GN 41/2018 Archiwum

Niepodległość dzięki jedności

O roli pamięci w życiu narodu i radości z odzyskania niepodległości mówi prof. Andrzej Nowak.

Bogumił Łoziński: Dlaczego świętujemy 100. rocznicę odzyskania niepodległości?

Prof. Andrzej Nowak: Ponieważ Polacy dłużej i dzięki swej kulturze republikańskiej intensywniej niż wiele innych narodów europejskich cieszyli się nieprzerwaną tradycją polityczno-kulturową. Polska była niepodległa przez 850 lat. Brutalny i bezprecedensowy charakter rozbiorów, całkowitej likwidacji państwa polskiego przez zaborczych sąsiadów, był dla świadomych obywateli RP niezwykle dramatycznym wydarzeniem. Stąd siła dążeń do niepodległości, ofiar dla niej ponoszonych i wyjątkowa radość z jej odzyskania w 1918 r. Musimy sobie uświadomić, jak wielkie znaczenie miało to dla ówczesnych Polaków.

A jakie znaczenie ma dla nas dziś?

Bez pamięci nie ma tożsamości. Jeżeli jesteśmy kimś, to dlatego, że pamiętamy o tym, czego doświadczyliśmy. Znaczenie historii w życiu wspólnot politycznych jest różne. Na przykład historyczna pamięć politycznej wspólnoty Belgów może sięgnąć najwyżej do roku 1830, kiedy powstało ich państwo. Natomiast Polska ma, jak już powiedzieliśmy, bardzo długą, intensywnie przeżywaną historię. To sprawia, że jej odebranie, twierdzenie, że Polacy powinni ją porzucić, jest uważane przez większą część naszego społeczeństwa za zamach na tożsamość, na bardzo ważną część własnej, indywidualnej wartości wielu z nas. Dlatego ważne jest, aby przypominać sobie wciąż na nowo dzieje swojego narodu, a świętowanie 100. rocznicy odzyskania niepodległości jest ku temu bardzo dobrą okazją.

W swojej najnowszej książce „Niepodległa!” wymienia Pan 12 „znaków orientacyjnych niepodległości”. Wśród nich wskazuje Pan demokrację szlachecką i podkreśla, że jest ona powodem do dumy. Jednak to właśnie jej negatywne aspekty były jedną z przyczyn rozbiorów Polski w XVIII wieku.

Polska zbudowała w tamtym okresie najbardziej rozwiniętą – na kontynencie europejskim – formułę parlamentaryzmu, która działała nieprzerwanie przez ponad 400 lat. Jak na warunki wczesnonowożytnej Europy obejmowała ona wyjątkowo dużo osób, bo uczestniczyły w niej dziesiątki tysięcy obywateli. Niektórzy mówią, że to było tylko kilka procent społeczeństwa, jednak punktem odniesienia do oceny nie mogą być dzisiejsze standardy, lecz ówczesne. W tamtym czasie w innych krajach był najczęściej tylko jeden wolny człowiek: absolutny monarcha, reszta – to byli jego urzędnicy i poddani. U nas wytworzyła się specyficzna kultura polityczna oparta na pojęciu obywatela, a nie poddanego. Była ograniczona tylko do kręgu szlacheckiego – ten problem zaczęto dostrzegać i rozważać środki poszerzenia wspólnoty obywatelskiej także na mieszczan, a w dalszej perspektywie na chłopów, w XVIII wieku. Niestety, sąsiedzi nie pozwolili na ewolucyjne rozszerzenie owej kultury w Rzeczypospolitej na niższe warstwy – dokonywać się to będzie dopiero poprzez powstania i pracę organiczną już w warunkach zaborów. Na pewno jednak owa specyficzna obywatelska kultura polityczna jest cennym, autentycznym, niewymyślonym dziedzictwem Polski, z którego powinniśmy być dumni właśnie przez porównanie do jej alternatywy: kultury biurokratyczno-poddańczej, na którą odpowiedzią jest liberalizm rozumiany jako ucieczka od państwa. Obywatele z dumą tworzą państwo i bronią go. Tak rozumiane poczucie obywatelstwa zatriumfuje w roku 1918, po 123 latach niewoli, które owego poczucia nie zdołały zlikwidować.

Tradycja obywatelska nie uchroniła nas przed utratą niepodległości.

Oczywiście, były jej negatywne strony, takie jak zbyt późno rozwiązywany problem chłopskiej niewoli, zepchnięcia miast i związanych z nimi możliwości rozwoju gospodarczego na margines politycznego życia Rzeczypospolitej. Zwróćmy jednak uwagę na to, że tak krytykowane prawo weta samo w sobie nie było złe. Miało ono bardzo ważne uzasadnienie – służyło zachowaniu unii polsko-litewskiej. Gdy po unii lubelskiej w 1569 r. powstał wspólny sejm obu narodów, posłowie z Litwy byli mniejszością, stanowili jedną trzecią. Prawo weta dawało im gwarancję, że „koroniarze” ich nie przegłosują. Dokładnie na takiej samej zasadzie funkcjonuje dziś prawo weta w Unii Europejskiej, służy ochronie głosu słabszych. Są dążenia, aby je znieść, np. po to, aby móc ukarać Polskę, bo wystarczy sprzeciw Węgier, aby sankcje nie były nałożone. Tyle że zniesienie weta prowadzić może do dominacji najsilniejszych, do zniewolenia słabszych.

Jednak I RP z prawem weta została zdominowana przez silniejszych.

Nasi potężni sąsiedzi, zorganizowani na zasadach autokracji, potrafili podważyć system wewnętrzny Rzeczypospolitej, manipulując z zewnątrz mechanizmami wolności sarmatów. Oni po prostu kupowali to weto i zrywali sejmy nie po to, aby zabezpieczyć wolność, ale aby sparaliżować państwo. Współczesnej Europie również grozi takie niebezpieczeństwo i warto, aby wzięła je pod uwagę. Łączenie indywidualnej wolności z troską o wspólną niepodległość, o skuteczność swojej wspólnoty w rywalizacji (także ekonomicznej) z innymi, inaczej urządzonymi wspólnotami (np. z rosyjską czy chińską autokracją, z islamską ummą) – to nie jest łatwe zadanie. Nie można lekceważąco machnąć ręką ani na wolność, ani na niepodległość. Polacy zrozumieli to jaśniej wtedy, gdy niepodległość została zagrożona, a właściwie już zabrana – w wieku XVIII. Jeszcze inną lekcję Rzeczypospolitej można ocenić jako przydatną dla dzisiejszej Europy. Czy może istnieć wspólnota polityczna, w której zakwestionowana jest tożsamość kulturowo-cywilizacyjna i której centrum ideologicznej lojalności jest wyprowadzone poza nią samą? Warto przypomnieć naukę Arystotelesa, do której powszechnie odwoływano się w Rzeczypospolitej: wspólnota polityczna jest przede wszystkim wspólnotą rozróżniania dobra i zła. Co zrobić, jeśli jakaś grupa uznaje nie dobra Rzeczypospolitej, ale dobra swojej religijnej ummy, protestanckiego fanatyzmu, w imię którego Cromwell czy Karol Gustaw w czasach potopu wzywali np. obywateli RP do udziału w likwidacji ich państwa, by zetrzeć „róg na czole katolickiej bestii”? W przypadku RP było to także doświadczenie ludności prawosławnej, do której lojalności religijnej odwoływali się władcy Rosji w XVIII wieku. Pamiętajmy, że pod hasłem obrony ludności prawosławnej zaczyna się akcja Katarzyny II prowadząca do rozbioru Rzeczypospolitej (której pomagał – oczywiście „w obronie praw protestantów” – Fryderyk II) – w momencie, gdy nie było żadnej realnej tolerancji dla innowierców w Europie, nawet w takich krajach jak Anglia, gdzie katolicy będą dopuszczeni do podstawowych praw politycznych dopiero w roku 1829… Dla dzisiejszej Europy być może podobnym wyzwaniem jest fenomen islamu. Problemem nie jest wielość religii na naszym kontynencie, ale fakt, że jedna z nich ma centrum polityczno-kulturowej lojalności poza Europą i ona, a przynajmniej jej fanatyczne skrzydło, staje w szranki z modelem postnarodowym, postreligijnym i postpolitycznym, do którego odwołuje się obecnie UE.

Wśród elementów konstytuujących naszą niepodległość wskazuje Pan także romantyzm, z poezją Mickiewicza i obrazami Matejki. Krytycy tego nurtu twierdzą, że wiąże się on z „machaniem szabelką”, powstaniami, które z góry były skazane na klęskę. W ich opinii romantyzm nic trwałego dla polskiej niepodległości nie stworzył.

Pogląd, który wyrażam, znajduje największego apologetę w osobie Jana Pawła II. Nikt tak jak on nie ukochał tradycji romantycznej, Mickiewicza, Słowackiego, Norwida. Mówił o tym sensie polskiej kultury także światu, nawet na forum zgromadzenia ONZ. O znaczeniu kultury romantycznej dla tożsamości polskiego narodu pisał szczególnie pięknie w ostatniej swojej książce „Pamięć i tożsamość”. Tradycja romantyczna nie jest jakimś dziwactwem, wybrykiem, który należy przeciwstawić całej reszcie kultury. Ona organicznie wyrasta z rozwoju kulturowego Europy i Polski, sięga faktycznie naszego pierwszego intelektualisty i pisarza: mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem. Przecież on zaczyna, 800 lat temu, swoją refleksję nad historią Polski od nawiązania do dialogu „Timajos” Platona, którego wizje filozoficzne i przywoływane w nich mity odczytywać można i trzeba jako głęboko „romantyczne” właśnie. Odrzucenie tej tradycji oznaczałoby odcięcie jednego z najważniejszych ogniw, które łączą tożsamość polską z Europą – tradycji greckiej i jednocześnie judeochrześcijańskiej. Czy walka Dawida z Goliatem jest „romantyczną bzdurą”, czy poświęcenie Hektora w beznadziejnej walce z silniejszym przeciwnikiem w obronie rodzinnego miasta jest „polskim dziwactwem”?

Wśród przyczyn odzyskania niepodległości w 1918 r. wymienia się wysiłek samych Polaków i sprzyjające okoliczności na arenie międzynarodowej. Jaki wpływ na wybicie się na niepodległość miały znamienite osobowości, które stały wówczas na czele walki o wolność?

Przede wszystkim bardzo dobrze, że takie osobowości wówczas były. Warto dostrzec ich zdolność do współpracy w najważniejszym dla Polski momencie, ponad dzielącymi ich różnicami. Reprezentowali odmienne koncepcje przyszłej Polski, ale w kluczowym momencie, decydującym dla naszego kraju, potrafili faktycznie współdziałać, jak choćby Józef Piłsudski z Romanem Dmowskim na przełomie lat 1918 i 1919: Dmowski w Wersalu, Piłsudski – organizując armię i życie państwowe w kraju. Potem tak słodko nie będzie, ale w tych decydujących miesiącach wysiłki Korfantego, Witosa, Daszyńskiego i Paderewskiego tworzyły pewną bezcenną synergię. Siła tych ludzi polegała na tym, że wyrastali w przekonaniu, iż utrata niepodległości, dotkliwe prześladowania polskości to wyzwanie, któremu trzeba stawić czoła, nie wolno się poddać, pogodzić z podległością. To był diametralnie inny wybór niż ten, na który powołują się dzisiaj tzw. realiści, twierdzący, że zawsze trzeba iść z silniejszym, że należy pogodzić się z werdyktem historii (czyli mocarstw), bo przecież Polska jest za słaba, aby móc go podważyć. A oni, każdy z nich na swój sposób, z poświęceniem pracowali, by ów „werdykt” zmienić – na korzyść Polski: przez powstania wielkopolskie i śląskie, przez mobilizowanie robotników i chłopów do obrony ojczyzny w roku 1920, przez budowę polskiej armii, przez wysiłek dyplomatyczny.

Jako ostatni „znak niepodległości” wskazuje Pan powstanie ruchu Solidarność w 1980 r. Odzyskanie wolności w 1989 r. nie jest ważne dla naszej niepodległości?

Istnieje spór o to, kiedy odzyskaliśmy wolność po upadku komunizmu. Istota różnicy między II RP a III RP polega na tym, że ci, którzy dominowali politycznie w pierwszych latach po 1989 r., świadomie nie chcieli takiej wyraźnej, ostrej cezury. Podkreślali, że jest to ciągły proces, ewolucja, transformacja, a jeśli już – to może 4 czerwca i częściowo wolne wybory. Gdy społeczeństwo odrzuciło w tych wyborach listę krajową, na której znajdowali się kandydaci obozu władzy (Jaruzelskiego), liderzy komitetów obywatelskich stwierdzili, że trzeba uszanować nie głos społeczeństwa, lecz umowę zawartą z ekipą stanu wojennego i wybory w pewnym sensie częściowo unieważnić. Tak też zrobiono i musieliśmy wybierać raz jeszcze kandydatów Jaruzelskiego, choć przecież 4 czerwca ich odrzuciliśmy. Trudno było ten sygnał odebrać inaczej niż jako stwierdzenie, że społeczeństwo nie ma jeszcze prawa do niepodległości, bo ogranicza je umowa zawarta z właścicielami PRL. Efekt jest taki, że po 1989 r. nie można oddzielić podległości od niepodległości. W II RP jest wyraźna cezura, czyli 11 listopada i powierzenie funkcji naczelnika państwa Józefowi Piłsudskiemu. Niezależnie od tego, czy ktoś był zwolennikiem Piłsudskiego, czy nie, w owym momencie kończyła się władza zaborców nad Polską, spadały dwugłowe orły habsburskie w Galicji, kapitulowały garnizony niemieckie w Kongresówce. To był dla polskich patriotów czas euforii. Nie zakłóciło jej żadne oświadczenie, że jednak nie ma się z czego cieszyć, że powinniśmy najpierw zapytać o zgodę cesarza Wilhelma, urzędników z wiedeńskiego Burgu i nowych, bolszewickich gospodarzy Kremla – czy już wolno nam być wolnymi…

A według Pana co powinno być datą odzyskania niepodległości?

Nie mam żadnej wątpliwości, że symbolicznie najważniejszą datą w tym procesie jest 16 października 1978 r.: wyniesienie Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Jeśli spytamy o to ludzi mojego pokolenia i starszych, to założę się, że 99 procent dokładnie przypomni sobie ten moment i swoją reakcję. Wtedy zaczyna się odradzać wśród Polaków, na skalę masową, przekonanie, że stać nas na niepodległość, że Polska to nie jest coś marnego, tylko – jak przypomniał nam wówczas Jan Paweł II – coś najwspanialszego. Papież podkreślił wtedy, że nie tylko warto być Polakiem, ale że to jest ogromne zobowiązanie, którego nieodzowną częścią jest walka o niepodległość i o jej umacnianie. Dla mnie – i myślę, że dla milionów Polaków – momentem przełomowym dla odzyskania wolności był właśnie 16 października 1978 r. i to, co się w wyniku tej opatrznościowej decyzji dalej działo.•

Andrzej Nowak

historyk, publicysta, wykładowca. Obecnie wydaje cykl „Dzieje Polski”, obejmujący całą historię naszej ojczyzny. Ma 58 lat, żonę i dwoje dzieci.

« 1 »
oceń artykuł
  • Jacey
    03.04.2018 14:49
    To w końcu nie wiem. Prawo weta jest dobre, czy nie. W naszym sejmie przydałoby się?
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji