Nowy numer 49/2018 Archiwum

Nauczycielka polskiego

Bożena Bieleninik jest siódmą polonistką w rodzinie, choć w dzieciństwie miała dość rad pedagogicznych, w które zamieniały się spotkania przy stole. Ale w Wilnie trzeba było przekazywać młodym polską mowę. I mimochodem została „siłaczką”, choć nigdy tak siebie nie nazywa.

Na Litwie prawdziwymi siłaczkami są nauczycielki klas początkowych, od pierwszej do piątej – mówi. – Uczą dzieci pisać, czytać, zapoznają je z podstawami gramatyki, a my potem pogłębiamy tę wiedzę. Zdarza się, że w mniejszych miejscowościach chodzą po domach, żeby zachęcić rodziców do posłania dzieci do polskiej szkoły. Trudności z rekrutacją wynikają stąd, że dookoła naszych uczniów jest środowisko mieszane językowo – litewskie, rosyjskie, białoruskie. Często zdarza się, że w rodzinach zapisujących dzieci do polskich szkół jedno z rodziców jest Rosjaninem, a drugie Polakiem i w domu rozmawiają po rosyjsku. Kiedy ich dzieci zaczynają czytać polskie książki albo biorą udział w przedstawieniach naszego teatrzyku, to je odmienia.

Bożena Bieleninik zaczęła uczyć polskiego w szkole wieczorowej jako 18-latka, na drugim roku polonistyki, i dziś wylicza, że to już 38. rok jej pracy. Od 1993 r. jest polonistką w Gimnazjum im. św. Rafała Kalinowskiego w Niemieży pod Wilnem. – To jedyny święty, który urodził się w Wilnie – dodaje ciekawostkę o patronie.

Mowa polska

– U nas pod jednym dachem jest szkoła litewska i polska. W rejonie są tylko trzy takie placówki, a pozostałe funkcjonują osobno – opowiada. Ma zajęcia w klasach od piątej do dwunastej. – Niż demograficzny sprawił, że klasy są pojedyncze, a poza tym jesteśmy 7 km od Wilna i niektórzy rodzice wolą posyłać tam dzieci do szkół społecznych. Zawsze trochę młodzieży ucieka do słynnej „Mickiewiczówki”. Ale sukcesem jest to, że niekiedy wracają do nas ze stolicy.

Jest przekonana, że żaden nauczyciel nie wytrzyma w szkole, jeżeli nie lubi tego, co robi. – Nie da rady, jeśli nie umie uczniom przebaczać, ufać im i próbować ich zrozumieć. A dzieci potrafią to wyczuć i odpowiadają wzajemnością. Dziś młodzież jest inna niż dawniej. Najważniejsze, żeby ich zaciekawić jakąś lekturą, a wtedy sami będą wiedzieli, do czego im potrzebne czytanie jakiegoś dzieła z XVII w. Na moich lekcjach uczeń może nie pozna świetnie gramatyki, ale wyciągnie wnioski z literatury, bo to wielka nauka o życiu. Dla mnie najważniejsze jest poznawanie przez literaturę życia. Mowa polska może być przekazywana w różny sposób. Bardzo lubię metody aktywizujące – namawiam uczniów do startowania w konkursach, do udziału w przedstawieniach teatralnych. Dlatego najpierw zorganizowałam w szkole kółko polonistyczne, a 20 lat temu teatr, który do dziś ma się bardzo dobrze – mówi.

Ziemia obiecana

– Nauczycielami polskiego w naszej rodzinie byli rodzice, trzy siostry mamy i siostra ojca – opowiada. – Ja ukończyłam polonistykę na wileńskim wydziale pedagogicznym. Szkół po odrodzeniu niepodległości Litwy było dużo – ponad 130. W tamtych czasach polonistyka to była taka śmietanka, najlepsi uczniowie z polskich szkół. Można tam było obcować tylko po polsku wśród Polaków wileńskich. A trzeba było się starać, bo na egzaminie wstępnym przypadały cztery osoby na jedno miejsce.

Nigdy nie żałowała swojego wyboru, bo od rodziców wiedziała, że będzie trudno, ale i ciekawie. – W młodości Polska to była dla mnie taka ziemia obiecana. Nie miałam tam bliskich krewnych. Jakoś tak wszyscy w rodzinie postanowili: „Zostajemy, co będzie, to będzie”. Mój dziadek Bolesław Rymszewicz powiedział babci Bronisławie: „Ja tutaj z dziada pradziada nad Wilią żyłem, a teraz mam jechać zajmować cudze domy na Mazury?”. Bo ja jestem wnuczką prawdziwego legionisty, który walczył w Bitwie Warszawskiej. Skończył tajne komplety przy kościele Świętych Piotra i Pawła na Antokolu w Wilnie, zanim powstała pierwsza polska szkoła im. Lelewela na Piaskach. I był bardzo oczytany. O tym, że był legionistą, nie mieliśmy prawa mówić. W dowodzie miał wypalone słowo „ochotnik do wojska” i dobrze, bo groziła mu za to Syberia. Wszystko to pamiętam, bo miałam 17 lat, kiedy dziadek zmarł.

Pierwszy raz pojechała do Polski dopiero jako 25-latka. – Kiedy dowiedziałam się, że wybiera się tam na koncerty litewski chór nauczycielski, wstąpiłam do niego, ekspresowo nauczyłam się repertuaru i pojechałam – uśmiecha się na tamto wspomnienie. – To dziadek opowiadał nam, wnukom: „Pamiętajcie, jest Chatyń i Katyń”. Chatyń na Białorusi, o którym mówiono, że tam Niemcy spalili wieś, a prawdy o Katyniu nie znaliśmy. Mieszkaliśmy w Wilnie, w domu mojej babci nad Wilią, naprzeciwko kalwarii. Mama uczyła mnie w szkole polskiego. Tak to sprytnie obmyśliła, że kiedy w programie na radzieckiego pisarza było przeznaczone sześć lekcji, a na Sienkiewicza dwie, umiała zmienić te proporcje. Brała jakiś fragment „Qvo vadis”, który był zakazany, na przykład jak Winicjusz widzi Ligię niesioną przez byka, a kiedy wśród słuchających wzrastało napięcie, zachęcała: „Resztę doczytajcie sami”. Dzięki niej rozumieliśmy, że literatura polska jest piękna i dodaje sił.

Człowiek artystyczny

– Teatr to było moje skryte marzenie od dzieciństwa. Kiedy mój tato uczył w szkole w Mejszagole, systematycznie zapraszał do niej z premierami polskie teatry z Wilna. Ja też się tam uczyłam i zachwycałam się aktorami, bo dla mnie byli jak półświęci. Z koleżankami zbierałam konwalie, przylaszczki, żeby je wręczać występującym u nas artystom – wspomina. Jest pewna, że najbardziej niezwykłe lekcje języka polskiego odbywają się w trakcie realizacji szkolnych spektakli teatralnych. 11 razy jeździła ze swoim zespołem z przedstawieniami do Polski. Trzykrotnie zdobyli grand prix Festiwalu Teatralnego we Włocławku. – Popatrzcie sobie, jakie to są lekcje obcowania z Polską – podkreśla. – Jeden dzień pobytu w Polsce to co najmniej 20 lekcji przeprowadzonych w klasie.

Wciągnęła do zespołu nie tylko kolegów nauczycieli, ale też rodziców uczniów. Jego filarem jest Anna Pawiłowicz-Janczes – pedagog specjalny, nauczycielka biologii. – Nazywam ją dyrektorem teatru, moją prawą i lewą ręką – mówi. – Ja za to jestem taki człowiek artystyczny – dodaje. Kiedy zabierali się za realizację spektaklu „Brat naszego Boga” Wojtyły, wielu twierdziło, że to temat nieaktualny. – A ja im na to, że w mediach podają, że co czwarty mieszkaniec Wilna to bezdomny. Zagraliśmy premierę w zimnej piwnicy kościoła św. Teresy w Wilnie. Wszyscy zmarzli, ale chodziło nam o to, żeby poczuli się jak bezdomni. W pierwszym akcie pokazaliśmy filmik, na którym widać piękne, bajeczne, bogate Wilno, a w drugim dokument przedstawiający straszne, szare oblicze miasta – jego bohaterami byli bezdomni. Wyszukując przytuliska i jadłodajnie, które mieliśmy sfotografować, zdziwiliśmy się, że jest ich taka masa. Poszliśmy do sióstr kalkucianek, żeby zobaczyć, jak codziennie ustawia się tam 200-osobowa kolejka po obiad. Nie tylko graliśmy, ale chcieliśmy poczuć, jak to jest. Okazało się, że po stu latach od chwili, kiedy Brat Albert zajął się potrzebującymi, nic się nie zmieniło i wciąż trzeba otwierać swoje serca.

Idę drogą

Niedawno powstałe hospicjum wileńskie zainspirowało panią Bożenę do realizacji spektaklu „Oskar i pani Róża” według powieści Érica Emmanuela Schmitta. Jest przekonana, że ta lektura, choć nie znajduje się w programie, mocno działa na uczniów. – Jakie niesie przesłanie? – patrzy na uczennice z zespołu, które przyszły ją wspomóc w rozmowie z dziennikarką z Polski. – Uczy, że intensywność życia nie zależy od jego długości i kiedy jest się chorym, w ekspresowym tempie można przeżyć całe życie. Ale dobrze mieć panią Różę, która będzie nas wspierać. Kiedyś mieliśmy wystąpić w szkole, w której niedawno nagle zmarła na tętniaka jedna z uczennic. Obawialiśmy się, jak to zostanie przyjęte, ale okazało się, że przez cały spektakl panowała cisza jak makiem zasiał, a na koniec nie było oklasków, bo wszyscy tak to przeżywali. Dyrektor powiedział, że dzięki nam uczniowie zrozumieli, że śmierć jest częścią życia. Wcześniej, na festiwalu teatralnym na Litwie, ostrzegano nas, że to za trudny temat, że w teatrze trzeba się bawić. A na festiwalu we Włocławku dostaliśmy główną nagrodę i oklaski na stojąco. Przy okazji spektaklu rozruszaliśmy okoliczne szkoły, organizując akcję „I ty możesz zostać wolontariuszem”. W jej finale okazało się, że zebraliśmy dla wileńskiego hospicjum 6 tys. euro.

Współreżyserem „Betlejem polskiego”, które jest stałym punktem ich repertuaru, bo niesie wiedzę o historii Polski, jest Artur Markiewicz, absolwent ich gimnazjum, dziś student bioetyki. Jeszcze za czasów szkolnych pani Bożena zachęciła go do udziału w „Poloniadzie”, na której okazał się wybitnym znawcą dzieciństwa Karola Wojtyły.

– Kiedy zajął pierwsze miejsce i w nagrodę dostał aparat od prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zaczął jeszcze bardziej interesować się postacią polskiego papieża. Był na jego beatyfikacji i kanonizacji, a teraz jest to jego ulubiony święty – opowiada. W jednej z kartek z pozdrowieniami dla nauczycielki napisał: „Dziękuję, że Pani wpłynęła na moje życie. Idę drogą, którą Pani nas pokierowała, i nie żałuję”.

Pani Bożena przypomina sobie te ciepłe słowa w każdy chłodniejszy dzień. •

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji