Nowy numer 33/2018 Archiwum

Paragraf 1666

Czy Jugendamt działający w Niemczech i Austrii na rzecz ochrony praw dzieci jest instytucją zagrażającą dobru rodziny? – Jego pracownicy robią selekcję, kto z rodziców jest zdolny do wychowywania dzieci, a kto nie – mówi Wojciech Pomorski, któremu 15 lat temu Jugendamt odebrał dwie córki i przez lata uniemożliwiał kontakt z nimi. – Dziś moje geny są już niemieckie.

Kiedy zbliżam się do mojego Alanka z bucikami, zaczyna walić pleckami o ścianę, bo nie chce wyjść z domu – Beata Bladzikowska opowiada o odwiedzinach odebranego jej przez Jugendamt synka, odbywających się dwa razy w tygodniu pod okiem niemieckiej opiekunki.

Niezmienione od 15 lat mieszkanie Wojciecha Pomorskiego wygląda jak w dniu, kiedy jego córeczki zniknęły. Na drzwiach wiszą ich rysunki, na ich łóżkach leżą misie, tak jakby czas się dla niego zatrzymał.

Dotarliśmy do dwójki polskich rodziców, mieszkających w Hamburgu, którym Jugendamt odebrał dzieci. Mimo wielu starań o możliwość ich powrotu, córki i syn naszych rozmówców zostały lub aktualnie są poddawane germanizacji. O Jugendamcie – Urzędzie do Spraw Ochrony Praw Dzieci i Młodzieży od lat jest głośno – panuje opinia, że w imię obrony dziecka nadużywa swoich kompetencji, szczególnie w stosunku do rodzin mniejszości narodowych w Niemczech. Odbiera je rodzicom, utrudnia kontakty z nimi i nie pozwala podczas spotkań z ojcem czy matką porozumiewać się w ojczystych językach, uzasadniając to ochroną dziecka, znajdującego się w sytuacji domniemanego zagrożenia. Czy jest ono prawdziwe czy nie – okazuje się po czasie, ale dzieci przetrzymywane w niemieckich rodzinach zastępczych tracą kontakt z rodzicami i językiem, którym dotąd mówiły w domu.

– W 50 do 60 proc. spraw, które są mi znane, dzieci wracają do swoich rodziców – mówi mecenas Patricia Jurewicz-Behrens pracująca w kancelarii adwokackiej w Hamburgu. Potwierdza tymi słowami dużą skalę bezzasadności zabierania dzieci. W tym mieście funkcjonuje około 10 kancelarii, w których adwokaci władają językiem polskim i przyjmują sprawy dotyczące prawa rodzinnego. Pani mecenas wszystkich zgłaszanych do niej spraw nie może przyjąć, więc poleca klientom innych adwokatów. Rodzice muszą w ten sposób dochodzić swego, bo decyzja, czy dzieci do nich wrócą, zależy od postanowień sądu rodzinnego. – Jugendamtowi chodzi o to, żeby rodzice jak najdłużej tłumaczyli się z rzekomych win, a w tym czasie ich dzieci ulegają germanizacji – jest przekonany Wojciech Pomorski.

Odebrane w nocy

Urząd do Spraw Ochrony Praw Dzieci i Młodzieży posiada nieograniczone prawa interwencji w życie rodziny, według tego, co ma wypisane na reklamujących go ulotkach – w obronie dziecka. Często powodem do zabrania go rodzicom jest donos matki, ojca, sąsiada, że dzieje się z nim coś złego. Może też nim być kilkudniowa absencja dziecka w szkole, jego naganne zachowanie, a nawet przedłużający się zły nastrój, świadczący o tym, że może mieć problemy. – Jugendamt ma prawo odbierać rodzicom dzieci, kiedy otrzymuje zgłoszenie o zagrożeniu ich cielesnego i umysłowego dobra – tłumaczy mecenas Jurewicz-Behrens. – Często zdarza się, że są przez jednego z rodziców maltretowane fizycznie i mają na przykład siniaki. W nagłych przypadkach ta instytucja przejmuje opiekę nad dzieckiem bez decyzji sądu.

– Ponad rodzicami w Niemczech jest Jugendamt – uważa Wojciech Pomorski, który 18 lutego 2007 r. założył Polskie Stowarzyszenie Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech (www.dyskryminacja.de) zajmujące się obroną praw rodziców i dzieci pokrzywdzonych przez Jugendamt i wymiar sprawiedliwości Niemiec i Austrii. Ostatnich 15 lat poświęcił walce o prawo do wychowywania ich we własnej kulturze i języku. – Dzieci są odbierane na podstawie paragrafu prawa cywilnego BGB 1666 bez stwierdzenia o winie rodziców i pisemnego uzasadnienia decyzji – mówi. – To szatański zestaw cyfr, tak jak z piekła rodem są te działania. Sposób, w jaki często odbywa się ten proceder, jest dramatyczny i przechodzi wszelkie wyobrażenia. Zdarza się, że w środku nocy zjawiają się pracownicy Jugendamtu w towarzystwie policji i zabierają dziecko. Nierzadko, mimo sprzeciwu, wyrywają niemowlęta z rąk matek, przeszukują mieszkanie.

Według obserwacji mecenas Jurewicz-Behrens Jugendamt odbiera również dzieci obywatelom niemieckim. Jednak Niemcy są świadomi, że pomoc tej organizacji często tym się kończy, dlatego zachowują ostrożność w zgłaszaniu się do niej z prośbą o interwencję. Inaczej jest z rodzicami z mniejszości narodowych, którzy szukają tam wsparcia. Kiedy pytam, czy to incydenty, czy zaplanowana działalność Jugendamtu, odpowiada, że według niej nie są to działania planowane. Interwencje mają miejsce po otrzymaniu zgłoszenia o zagrożeniu dobra dzieci. Przyznaje, że po przejęciu opieki nad dziećmi przez Jugendamt kontakty z nimi są utrudnione: – Rodzice mogą na początku odwiedzać je na przykład jeden raz w tygodniu lub rzadziej. Kiedy dzieci mieszkają w rodzinie zastępczej, jest to możliwe tylko raz w miesiącu. Często zabrania się też rodzicom rozmawiać z nimi po polsku, żeby to, co mówią, pozostawało pod kontrolą. Rodzinami zastępczymi są dotąd wyłącznie rodziny niemieckie.

16 godzin pod dozorem

Beatę Bladzikowską, samotnie wychowującą trójkę synów, bo opiekę nad najmłodszym przejął Jugendamt, chwalą przełożeni i podopieczni w domu starców, gdzie pracuje: – Nie radziłabym młodym mężatkom przyjeżdżać do Niemiec, bo może będą musiały wrócić do ojczyzny bez dzieci – mówi. 21 grudnia 2014 Jugendamt zabrał jej najmłodszego synka – 7-miesięcznego Alanka. – Położyłam się spać, nagle w środku nocy usłyszałam dzwonek u drzwi. Wstałam i zobaczyłam nieznajomych w obstawie policji. Zaczęli mi przeszukiwać mieszkanie, jakbym kogoś zabiła. Otwierali lodówkę, pralkę, kuchenkę mikrofalową, balkon. Syn Aleks trzymał Alanka na rączkach, a oni powiedzieli, że go zabierają – bez żadnych dokumentów i orzeczenia o mojej winie.

Teraz widuje się z Alankiem dwa razy w tygodniu i może z nim rozmawiać wyłącznie po niemiecku. Z tęsknoty za malcem nieraz słyszała po nocach jego płacz. Nie wie, dlaczego nie zagraża życiu trójki synów, tylko tego jednego.

Wojciechowi Pomorskiemu 15 lat temu Jugendamt odebrał dwie córeczki – 3,5-letnią Iwonę-Polonię i 6-letnią Justynkę – i uniemożliwił kontakty z nimi. Do dziś nosi w głowie obraz, jak wtedy 16-letnia Tania, Niemka, koleżanka z kursu pielęgniarstwa, która wpadła mu w oko, zapytała go z trudem po polsku: „Zostaniesz tu dłużej?”. I rzeczywiście został w Niemczech, bo się w niej zakochał i pobrali się. – Od początku rodzice żony robili dosłownie wszystko, aby rozbić nasze małżeństwo i zbuntować żonę przeciwko mnie.

9 lipca 2003 r., kiedy wrócił z miasta z dwiema figurkami kotków i piesków dla córek, nie zastał w domu nikogo. Żona opuściła razem z nimi dom, a potem w odseparowaniu ich od ojca pomógł jej Jugendamt – wywożąc je do Wiednia, bo rzekomo ojciec chciał je porwać. Kiedy po pierwszym spotkaniu z córkami zaprotestował, że zakazano mu z nimi mówić po polsku, uniemożliwiono mu następne. Z tego powodu w ciągu 15 lat widział je raptem trzy razy – po dwóch latach, po roku i po pięciu latach, łącznie przez 16 godzin pod dozorem pracowników Jugendamtu. Za godzinę spotkania z córkami w Austrii musiał płacić 80 euro. (W Niemczech nie ma takich opłat). – Brak kontaktu ze mną doprowadził moje małoletnie córki do całkowitego „odpolszczenia”, wyrugowania z ich życia polskiej kultury, całej polskiej części rodziny, a także zupełnego zaniku więzi ze mną, posiadającym prawa rodzicielskie – wylicza straty Wojciech Pomorski.

W opinii mec. Jurewicz-Behrens nie dochodzi do umyślnego dyskryminowania obywateli polskich w kwestii odbierania im dzieci. Niemcy w takich przypadkach bardzo dokładnie przestrzegają poleceń Jugendamtu i matki są gotowe tymczasowo przeprowadzić się do Domu Matki i Dziecka, aby zapobiec przeniesieniu swoich dzieci do rodzin zastępczych. – Ze względu na słabe umiejętności językowe wielu obywateli polskich nie jest w stanie komunikować się prawidłowo z Jugendamtem, są wtedy bezradni – uważa. – Dużo matek nie wyraża zgody na pobyt w Domu Matki i Dziecka, ponieważ chcą, żeby dzieci były im natychmiast oddane.

Beata Bladzikowska sama prosiła Jugentamd o zamieszkanie z Alankiem w Domu Matki i Dziecka, ale nie dano jej takiej możliwości. Usłyszała, że jest na to za stara.

  Beacie Bladzikowskiej Jugendamt odebrał najmłodszego syna.
Henryk Przondziono /foto gość

Jeden procent

Beata Bladzikowska przyjechała do Hamburga w 1998 za mężem, dziś już byłym, jak mówi – z miłości. Kolejno urodzili się Maks (w grudniu skończy 20 lat), Nicolas i Aleks. – W 2012 r. wzięliśmy rozwód, bo mąż znęcał się nade mną i dziećmi – opowiada. – W tamtym czasie pomógł mi Jugendamt. Zamieszkałam z dziećmi w ich Domu dla Matki i Dziecka, a potem sama znalazłam mieszkanie.

Spotykamy się właśnie w nim – lśniące podłogi, okna, pokój dziecinny jak wesołe miasteczko. – Po jakimś czasie poznałam ojca Alanka, po roku zaszłam w ciążę, choć nie spodziewałam się tego w moim wieku. Donosiłam ją, bo przecież dziecko to dar. Po porodzie ojciec Alanka wyjechał do Polski, bo nie dawał tu rady, nie znał języka. Prosiłam Jugendamt, żeby pomogli mu znaleźć pracę, ale odmawiali. Cztery klatki dalej mieszka Niemka, wścibska sąsiadka, której dzieci często nas odwiedzały. To ona doniosła do Jugendamtu, że rzekomo nadużywam alkoholu. Kiedy po fakcie zapytałam, dlaczego to zrobiła, usłyszałam: „Mogę być rodziną zastępczą dla Alana, tylko idź ze mną do Jugendtamu i poproś”. A ja jej na to: „Alan ma matkę i swój dom, do którego wróci”. Pytałam pracowników Jugendamtu, jakie mam szanse, żeby wrócił. Usłyszałam, że jeden procent. Prosiłam, że jeżeli uważają, że jestem alkoholiczką, niech pobiorą mi krew, zbadają włosy czy wątrobę, ale tego nie zrobili – opowiada.

Aktualnie widuje synka dwa razy na tydzień. Od trzech lat musi rozmawiać z nim po niemiecku, więc Alanek stopniowo zapomina polskie słowa. – Kiedy mówię, że go kocham, że tęsknię, że wróci do domu, to niemiecka opiekunka przerywa spotkanie – mówi. Wie, że syn przebywa w pięcioosobowej niemieckiej rodzinie zastępczej. Nosi pampersa, choć w czerwcu skończy cztery latka, często ma brudne uszy i paznokcie, przeszedł operację bez jej zgody. Od początku Beata Bladzikowska bezskutecznie walczy o odzyskanie Alanka w sądach pierwszej instancji. Przed naszym spotkaniem poszła do Jugendamtu, żeby przejrzeć papiery sprawy i z przerażeniem zobaczyła, że jej syn ma w paszporcie niemieckie obywatelstwo. – Spytałam dlaczego, skoro ojciec i matka mają polskie, i po nas Alanek miał też dotąd polskie obywatelstwo – relacjonuje. – Takie też figuruje w jego metryce urodzenia. Na swoje pytanie nie uzyskała żadnej odpowiedzi.

« 1 2 3 »
oceń artykuł
  • RK
    12.06.2018 19:06
    Napiszcie najpierw, dlaczego zabrano te dzieci z rodziny.
    doceń 10
  • AX
    06.07.2018 09:28
    Ciekawe czy ten cały Jugendamt też tak ochoczo zabiera dzieci z rodzin muzułmańskich?? (pytanie oczywiście retoryczne)
  • Freddy Durkee
    09.07.2018 12:13
    Owszem, rzadziej, bo w rodzinach muzułmańskich rodzice rzadko kiedy chodzą kompletnie pijani, tak, że nie potrafią się zająć małym dzieckiem. Wśród Polaków w Niemczech zdarza się to niestety dość często.
    doceń 5
  • Freddy Durkee
    09.07.2018 12:18
    Żenujący artykuł, znowu gadanie o jakiejś germanizacji, a słowem nie wspominacie o tym, dlaczego dzieci są odbierane. Naprawdę myślicie, że bez powodu? Polacy nie są aniołkami. Patologia, alkohol , przemoc to codzienność wielu polskich rodzin w Niemczech. W dodatku wielu Polaków nie potraf mówić po niemiecku i lekceważy sygnały ostrzegawcze wysyłane przez Jugendamt. Może Pan Pomorski opowie o swojej historii, dlaczego mu odebrano dzieci? Bez powodu, czy może ma coś na sumieniu?
    doceń 5

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji