Nowy numer 50/2018 Archiwum

Po jasnej stronie ulicy

O szczęściu, którego się boimy, cudzie, o którym nie można nie mówić, i nadziei, która zwycięża mroki, opowiada Stanisława Celińska.

Szymon Babuchowski: W książeczce dołączonej do Pani najnowszej płyty zatytułowanej „Malinowa…” cytuje Pani sentencję: „Nie szczędź czasu, aby być szczęśliwym”. Myśli Pani, że to rzeczywiście zależy wyłącznie od nas?

Stanisława Celińska: Może nie wyłącznie, ale jeżeli człowiek bardzo chce i nie boi się być szczęśliwym, to na pewno może temu szczęściu pomóc. Tylko że my najczęściej za wszelką cenę próbujemy nie być szczęśliwi. Zawsze coś przeszkadza. Myślimy: „ojej, jak za bardzo będę szczęśliwy, to zaraz coś się stanie”. Człowiek nie za bardzo wierzy w to, że może być szczęśliwy. A jeżeli uwierzy, że tak może się stać, jeżeli to szczęście w sobie w jakiś sposób gromadzi i chce się nim dzielić – to faktycznie tak się dzieje. Dla niektórych szklanka jest zawsze do połowy pusta i to jest dla nich dramat, a dla innych do połowy pełna – i to jest szczęście.

A czym jest ono dzisiaj dla Pani?

Szczęśliwy jest dla mnie dzisiejszy wieczór, bo śpiewałam dla publiczności. Koncerty są szczęśliwe, ponieważ następuje tu wymiana energii, spotkanie z ludźmi, którzy chcą przyjść do mnie, a ja z kolei chcę się spotkać z nimi. Porozmawiać z nimi, chociaż oni najczęściej mówią bez słów, ale przecież wyczuwa się ich reakcje. Pomówić o tych paru rzeczach, które chcę przekazać, a które oni chcą odebrać. Po „Atramentowej” miałam tyle głosów, że płyta ta daje ludziom coś dobrego, że to jest droga, przez którą mogę ludziom pomóc, więc postanowiłam pójść dalej i napisałam sama dużo tekstów, które mogą nieść jakąś radę, pomoc, nadzieję.

Czy Pani życiowe doświadczenie, m.in. nałóg alkoholowy, o którym Pani otwarcie mówi, wpłynęło na tę dzisiejszą definicję szczęścia?

Myślę, że tak, bo jeżeli człowiek ma takie problemy, a potem wszystko się skończy, to potrafi się cieszyć każdą minutą. Ktoś doświadczył, co to znaczy być nieszczęśliwym, dlatego teraz wie, co znaczy być szczęśliwym. Żyć w sposób uporządkowany, czysty. Oczywiście z problemami i mając swoje grzechy, ale jednak ta droga jest jasna. Idę po jasnej stronie ulicy. I ścieżka ta na pewno prowadzi do szczęścia, do duchowości, nieskończoności, natomiast tamta prowadzi – wiadomo – do śmierci, zagłady i samozniszczenia. Szczęście na pewno teraz bardziej mi smakuje niż przedtem. Kiedyś chyba nie doceniałam szczęśliwych chwil w swoim życiu.

Był taki moment, że musiała Pani uznać, iż sama sobie już nie poradzi?

Tak. Wiedziałam, że to się dzieje na wyższych piętrach. Bo jeżeli ktoś mówi, że nie będzie pić, i zamawia dalej alkohol, to znaczy, że dzieje się coś niedobrego – poza świadomością. Zdałam sobie sprawę, że jeżeli chodzi o takie rejony, to tylko Pan Bóg może się tym zająć. Zaczęłam się modlić i prosić o pomoc. Oczywiście to musiało trochę potrwać, bo Pan Bóg ma dużo spraw na głowie. Przyszedł jednak moment, kiedy zostało to po prostu odjęte. To był cud. Dlatego o tym opowiadam – żeby ktoś, kto ma taki problem, jaki ja miałam, usłyszał o tym. Bo ludzi, którzy doznali podobnego cudu, jest wielu. Sporo takich historii poznałam, dając świadectwo do jednej z książek. Wypowiadali się tam ludzie, którym tak jak mnie zostało to Odjęte – przez duże „O”. Nagle, podczas modlitwy, poprzez wiarę, zaufanie, słowa „Jezu, ufam Tobie”, okazało się, że to jest możliwe, żeby to odeszło od człowieka.

I kiedy czegoś takiego się doświadczy, to już nie ma wyjścia – trzeba się tym dzielić?

Skoro doznałam takiej łaski, to moim psim obowiązkiem jest o tym powiedzieć. Nie zawsze mam siły, nie zawsze chcę, bo nie są to dla mnie przyjemne sprawy i wspomnienia, ale ponieważ wiem, jak to jest bolesne, i współczuję ludziom, którzy są uzależnieni od czegokolwiek, po prostu chcę im pomóc. Być może ktoś pójdzie moim śladem i też dozna tego samego? Zresztą, jak się potem dowiedziałam, w grupach AA, z których sama nie korzystałam, jednym z pierwszych kroków jest zaufanie Opatrzności. Czyli poszłam właściwą drogą. Tym bardziej że byłam bardzo związana z Panem Bogiem od dziecka. Babcia mnie tak wychowała i wiara była dla mnie czymś bardzo ważnym. Wiedziałam, że to jest najlepsze, co może mi pomóc. Myślę, że nie poddałabym się czemuś innemu, natomiast tutaj otworzyłam swoje serce i umysł, i ta pomoc nadeszła.

Piosenki też są dla Pani formą dzielenia się, świadectwa?

Tak. Samo słowo czasami jednym uchem wpadnie, drugim wypadnie. Ale połączone z muzyką staje się silnym przekazem. Muzyka, którą napisał Maciej Muraszko, jest piękna i wpadająca w ucho. A moje słowo chce być dobrym słowem. Dzięki temu połączeniu przekaz jest silny. Zresztą mam tego dowody, bo ludzie przychodzą i dziękują, że pomogłam im w tym czy w tamtym. Czasami są to bardzo wielkie słowa, które zobowiązują, żeby dalej tak robić. Dzięki temu widzę, że to ma sens. Czuję się potrzebna.

Dzielenie się otwiera innych na to, by sami się dzielili?

Tak, to jest łańcuch dobroci.

Słyszałem, że piosenki z „Malinowej…” powstały z historii, które ludzie opowiadali Pani po koncertach. Czuje Pani odpowiedzialność, śpiewając trochę w imieniu innych?

Jak człowiek spojrzy głęboko w siebie, tam, gdzie nie może już siebie okłamać, to jest podobny do innych. Dlatego kiedy czułam w sobie pewne potrzeby, pomyślałam, że inni też mogą potrzebować tego samego. Kilka tematów rzeczywiście ludzie mi podpowiedzieli. Bo jak się odejmie te wszystkie nasze stanowiska, tytuły, płeć – to zostaje człowiek nagi, podobny do innych, pragnący tego samego, co inni.

Sporo jest na tej płycie smutku. Są piosenki o tęsknocie, o przemijaniu, o tym, że człowiek późno pewne rzeczy rozumie. Czy jest w tym smutku miejsce na nadzieję?

Tak. Nadzieja jest potrzebna. Dekadent może myśleć, że jest już beznadziejnie i że świat się kończy. Ale czy mu się to podoba, czy nie, wstaje dzień i świat się kręci dalej. Więc ten, który myśli mądrze, powie: „Dobra, dobra, jeśli chcesz, zostań w swojej norce, a ja chcę iść do dnia, chcę się urodzić jutro na nowo. Chcę zacząć żyć tak, jak sobie tego życzę”. To jest bardzo ważne, żeby nie ulec mrokom, które nas otaczają.

To gdzie szukać tej nadziei?

W Bogu. Zawsze w Bogu. •

Stanisława Celińska

Aktorka teatralna i filmowa, wokalistka. Na scenie teatralnej rozpoczęła karierę w 1968 r. Jej debiutem filmowym była dostrzeżona w Cannes rola Niny w „Krajobrazie po bitwie” (1970). Zagrała w kilkudziesięciu filmach i serialach, jest laureatką wielu prestiżowych nagród. Ostatnio wydała płyty: „Atramentowa” (2015), „Atramentowa… Suplement” (2015), „Świątecznie...” (2016) i „Malinowa…” (2018).

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy