Nowy numer 24/2018 Archiwum

Cierpliwość do proroka

Prorok Benedykt dał Kościołowi proroka Franciszka. I jeden, i drugi spotykali się i spotykają z niezrozumieniem. Prorocy już tak mają – zrozumienie tego, co przekazują od Boga, przychodzi często dużo później. Właśnie mija pięć lat od rozpoczęcia pontyfikatu papieża Franciszka.

Nie byłoby Franciszka bez odwagi i pokory Benedykta XVI. Trudno na wstępie nie postawić obok siebie obu papieży, bo wraz z upływem lat pontyfikatu Franciszka widać, jak prorocka właśnie była decyzja papieża Ratzingera o ustąpieniu (choć wywołała niezrozumienie). Nie tylko nowa energia i nowy styl, ale też nowe kierunki, jakie wyznacza papież Bergoglio, pokazują, że jego wybór był znakiem czasu oraz wyzwaniem dla świata i Kościoła. Może nawet tym razem zwłaszcza dla Kościoła.

„Skłonności” prorockie

Benedykt XVI w „Ostatnich rozmowach” na pytanie Petera Seewalda, co dla Kościoła oznacza nowy papież, tak różny od poprzedników, przyznał: „To znaczy, że Kościół jest elastyczny, dynamiczny, otwarty i dochodzi w nim do nowych procesów; że nie zastygł w jakimś schemacie, lecz wciąż zdarza się w nim coś zaskakującego; że ma w sobie energię, która go ciągle odnawia. To wspaniałe i zachęcające, że właśnie w naszych czasach dzieją się rzeczy, których się nie spodziewano, pokazujące żywotność i nowe możliwości Kościoła”. Nie ma zatem racji, moim zdaniem, Russel Ronald Reno, redaktor naczelny amerykańskiego pisma „First Things”, który w wywiadzie dla „Znaku” powiedział m.in.: „Mający za sobą 2 tys. lat tradycji urząd papieski (…) nie powinien być wciąż wymyślany na nowo”. Gdyby trzymać się konsekwentnie tego założenia, należałoby skrytykować także Jana Pawła II, który zmienił oblicze papiestwa w sposób radykalny. A jeszcze wcześniej zarzucić Janowi XXIII i Pawłowi VI, że zrezygnowali z uświęconych przecież tradycją zwyczajów czy symboli władzy papieskiej. To samo dotyczy zaufania do tego, co robi obecny papież. To, co czasem przewija się w komentarzach wokół Franciszka, do pewnego stopnia przypomina odbiór, z jakim spotykał się w Kościele Jan XXIII: pewne niedowierzanie, że „ten prosty człowiek” ma coś do powiedzenia światu i Kościołowi. We wspomnieniach nieżyjącego już osobistego sekretarza Papieża Dobroci, ks. Lorisa Capovilli, znajdują się m.in. takie zdania: „Nawet sami mieszkańcy prowincji Bergamo, choć darzyli go sympatią i cenili, nie dostrzegali w nim znamion człowieka będącego w stanie sprostać wyzwaniom urzędu następcy św. Piotra, zapuścić się w głębiny ówczesnych dramatów, otworzyć nowe perspektywy dla ewangelizacji (…). Niektórzy wahają się przyznać, że widać było w nim prostotę, ale nie prostactwo, miłosierdzie, ale nie naiwność, wewnętrzną dyspozycyjność, ale nie łatwowierność, zawierzenie Opatrzności, ale nie fatalizm, nieustraszoną odwagę, ale nie zuchwałość, niezachwianą nadzieję, ale nie skłonność do złudzeń”. Jana XXIII nikt nie podejrzewał więc o „wielkość” czy „skłonności” prorockie, a podjął on prorocką decyzję o zwołaniu przełomowego soboru, choć dominowało przekonanie, że nie ma takiej potrzeby, a już na pewno nie pod „wywrotowym” (na tamten czas) hasłem aggiornamento (uwspółcześnienie).

Ezechiel zjada zwój

Z papieżem Franciszkiem jest inaczej, ale pod jednym względem podobnie: przyzwyczajeni do prorokowania i pouczania świata mamy problem, gdy nagle pojawia się prorok z wyzwaniem dla Kościoła i wezwaniem do jego nawrócenia. Prawda, że żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie, sprawdza się również na tej płaszczyźnie. Ale to tylko częściowe wytłumaczenie „problemu z prorokiem”. Bo wcale nie jest tak, że problem mają tylko ci, którzy nie rozumieją potrzeby własnego nawrócenia. Niekoniecznie rację ma ks. Tomáš Halík, który (również w „Znaku”) pisze: „tak jak Jezus szokował i gorszył faryzeuszy, podobnie dzisiejsi następcy apostoła Piotra szokują i wywołują oburzenie współczesnych faryzeuszy”. Reakcja na radykalizm Franciszka bywa nierzadko reakcją obronną przed naruszeniem status quo, kościelnego ciepełka, które może rozmijać się z Ewangelią. Bliższa jest mi jednak interpretacja „problemu z prorokiem”, którą zaproponował kiedyś ks. Wojciech Węgrzyniak. Znany biblista i rekolekcjonista zauważa, że „prorok to ktoś, kto przekazuje słowo od Boga i robi to często w sposób niekonwencjonalny. Jak Jeremiasz, który wkłada jarzmo na szyję albo głosi konieczność poddania się wrogom. Jak Ezechiel, który zjada zwój. Jak Amos, który mówi, że nie jest prorokiem. Czy jak Ozeasz, który poślubia prostytutkę. Najważniejsze jest to – pisze ks. Węgrzyniak – że proroka nie wolno odczytywać dosłownie. Zazwyczaj. Bo prorok to nie jest uczony w Prawie. Inaczej kompletnie miniemy się z przesłaniem od Boga”.

A zatem nie tylko jacyś faryzeusze („ci inni”), ale każdy z nas może mieć kłopot z odczytaniem gestów i słów papieża, jeśli nie przyjmie tej perspektywy: tak działa prorok, bywa, że szokuje i wzbudza zdumienie. „Wrogowie Jeremiasza mieli rację. Jednak tylko do czasu. Bo w zrozumieniu proroka konieczny jest czas. Kto chce zrozumieć za szybko, zrozumie zawsze źle. Problemem nie są prorocy, tylko nasza zdolność otwarcia na to, co jest kontrowersyjne. Dlatego, zamiast powtarzać: »Czemu papież tak mówi?«, lepiej zadać pytanie: »Co dobrego mogę wyciągnąć z tego, co on głosi«”, pisze ks. Węgrzyniak.

Imię Boga

Prorocki rys Franciszka przejawia się głównie w pięciu rzeczach: w podkreślaniu, że imieniem Boga jest Miłosierdzie (nie tylko przymiotem, ale właśnie imieniem), w przeniesieniu ubogich z peryferii do centrum życia Kościoła, w stosunku do uchodźców, w apelu do nawrócenia pastoralnego (które dotyczy nie tylko duchownych, ale wszystkich ochrzczonych) i wezwaniu do wyjścia nawróconego, ubogiego i misyjnego Kościoła na peryferie tego świata z Ewangelią.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji