytwierdzoną do munduru plakietką hańby i informacją, że jest zdrajcą i należał do jednostki dokonującej zbrodni na cywilach, staje się ofiarą brutalnych tortur. Przechodnie wyzywają go, opluwają, biją i robią sobie z ofiarą selfie. Scena ta pojawi się na ekranie raz jeszcze, tyle że w komórce, w czasie niesamowitej, wziętej jakby z sennego koszmaru sekwencji wesela. Słyszymy tu propagandowe mowy i pieśni. Wesele ma właściwie wymiar symboliczny, bo przypomina raczej groteskę niż radosną uroczystość. Taki właśnie charakter ma prezentowany w filmie obraz Noworosji.

Prócz groteskowych obrazów z pogranicza koszmaru w pamięć zapada długa sekwencja, kiedy kamera wędruje korytarzami podziemnego labiryntu zrujnowanych pomieszczeń będących kiedyś prawdopodobne schronem. W ciasnych korytarzach, bez światła, wody i nadziei na lepsze jutro, koczują tłumy ludzi, którzy schronili się tu przed bombardowaniami. To sceny jednocześnie realistyczne i fantasmagoryczne, które chyba najlepiej oddają charakter nie tylko przecież tej wojny.

Charakterystyczna jest również wspomniana już scena związana z niemieckim dziennikarzem, który wraz ze swoim asystentem zostaje zatrzymany przez oddział separatystów. Żołnierze siedzą na czołgu, zajadając kiszone ogórki. Dziennikarz chce się koniecznie dowiedzieć, kto jest dowódcą jednostki, ale nie może otrzymać jasnej odpowiedzi. Tak jak w popularnej dziecięcej grze: każdy z zapytanych wskazuje na kolegę, a ten na kolejnego. I tak bez końca. Ostatecznie pojawia się jakiś osobnik w kozackim uniformie i czapce, nazywa niemieckiego dziennikarza faszystą i wygłasza propagandowe przemówienie. Dziennikarz broni się przed oskarżeniem, na co otrzymuje odpowiedź, że jeżeli nie on, to z pewnością jego ojciec albo dziadek był faszystą. Zresztą słowo „faszysta” i nawiązania do II wojny światowej, kiedy Rosja pokonała „faszystowską bestię”, pojawiają się w filmie często. Faszystą jest każdy, kto znajduje się po drugiej stronie linii frontu. Szkoda, że w swoim filmie reżyser tej granicy nie przekroczył. •

Donbas, reż. Siergiej Łoźnica, wyk.: Valeriu Andriuţă, Evgeny Chistyakov, Georgiy Deliev, Boris Kamorzin, Francja/Holandia/Niemcy/Ukraina/Rumunia 2018

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji