Nowy numer 42/2018 Archiwum

Ja w tle

Występowanie jako typowy Jan Kowalski po tym, jak założyło się koloratkę, w ogóle już nie działa.

Bardzo, ale to bardzo źle znoszę panoszącą się ostatnio wśród moich współbraci w kapłaństwie tendencję polegającą na tym, że po pierwsze, muszą komentować absolutnie wszystko, co się dzieje na świecie, albo komentować to, co skomentował drugi ksiądz. Zapominają przy tym, że występowanie jako typowy Jan Kowalski po tym, jak założyło się koloratkę, w ogóle już nie działa. I to publicznie. Najpierw jeden pisze o tym, co mu się nie podobało w uroczystościach żałobnych znanej polskiej wokalistki (skąd pomysł na komentowanie czyjegoś pogrzebu, i to w takim stylu?! – tym bardziej mi się w głowie nie mieści!). Następnie drugi krzyczy przez media: „Zamilknij, klecho!” (pewnie i słusznie się zdenerwował, ale czy koniecznie tym językiem?). Do tego setki komentarzy zwolenników jednej i drugiej strony. I tak się to rozkręca, nakręca i kontynuuje. Znoszę to źle, bo z ewangelicznym przesłaniem Jezusa wspólnego ma to tyle co nic. Sam mam ochotę krzyknąć: co robicie? Jeśli wierni w tym kraju widzą tak ustawioną relację między swoimi pasterzami, to nie miejmy złudzeń – ich zaufanie do pasterzy będzie malało, i to drastycznie. Jeśli nie potrafimy uszanować siebie nawzajem, to jak mamy dowieść, że szanujemy innych? Wiem, media społecznościowe i w ogóle internet sprawiły, że dzisiaj każdy może się poczuć dowartościowany, wyrażając opinię, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota. Ale czy od nas – księży – nie wymaga to większej odpowiedzialności za każde słowo i każdy przecinek? O wykrzyknikach nie wspominając?

Cofam się – dla wytchnienia – wraz z bieżącym numerem „Gościa” o dziewięć wieków, do czasów świętego Jacka. Ten wybitny święty Polak jest jednocześnie moim ulubionym świętym. W wywiadzie, którego „Gościowi” udzielił o. Tomasz Gałuszka OP, znany historyk, zarówno Jacek, jak i jego duchowy ojciec, święty Dominik, nazwani zostali iskrami, które znalazły się przy beczce prochu. Fakt – dynamika głoszenia przez nich słowa Bożego może przyprawić współczesnego kaznodzieję o ból głowy, skądinąd pewnie tak samo, jak przyprawiała ówczesnych wiernych. I bardzo dobrze. Bo energii mieli dużo, czerpali ją wprost ze Źródła i… wiedzieli, że nie z ich własnych umiejętności i wysiłków rodzą się prawdziwe owoce. To jest chyba to, czego nam dzisiaj brakuje. W erze celebrytyzmu pokusa gwiazdorzenia nie jest obca nikomu. A habitowi i sutannie być powinna. „Bądźcie pokorni, kochajcie się wzajemnie i zachowujcie dobrowolne ubóstwo” – ta dewiza sprzed wieków nie ma szans się zestarzeć i gdybyśmy ją pokochali, to ani jeden, ani sto zwiastunów nadchodzącej „katastrofy” w postaci filmu „Kler” nie podniosłoby nam ciśnienia. Katastrofa w cudzysłowie, rzecz jasna. „W centrum Jezus – bracia w tle” – to ostatni już cytat z tekstu o najbardziej znanym polskim świętym. Otóż to. W centrum Jezus. Ja w tle. Gdyby każdemu z nas – duchownych, nie na darmo nazwanych duchownymi – przyświecała ta idea, to rzecz miałaby się zgoła inaczej. Ani gwiazdorzenie, ani dziwaczne publiczne załatwianie porachunków nie miałyby miejsca. W centrum Jezus. Ja w tle… Genialne. I jakie proste. I jakie… skuteczne… •

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji