Nowy numer 50/2018 Archiwum

Gdzie ci pelagianie?

Niebez­pieczeństwa duchowe naszych czasów to polityczna poprawność oraz ideologia przyjemności i konsumpcjo­nizmu.

Za jedno z głównych zagrożeń dla życia chrześcijańskiego papież Franciszek uważa to, co nazywa neopelagianizmem. Czytamy o tym w najnowszej adhortacji o świętości, ale temat ten pojawia się w nauczaniu Franciszka już od jakiegoś czasu. Niedawno opublikowany list Kongregacji Nauki Wiary „Placuit Deo” też przestrzega przed nowymi formami pelagianizmu.

Pojęcie to pochodzi od Pelagiusza, który żył na przełomie wieków IV i V. Ów teolog głosił, że stworzony przez Boga człowiek jest w stanie sam podźwignąć się z grzechu i dojść do świętości. Łaska Boża jest jedynie pewną pomocą, dobrym przykładem, jaki został nam dany w Jezusie. Trzeba więc pracować nad sobą i w ten sposób osiągnąć zbawienie. Pogląd ten został potępiony przez Kościół jeszcze za życia samego Pelagiusza. Niemniej jednak w różnych formach pojawiał się na nowo.

Przyznam, że mam pewną trudność z dostrzeżeniem, gdzie we współczesnym Kościele mamy rzeczywisty problem z pelagianizmem. Gdzie ci ludzie usilnie pracujący nad sobą, by o własnych siłach osiągnąć moralną doskonałość? Widzę raczej ludzi, którzy żyją, jak im się podoba, nie przejmując się zbytnio ani nauczaniem Kościoła, ani przykładem, jaki dał nam Chrystus, i którzy mówią: „Przecież Bóg jest miłosierny, to na końcu i tak wszystkich zbawi, a zatem nie ma co się wysilać”…

Franciszek stwierdza, że nowy pelagianizm przejawia się m.in. w „obsesji na punkcie prawa, uleganiu urokowi osiągnięć społecznych i politycznych, ostentacyjnej trosce o liturgię, o doktrynę i prestiż Kościoła (…)” (Gaudete et exsultate, n. 57). Co do prawa, to widzę obsesję, że w Polsce łamana jest praworządność, ale raczej nie obsesję na punkcie prawa kościelnego. Ostentacyjna troska o liturgię i doktrynę zapewne charakteryzuje niektóre środowiska „tradycjonalistów”, czy raczej „pseudotradycjonalistów”. Raz po raz dostaje mi się od tego rodzaju ludzi na różnych forach. Czytam wówczas, żem modernista (cokolwiek by to miało znaczyć), heretyk, a nawet bluźnierca. Niemniej jednak są to nieliczne środowiska, choć – przyznaję – aktywne w internecie.

Dużo większym problemem wydaje mi się brak należytej troski o liturgię i doktrynę, którą Kościół definiował i której bronił przez 2 tys. lat. Za największe niebezpieczeństwa duchowe naszych czasów uważam polityczną poprawność, która niszczy logiczne myślenie, oraz ideologię przyjemności i konsumpcjonizmu, która osłabia wolę i psuje uczucia człowieka. 

« 1 »
oceń artykuł
  • Borysław
    27.04.2018 09:39
    Wszystko to nic. Przecież Franciszek już parę lat temu zawyrokował, że "największym problemem z którym musi się zmierzyć współczesny świat jest ...ocieplenie klimatu".
    doceń 0
  • Józef K.
    27.04.2018 21:24
    Jakoś trudno mi sobie wyobrazić ludobójstwo w imię poprawności politycznej, ideologii przyjemności i konsumpcjonizmu , a więc ideologii, które Ksiądz uważa za szczególnie groźne. Do mordu zwykle wzywają stare , " dobre " idee , głoszące dominację naszej rasy, narodu czy religii. A co do osłabiania woli, to pamiętam taką ideologie sprzed ponad półwiecza , która bardzo hołubiła siłę woli.
    doceń 1
  • Stomatolog Katolicki
    30.04.2018 13:42
    To świetnie zna ksiądz doktrynę i naukę Kościoła skoro nie wie ksiądz czym jest modernizm, który przecież stoi u podstaw dzisiejszego kolegialzmu, wolności religijnej, bezbożnego ekumenizmu i liturgii Novus Ordo.
    doceń 0
  • sMagda
    18.07.2018 13:21
    Moim zdaniem dostrzeżenie pelagianizmu we współczesnym świecie nie jest aż takie trudne. Raczej nie będą to „ludzie usilnie pracujący nad sobą, by o własnych siłach osiągnąć moralną doskonałość”, jak pisze Autor. Chodzi o coś innego – o to, co słyszymy (bądź słyszeliśmy) w Kościele, w czasie katechezy, kazań itp. Wielu z nas (jeśli nie bardzo wielu) wychowało się w duchowym klimacie pt.: „musisz zrobić”. „Musisz się poprawić”, „musisz porzucić taki czy inny grzech”, „musisz się podnieść”, „musisz zerwać z tym, czy z tamtym”, „musisz przebaczyć” itp. I niestety bardzo rzadko był w tym wszystkim obecny Jezus jako ten, który do tego uzdalnia. Raczej miało się wrażenie, że trzeba to zrobić „dla Jezusa”, a nie dzięki Jezusowi. Być może konieczność łaski była dla katechetów czy kaznodziejów czymś tak oczywistym, że w ogóle o tym nie wspominali, ale teraz niestety te braki w ludziach pokutują. A kiedy człowiek widzi, że choć „musi”, to jednak nie daje rady, w końcu odchodzi (nie zawsze, ale zdarza się i tak). Myślę, że stąd w jakiejś mierze biorą się ci, którzy „żyją, jak im się podoba, nie przejmując się zbytnio ani nauczaniem Kościoła, ani przykładem, jaki dał nam Chrystus”. Wierzę, że w wielu tych ludziach była dobra wola, ale doświadczenie własnej niemocy, tego że jednak nie są w stanie sami się podnieść, zerwać z grzechem, przebaczyć o własnych siłach, zamiast otworzyć na łaskę (o której niewiele słyszeli) odeszło od Jezusa i Kościoła. W ramach znieczulenia – żeby nie bolały wyrzuty sumienia. Oczywiście Jezus leczy z takiej postawy, ale trzeba Mu dać szansę.
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji