GN 25/2019 Archiwum

Samotność spadającej gwiazdy

Autor filmu „Whitney” prowadzi narrację bez nachalnego moralizowania. Zamiast szafować ocenami, zestawia unikatowe materiały archiwalne z relacją świadków.

Wstrząsający jest dokument „Whitney” Kevina Macdonalda. To nie jest film o muzyce, choć muzyki jest w nim dużo. Przez dwie godziny bowiem obserwujemy przede wszystkim stopniowe pogrążanie się gwiazdy w narkotykowym nałogu. Tym boleśniejsze, że został w nim utopiony ogromny talent, jeden z największych w historii muzyki rozrywkowej. „Whitney” to także poruszający obraz o samotności, której nie uleczą żadne sukcesy, popularność i bogactwo.

Walka o duszę

Słowa piosenkarki o powracającym śnie, w którym „diabeł chce jej zabrać duszę”, są klamrą spinającą całość filmu. I faktycznie, trudno oprzeć się wrażeniu, że w życiu piosenkarki cały czas toczyła się jakaś duchowa walka. Poznajemy najpierw młodą Whitney, córkę znanej piosenkarki Cissy Hou- ston, śpiewającą w baptystycznym chórze. „Kimkolwiek był ten Bóg, chciał, by wychwalać Go pieśnią” – słyszymy głos zza kadru, należący do piosenkarki, która wspomina te czasy po latach. Dziewczyna, która patrzy na nas z ekranu, oprócz nieprawdopodobnego talentu ma w sobie wiele uroku i dziecięcej jeszcze niewinności.

Czy miała trudne dzieciństwo? Jedna z bohaterek filmu protestuje przeciwko takiemu, stereotypowemu stawianiu sprawy, dodając, że to dzieciństwo było „wręcz idylliczne”. To opinia mocno na wyrost, bo przecież np. nie jest bez znaczenia fakt molestowania przez starszą kuzynkę, który z pewnością miał wpływ na późniejsze problemy piosenkarki z orientacją seksualną. Nie są też bez znaczenia: surowość matki, chciwość ojca, romanse obojga rodziców i ich ukrywany przed światem rozwód. A także fakt, że to bracia jako pierwsi podali jej kokainę. Ale też nie da się wytłumaczyć całej biografii Whitney Houston, szukając źródeł wszelkiego zła na zewnątrz – w relacjach z bliskimi, w dorastaniu w trudnym środowisku „czarnej” dzielnicy, w napiętnowaniu za rzekomą zdradę własnych korzeni. Sprawa jest zawsze bardziej złożona i dotyka zwykle także naszych osobistych decyzji.

Śledzimy więc drogę, która wiedzie od tej uśmiechniętej dziewczynki śpiewającej w zborze do zblazowanej, zmęczonej życiem gwiazdy, którą podglądamy w dalszej części filmu. Podglądamy – to chyba najwłaściwsze słowo, bo autor dokumentu zgromadził mnóstwo materiałów pochodzących z prywatnych archiwów, ukazujących życie piosenkarki od kulis. Widzimy ją więc także w momentach, w których niekoniecznie chcielibyśmy ją oglądać. Dotyczy to zwłaszcza scen, w których znajduje się ona pod wpływem środków odurzających. Trzeba przyznać, że takie ujęcie budzi pewne wątpliwości etyczne. Z drugiej jednak strony – bez tych właśnie scen obraz nie byłby tak mocną przestrogą przed złudnym blaskiem światowej kariery, która dla wielu może okazać się balastem nie do udźwignięcia.

Ze szczytu na dno

Sukces przyszedł gwałtownie. Obdarzona fenomenalnym głosem artystka swoim debiutem przebiła – jak słyszymy w dokumencie – Beatlesów i Presleya. Zaskoczyła wszystkich serią pierwszych miejsc na liście „Billboardu”, czyli w najważniejszym branżowym rankingu. Była jeszcze wtedy normalną dziewczyną, która, przyjeżdżając do rodziny, zasypiała na kanapie przed telewizorem. Ale zaczęły się długie trasy koncertowe, życie w podróży, zmęczenie, nuda urozmaicana używkami. Do tego bliscy – to także sformułowanie z filmu – zaczęli „traktować ją jak bankomat”. Łącznie z ojcem, który teoretycznie pilnował rodzinnego biznesu, a w praktyce – jak się później okazało – okradał własną córkę.

W Whitney rosło poczucie samotności, którego bynajmniej nie zmniejszyło toksyczne małżeństwo z Bobbym Brownem. Przeciwnie – zazdrość, przemoc w domu, a przede wszystkim wspólne z mężem zażywanie narkotyków – wszystko to ciągnęło piosenkarkę, a później także jej córkę, wzrastającą w tej atmosferze, na dno. I to niezależnie od największych sukcesów, które Whitney święciła na początku małżeństwa, bo to właśnie na ten czas przypadła premiera filmu „Bodyguard” i największy przebój „I will always love you”. Zaczęła się równia pochyła – miesiące i lata niemocy twórczej, przerywane niekiedy oczywiście przebłyskami wokalnego geniuszu, bo ta Boża iskra pozostała w niej do końca. Zresztą sama piosenkarka tak właśnie mówiła o swoim talencie – że jest on dany przez Boga. Niejako na marginesie całej tej historii pojawia się w filmie temat wiary Whitney, modlącej się między koncertami, powołującej się często na słowa Biblii czy biorącej udział w spotkaniach religijnych wspólnot. Tyle że – ze względu na narkotykowy kontekst – religijność ta podlana jest dziwnym sosem i widz nie wie do końca, ile w tym autentyzmu. Można jednak domniemywać, że Whitney faktycznie poszukiwała ratunku u Boga. A jednocześnie ludzka słabość powodowała, że znowu brnęła w to, co ją wyniszczało.

Przegrała?

Kevin Macdonald prowadzi swoją filmową narrację bez nachalnego moralizowania. Zamiast szafować ocenami, zestawia archiwalne materiały z relacją świadków – osób z najbliższej rodziny, przyjaciół, muzyków i producentów. Wiele rzeczy widz musi sobie dopowiedzieć sam, zestawiając ze sobą te głosy. Bo też bohaterowie, często surowi wobec innych, lubią siebie wybielać. Najlepszym przykładem jest tu Bobby Brown, bagatelizujący swój udział w tej tragedii, czy jeden z szefów wytwórni płytowych, który stwierdza, że do końca nie miał pojęcia o nałogu piosenkarki. Wiele też słychać głosów żalu po utracie wspaniałej artystki, niewiele jednak wiadomo o tym, w jaki sposób żałujący próbowali jej pomóc.

Sama Whitney podejmuje próby odbicia się od dna. Po rozwodzie z mężem bierze udział w terapii (nie kończy jej jednak), nagrywa kolejną, całkiem udaną płytę, wyrusza w trasę koncertową. Niestety, jej głos jest już wtedy zaledwie cieniem tego, który znamy z dawnych nagrań. Fragment wykonania „I will always love you” z tej trasy pokazuje dobitnie, dlaczego te koncerty nie mogły zyskać dobrych recenzji. Whitney brzmi tutaj jak karykatura samej siebie sprzed lat.

Mimo tragicznego finału ostatni etap życia artystki wnosi trochę światła do tej mrocznej historii. Praca nad filmem „Sparkle”, w którym zagrała jedną z głównych ról, przebiegała w wyjątkowo dobrej atmosferze – do tego stopnia, że piosenkarka nie chciała żegnać się z ekipą (być może obawiając się samotności, która czekała ją w domu). Do tego filmu Whitney Houston nagrała gospelowy cover „His eye is on the sparrow” (On nie traci z oka nawet wróbla). Znamienne też, że ostatni utwór, jaki publicznie zaśpiewała, nosi tytuł „Jesus loves me” (Jezus mnie kocha). Było to 9 lutego 2011 r., a więc dwa dni przed jej tragiczną śmiercią, która – w sytuacji, gdy piosenkarka zdawała się wychodzić na prostą – zaskoczyła wszystkich. Testy toksykologiczne wykazały, że jedną z głównych przyczyn utonięcia w hotelowej wannie było zażycie kokainy. Po ludzku więc można powiedzieć, że piosenkarka przegrała swoją walkę. Jednak tylko kochający Bóg wie, co działo się w jej sercu. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

  • Piotr
    23.07.2018 13:12
    Napisał Pan "wstrząsający" artykuł o tragicznej postaci show businessu - Whitney Houston, w którym "przemycił" pan własne nieuprawnione opinie, sugestie i - dosłownie - "genderowe" słownictwo. Skąd Pan wie, że piosenkarka miała "jeden z największych w historii muzyki rozrywkowej" talentów? A co to jest, według Pana, "orientacja seksualna" czy "toksyczne małżeństwo"? Skąd Pan wywnioskował, że "kochający Bóg wie"?. Podać Panu przykłady wolności (w tym wolności wyboru)? Czy św. Maksymilian Maria Kolbe nie był wolnym człowiekiem nawet w bunkrze głodowym? Napisałem szereg prac (dyplomowych i innych...), jednak nigdy nie przekroczyłem pewnych zasad pisania treści, które podlegają ocenie przez odbiorców. Pan Babuchowski notorycznie przekracza te zasady, co może świadczyć o brakach w wykształceniu lub, co gorsze, celowym działaniu. Gdy piszemy treści, co do których nie mamy prawa ocen lub możemy zafałszować obraz, używamy zwrotów; "wydaje mi się"; "moim zdaniem"; "prawdopodobnie"; "według przyjętych opinii"; "według przytoczonego filmu ..." itp. Natomiast z prawie ze stuprocentową pewnością (jeden procent na wydarzenia kliniczne) można stwierdzić, że Whitney Houston była WOLNYM CZŁOWIEKIEM. Pan Babuchowski zwyczajnie "hołowniuje" (od Szymon Hołownia) i "tefałeniuje" (od TVN), czyli inaczej - relatywizuje. "Boża iskra pozostała w niej do końca". Nadmieniam, że "Boża iskra" jest także w kloszardzie przy supermarkecie. I to ten kloszard równie mocno potrzebuje miłości, co "zblazowana" gwiazda przekonana o swoim nadzwyczajnym talencie "danym przez Boga".Wydaje się, że dramat piosenkarki polegał właśnie na tym, iż modliła się ona nie do tego Boga, o którym pisze Pan Babuchowski. Zastanawiam się, kto recenzuje Pana artykuły w poczytnym, katolickim, skierowanym do szerokiej rzeszy wiernych Gościu Niedzielnym. Pozdrawiam.
    doceń 3
  • gość777
    23.08.2018 15:23
    Była wolnym człowiekiem no i sprzedała swoją duszę...No komu?No wolę lepiej "nie być wolnym" LOL!
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL