GN 32/2018 Archiwum

Bez granic

Ta historia pokazuje, że marzenia się spełniają, że wielka miłość istnieje. I że trzeba wierzyć do końca. A wszystko zaczęło się podczas Światowych Dni Młodzieży przed dwoma laty.

Z początku w domu Martyny mieli być zakwaterowani: Davide, Simone i Emanuele. Ten trzeci trafił jednak do domu sąsiadów. – Kiedy spojrzałam na Emanuele i dowiedziałam się, że jednak nie będzie nocować w naszym w domu, zrobiło mi się przykro – mówi Martyna. – A ja, kiedy zobaczyłem, że tak piękna dziewczyna będzie gościć moich przyjaciół Simone i Davide, pomyślałem sobie: „Dlaczego mnie spotkało tak wielkie nieszczęście? W czym zawiniłem? – uśmiecha się Emanuele.

O mój Boże!

Podczas tygodnia w diecezji w ramach Światowych Dni Młodzieży widywali się niemal codziennie. Emanuele do Dębieńska, skąd pochodzi Martyna, przyjechał z grupą młodzieży z diecezji Mantova. – Towarzyszyłam i pomagałam im podczas różnych wyjazdów. Na katowickim Muchowcu poczuli bardziej, że coś między nimi iskrzy. – Rozmawialiśmy. Robiliśmy sobie dużo zdjęć. Poczułem wtedy, że przebywanie z nią sprawia mi radość. I że Martyna bardzo mi się podoba. Poza tym wydawało mi się też, że doskonale mnie rozumie. W Dębieńsku po wieczornych modlitwach spotykali się często w jej domu.

– Znacznie bardziej zależało mi na spotkaniu z Martyną, niż z Davidem i Simonem, którzy u niej spali – relacjonuje Emanuele. – A kiedy odezwała się do mnie po włosku, przeszły mnie ciarki. Wtedy pomyślałem: „O mój Boże! Jest ładna, zdolna, mówi po włosku… To chyba jakiś znak…? – śmieje się. – Oboje czuliśmy, że zależy nam na tej relacji – dodaje. – Czułem ogromny smutek, kiedy po tygodniu w Dębieńsku nasza grupa została skierowana do Kasiny Wielkiej. To stamtąd dojeżdżaliśmy na spotkanie z papieżem w Krakowie – mówi Emanuele. – Wiedziałem, że się w niej zakochuję. Bałem się, że mogę ją stracić. Że już się więcej nie zobaczymy. Ale wiedziałem też, że szansa na nasze spotkanie będzie podczas czuwania modlitewnego w podkrakowskich Brzegach – mówi. Martyna pojechała tam ze swoją grupą, Emanuele – ze swoją.

Kobieciarze i maminsynki

– Stoczyłem wtedy wewnętrzny bój: zostać z moimi ziomkami czy odnaleźć Martynę. Doskonale wiedziałem, że mogło to zostać odebrane jako brak odpowiedzialności z mojej strony. Tym bardziej że w grupie byłem jednym z najstarszych. No i co powiedzą uczestnicy? – mówi Emanuele. – O swoich zamiarach powiedział przyjaciołom. Błyskawicznie zrozumieli, co się dzieje oraz że powinien iść do Martyny. – Zarzuciłem więc na ramię plecak. Złapałem za telefon. Ona podała mi dokładną lokalizację i oznaczenie sektora. W pewnym momencie przyszła mi taka myśl: „Co ty w ogóle robisz? Rzucasz się w morze ludzi. Nikogo nie znasz. Po polsku nie mówisz. Zostawiasz grupę, z którą przyjechałeś. A co, jak jej nie znajdziesz? Albo jak nie wpuszczą cię do jej sektora?” – przywołuje wspomnienia Emanuele.

– Ja na niego cierpliwie czekałam. Wiedziałam, że Emanuele jest zdeterminowany. Odpowiedzialny. Dojrzały. Że wie, co robi. Byłam spokojna, ale jednocześnie trochę też zawstydzona. W grupie były koleżanki, które znam od lat. Patrzyły na mnie podejrzliwie. Tak, jak gdyby chciały mi powiedzieć: „Martyna, co ty robisz? Zwariowałaś?”. Bo wiadomo, jakie stereotypy krążą na temat Włochów: że to kobieciarze. Że kochliwi. Że maminsynki. Pewnie myślały, że teraz dałam się na to złapać, że jakiś Włoch mnie zbajerował. Ale ja tak wcale nie uważałam. Czułam, że to coś głębszego. Zbyt dobrze nam się rozmawiało. Odsłanialiśmy przed sobą nasze światy, marzenia, wspólne wartości. I stwierdziłam, że chcę spróbować – opowiada Martyna.

Nocne czuwanie spędzili razem: rozmawiali, śpiewali i modlili się. – Kiedy obok naszego sektora przejechał papież Franciszek, pomyślałem: „To chyba kolejny znak. Sam Ojciec Święty chce nas zobaczyć razem i nam pobłogosławić – mówi z uśmiechem Emanuele.

Good boy

Właściwie cała ta historia mogłaby się zakończyć tutaj niczym wakacyjna, romantyczna love story. Ale tak się nie stało. Dlaczego? Emanuele wrócił do Włoch. Dzieliło ich 1200 km. Zaczął myśleć, co dalej. – Davide, który mieszkał podczas ŚDM u Martyny, powiedział mi: „Emanuele, jeśli Ty chcesz, by coś z tego było, musisz działać. I to już. Ja ci pomogę. Ale nie możesz czekać”. Zadzwoniłem do Martyny i mówię jej: „Słuchaj, chcę się jeszcze z tobą spotkać – opowiada Włoch. – Wow! Ucieszyłam się. Powiedziałam o wszystkim rodzicom. Ale nie chciałam, żeby Emanuele spał gdzieś w hotelu. Mieliśmy wolne pokoje, więc poprosiłam, by mógł zatrzymać się u nas – opowiada Martyna. – A ja powiedziałem moim rodzicom: „Słuchajcie, poznałem w Polsce wspaniałych ludzi. Chcę tam wrócić. Ale po chwili pokazałem im zdjęcie Martyny i wszystko było już jasne” – wtrąca Emanuele. Rodzice wyrazili zgodę. – Ale nawet gdyby tego nie zrobili, i tak bym pojechał. Jeśli na czymś mi zależy, dążę do celu – dodaje.

Obawiał się jednak trochę rodziców Martyny. Nie wiedział o nich za wiele. Chciał na nich zrobić jak najlepsze wrażenie. – W pewnym momencie podszedł do mnie ojciec Martyny, spojrzał w oczy i powiedział: „Good boy” – śmieje się Emanuele. – To ciekawe, bo mój tata nie mówi po angielsku. Nie wiem, skąd mu się to wzięło – dopowiada Martyna. Wtedy zrobiła Włochowi niespodziankę i zabrała go do parku linowego w górach. Emanuele chciał jej zaimponować, wybrał najtrudniejszą trasę. Skończyło się kontuzją nogi. – To była pierwsza próba miłości. Pierwsza blizna – śmieją się. Potem był wspólny spacer w lesie. Nagle Emanuele zapytał: „Martyno, co my z tym wszystkim zrobimy?”. – Powiedzieliśmy wtedy sobie, że albo angażujemy się w tę relację na serio, albo kończymy. Bo inaczej to nie ma sensu – tłumaczy Martyna.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama