Nowy numer 2/2021 Archiwum

Miasto sukcesu

Najszersze plaże w Polsce. Kąpieliska wyróżnione Błękitną Flagą, międzynarodowym znakiem jakości. Obok strategiczny gazoport im. Lecha Kaczyńskiego. Drugie miejsce w Polsce pod względem dochodów na mieszkańca. Niskie bezrobocie.

Ruszyliśmy do granic (na szczęście nie wytrzymałości), by sprawdzić, czy hasło „Polska jest jak obwarzanek – to, co dobre, jest na obrzeżach” ma wciąż rację bytu. Doskonale wiemy, jak zmieniły się granice od czasu, gdy Józef Piłsudski wypowiadał tę słynną dewizę, dostosowaliśmy się więc do dzisiejszych miejsc pogranicza. Wybraliśmy krainy na krańcu mapy, na styku. Przestrzenie, w których mieszają się języki, narodowości, kultury, wyznania. Urzekające pięknem krainy, gdzie Wschód spotyka Zachód, Bizancjum – Rzym, a Tomasz z Akwinu – Mikołaja Cudotwórcę. Tygiel kultur i religii. Miasteczka, w których po brukowanych uliczkach spacerowali ramię w ramię Polacy, Litwini, Niemcy, Żydzi, Cyganie, staroobrzędowcy. W tym odcinku zapraszamy do Świnoujścia – położonego na wyspach i najdalej na północny zachód wysuniętego miasta w Polsce.

Wojskowy powiedziałby, że Świnoujście to przyczółek. Wysunięte najdalej na północny zachód miasto Polski, położone na trzech dużych wyspach: Uznam, Wolin, Karsibór, nie ma stałego połączenia lądowego z resztą kraju. Żeby tam dotrzeć, trzeba dokonać desantu z promu. Na teren przyczółka od zachodu napierają Niemcy, od południowego wschodu Polacy. W szczycie sezonu w mieście oraz na plaży jest tyle samo Polaków co Niemców. Miasto nie broni się przed przybyszami. Przeciwnie, robi wszystko, by przyciągnąć jak najwięcej gości. Dwujęzyczne szyldy na zakładach fryzjerskich, krawieckich, gabinetach stomatologicznych, menu w restauracjach i barach, cenniki w złotych i euro – wszystko to świadczy o dwujęzycznej klienteli.

Zniknęły kontrole graniczne, ale ceny po obydwu stronach granicy nadal się różnią. Niższe są w Polsce i dlatego bazar przy ulicy Wojska Polskiego od rana do wieczora wypełnia tłum kupujących Niemców. – Oni potrafią liczyć pieniądze lepiej niż my – mówi Janusz Żmurkiewcz, prezydent Świnoujścia. – Niedawno spotkałem kolegę, emerytowanego burmistrza sąsiedniego Heringsdorfu, Klausa Kottwittenborga. Przyjechał do Świnoujścia do fryzjera. Zapłacił 15 zł, u siebie kosztowałoby go to 6 euro. Takich Klausów jest mnóstwo. Dzięki temu my się też wzbogacamy jako miasto – dodaje.

Za mężem bednarzem

Gdyby trzymać się prawdy historycznej, Świnoujścia nijak nie dałoby się zaliczyć do Ziem Odzyskanych. Polski tam nigdy nie było. Otrzymaliśmy to miasto na mocy układu poczdamskiego, który na nowo określił granice powojennej Europy. Było rekompensatą za wojenne krzywdy i ziemie utracone na Wschodzie.

Zniszczone w czasie nalotów alianckich Świnoujście poddało się Armii Czerwonej dopiero 5 maja 1945 r. Wtedy był to prawdziwy przyczółek. Część uzdrowiskowa miasta zajmowana była przez wojska radzieckie do 1957 r., a do początku lat 90. w Świnoujściu istniała baza radzieckich okrętów wojennych. W 1948 r. rozpoczęto odbudowę i przebudowę portu Świnoujście oraz budowę wielkiego kombinatu rybnego. W ciągu 3 lat powstało Przedsiębiorstwo Usług Rybackich Odra. W 5 lat po kapitulacji Niemiec rząd NRD wyraził zgodę na przekazanie Polsce ujęcia wody dla Świnoujścia i wytyczenie tam na nowo granicy. Sytuacja powoli się normalizowała. Do miasta z całej Polski przyjeżdżali nowi mieszkańcy.

Irena Czaja przyjechała do Świnoujścia w 1956 r. z Łodzi. Przedsiębiorstwo Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich Odra werbowało wtedy ludzi do pracy. Jej mąż Roman im pasował, bo był bednarzem. Robił beczki, których używano do upychania śledzi. Przyjechali do Świnoujścia z półroczną córką Ewą. Mąż od razu dostał zezwolenie na wjazd do Świnoujścia, pani Irena z córeczką czekała 3 miesiące w Szczecinie. Dostali mały domek, w którym zamieszkali, i 1000 zł na zagospodarowanie się. To były duże pieniądze jak na tamte czasy. Niedaleko stacjonowali Rosjanie. Pani Irena, której rodzice zginęli w czasie okupacji, bała się ich, bo kiedy wystawiała przed dom wózek z córeczką, żołnierze przychodzili, brali dziecko na ręce, grali na harmonii, traktowali córkę jak zabawkę. W 1957 r. urodził się im syn Bogusław. Trudno się żyło, ale Odra dawała pracownikom deputat w postaci 5 kg ryb raz na miesiąc. Świnoujście było wtedy w ruinie. Musieli stale nosić przy sobie przepustki zezwalające na pobyt. Piękna plaża dzieliła się na ogrodzoną wysokim płotem dużą część rosyjską i mniejszą dla Polaków.

Po kilku latach bednarzowania mąż zaczął pracę na statku. Zdarzało się, że nie było go w domu kilka miesięcy. Tyle czasu zajmowały dopłynięcie do łowiska i powrót. Później zaczęto dowozić rybaków samolotami i czas rozłąki się skrócił.

Wyjeżdżając z Łodzi, pani Irena nie myślała, że tutaj upłynie jej życie. I że Świnoujście będzie tak piękne. Obecnie miasto bardzo jej się podoba, z dumą wymienia promenadę, plac Wolności, park Zdrojowy czy park Chopina.

Ze Śląska nad morze

Marian Krasucki, były piłkarz Polonii Bytom, reprezentant Mazowsza, przyjechał do Świnoujścia w 1974 roku. Był wtedy na życiowym zakręcie. Po kontuzji nie mógł już grać w piłkę. Jego dotychczasowy świat się zawalił. W Świnoujściu mieszkał kuzyn. Pan Marian pomyślał, że z dala od kolegów zacznie nowe życie. Miasto już nie było zamknięte. Po dwóch dniach od przyjazdu miał pracę. Port potrzebował fachowców. Kiedy się dowiedzieli, że kandydat jest ze Śląska, od razu go przyjęli. Może nie zostałby tu na stałe, gdyby nie zachody słońca. – Codziennie inne. Niby ten sam kraj- obraz cały czas, to samo morze, ale słońce codziennie zachodzi inaczej – mówi pan Marian.

W Świnoujściu ożenił się z dziewczyną, która przyjechała nad morze do brata z wielkopolskiej wsi. Zamieszkali najpierw w służbowym pokoju przy lokomotywowni. Później dostali mieszkanie dwupokojowe. Tam przyszło na świat czworo dzieci: Sebastian, Jola, Barbara i Jerzy. Dzisiaj to dorośli ludzie, rodzice dziewięciorga wnucząt. Z balkonu na 5. piętrze pan Marian pokazuje miasto i wspomina: – Świnoujście wtedy całkiem inaczej wyglądało. Bloków jeszcze nie było. Miasto kończyło się na kotłowni. Zbudowano ją na obrzeżach miasta, a teraz jest to centrum.

W Świnoujściu spotkał się z Historią. – W sierpniu 1980 r. zastrajkowaliśmy – opowiada. – Naprzeciwko portu stały radzieckie kutry rakietowe. Baliśmy się, że one się odwrócą, przepłyną przez kanał i pójdą na nas. My wtedy siedzieliśmy na styropianie w porcie. Odcięci od świata. Tylko dzięki pani kapitan Kobylińskiej-Walas, która tu cumowała, mieliśmy co jeść. Ona nas żywiła przez pierwsze dni. Port był okrążony, nie można było wyjść, niczego przynieść. Dopiero po trzech dniach zaczęli dowozić nam jedzenie. Swoje 37. urodziny spędziłem za ogrodzeniem. Pod bramę przyszła żona z dwojgiem małych dzieci. 31 sierpnia wyszliśmy do domu.

Pan Marian na stare lata tęskni za Bytomiem. – Chciałbym jeszcze pójść na stadion mojej Polonii, zajrzeć na moje podwórko, ale zdrowie nie pozwala na taką podróż – wzdycha.

Tu dawali mieszkanie

Janusz Żmurkiewicz, syn repatriantów ze Lwowa, zamieszkał w Świnoujściu w 1972 roku. Żona po skończeniu studiów medycznych musiała odpracować stypendium, on był absolwentem Politechniki Szczecińskiej. – Chcieliśmy zamieszkać nad morzem – opowiada prezydent miasta. – W Świnoujściu dawali mieszkanie i to przesądziło.

Urząd po raz pierwszy piastował w latach 1984–1989. Po kilkunastoletniej przerwie w wyborach samorządowych w 2002 r. został wybrany na prezydenta Świnoujścia. Zyskał uznanie mieszkańców. Wybory w latach 2006, 2010 i 2014 wygrywał w pierwszej turze. W tym roku szykuje się do kolejnej kampanii wyborczej. Miał już nie startować, ale o decyzji kandydowania przesądził tunel. – Podpiszę się pod umową o realizacji tego historycznego przedsięwzięcia, ale chciałbym też je zakończyć, a co najmniej doprowadzić budowę do takiego stanu, w którym na pewno zostanie ukończona – mówi prezydent. – Ten tunel to takie moje dziecko, kosztował mnie dużo zdrowia i lata starań.

W ciągu minionych lat prezydent i jego ludzie konsekwentnie realizowali swoją wizję miasta. – Warunki usytuowania Świnoujścia to nie nasza zasługa. Tak ktoś kiedyś wyznaczył granice i mamy polskie Świnoujście. Rzecz w tym, by te możliwości, które spadły nam z nieba, należycie wykorzystać – mówi prezydent. – Staramy się pokazać, że możliwy jest harmonijny rozwój gospodarki morskiej i turystyki. Elementem, który połączy to wszystko, jest tunel. Pieniądze na budowę mamy. Można sobie wyobrazić, co będzie za 4 lata, gdy go zbudujemy. Koniunktura dla miasta już jest dobra, a będzie jeszcze lepsza.

Patronka fedrunku tunelowego

Barbara Michalska, absolwentka Politechniki Lubelskiej, przyjechała do Świnoujścia zaraz po studiach w 1993 roku. Był to czas ustrojowej transformacji. – Nie było łatwo – wspomina. Likwidowano zakłady pracy. My, młodzi inżynierowie, zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę. Ten czas nas zahartował. Teraz, po latach, możemy powiedzieć, że odnaleźliśmy się w życiu. Część koleżanek i kolegów pozakładało własne firmy, inni są dyrektorami. Wyszliśmy z tego okresu twardsi. A do Świnoujścia przyjechaliśmy we trójkę: ja, mój przyszły mąż i jego kolega. Wszyscy pozostaliśmy. Wykorzystaliśmy szansę, jaką nam dało Świnoujście. Mąż został kierownikiem budowy terminalu, ja podjęłam pracę w administracji. Miało to być tymczasowe, ale w 1994 r. zaszłam w ciążę i mąż stwierdził, że już nie będziemy podróżować.

Potem była intensywna praca. Modernizacja budynków pokoszarowych, budowa oczyszczalni ścieków, sporo dużych inwestycji. Własna działalność, nadzory budów. – Prezydent Żmurkiewicz zaproponował mi pracę w urzędzie miejskim. I tak to trwa już 16 lat – uśmiecha się Barbara Michalska. – Mamy dużo satysfakcji z tego, jak miasto się zmieniło przez ten czas. Od początku mieliśmy wizję, jak ma ono wyglądać. Pierwszym autorskim projektem było zbudowanie promenady nadmorskiej. Później była promenada rowerowa do Ahlbeck. To również było spore wyzwanie, musieliśmy pogodzić interesy różnych środowisk, pokonać procedury. Zbudowaliśmy mostek między Niemcami a Polską, teraz ludzie po nim chodzą. Najtrudniejszy projekt – tunel – wchodzi właśnie w fazę realizacji.

Przed Świnoujściem otwiera się kolejna szansa: budowa wielkiego terminalu kontenerowego. Projekt na razie budzi obawy wśród mieszkańców. – Wciąż nie znam odpowiedzi na wiele pytań – dzieli się wątpliwościami prezydent Żmurkiewicz. – Możliwe jednak, że ten port byłby wielką szansą dla Świnoujścia. Przyciągnąłby wielu młodych fachowców. Miasto przestałoby się starzeć. I miałoby jeszcze więcej pieniędzy na rozwój.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama