Nowy numer 21/2018 Archiwum

Naród narodowi wilkiem?

Wielka Brytania nie ma przyjaciół, ma tylko interesy, mawiał Winston Churchill. Czy to uniwersalna zasada rządząca relacjami międzynarodowymi?

Strzeżcie się swoich pierw­szych odruchów – zazwyczaj są szlachetne – słynna maksyma Charles’a-Maurice’a Talley­randa uznawana jest przez zwolenników różnych odmian Realpolitik za podstawę racjonalnej i praktycznej dyplomacji, w której nie ma miejsca na sentymenty i sympatie. I można by pisać długie elaboraty, które potwierdzałyby nie tylko to, że tak wyglądają stosunki międzynarodowe, ale również to, że Realpolitik jako jedyna formuła tak naprawdę jest skuteczna. Z drugiej strony każdy pewnie buntuje się na tak cyniczne założenie. Czy naprawdę w relacjach międzypaństwowych nie ma miejsca na solidarność, współodpowiedzialność, a nawet przyjaźń, które decydują o tym, że z jakimś państwem i narodem jest nam bardziej po drodze i że w stosunku do niego jako partner jesteśmy w stanie podejmować takie decyzje, jakich nie podjęlibyśmy wobec państwa i narodu, z którym nie łączą nas specjalne więzi? Można chyba zaryzykować tezę, że obie rzeczywistości są do pogodzenia, ale najczęściej decydują jednak interesy partykularne poszczególnych krajów.

To banalne spostrzeżenie okazało się otrzeźwiające w ostatnich tygodniach, gdy spór izraelsko-polski o pamięć historyczną odbił się szerokim echem w świecie. Nagle niektórzy w Polsce ze zdziwieniem odkryli, że tzw. pewni sojusznicy potrafią postawić nas pod ścianą, za to z niespodziewaną odsieczą przychodzą kraje, których nie podejrzewalibyśmy o wyciągnięcie ręki w sytuacji kryzysowej. To otwiera szereg pytań dla strategów polityki międzynarodowej, z których główne brzmi: możliwa jest tzw. szeroka zdolność sojusznicza bez szwanku dla naszych interesów? Czy raczej jedno wyklucza drugie – i albo jesteśmy kochani przez wszystkich, albo pilnujemy swoich interesów?

Zimna woda

O godzinie 2 w nocy polskiego czasu, 1 lutego, rzeczniczka Departamentu Stanu USA Heather Nauert publikuje oświadczenie, które stawia na nogi polskich polityków: „Jesteśmy także zaniepokojeni skutkami, które procedowane prawo może mieć dla strategicznych interesów Polski i jej stosunków – również z USA i Izraelem (…). Zachęcamy Polskę do ponownej analizy tego prawa w świetle potencjalnych skutków dla zasady wolności słowa i naszej zdolności do pozostania realnymi partnerami zdolnymi do współpracy”. Można sobie tylko wyobrazić, jak głośno w tym czasie strzelają korki od szampana na Kremlu. W stosunkach polsko-amerykańskich od 1989 r. nie padały słowa, które w języku dyplomacji oznaczają nie tylko ostrzeżenia, ale groźbę radykalnego poluzowania stosunków dwustronnych, w tym gwarancji bezpieczeństwa. Oświadczenie sekretarza stanu Rexa Tillersona, wydane po ogłoszeniu przez prezydenta Dudę, że podpisze nowelizację ustawy o IPN, tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że w USA niezrozumienie polskiej racji w tym sporze jest dużo większe niż w Europie.

Pierwsze wiadro z zimną wodą wylano na nas jednak nieco wcześniej, czyli w momencie, gdy premier Izraela Benjamin Netanjahu dał do zrozumienia, że kwestię noweli ustawy o IPN stawia na ostrzu noża. Było to o tyle zaskakujące, że strona izraelska nie tylko była informowana o przebiegu prac nad ustawą, ale jej uwagi zostały uwzględnione w ostatecznym kształcie (chodzi o wykluczenie z penalizacji działań o charakterze naukowym i artystycznym). Zaskoczenie skalą ataku na Polskę było tym większe, że nie ma obecnie w UE innej stolicy niż Warszawa, która byłaby tak bardzo proizraelsko nastawiona i która broniłaby izraelskiej perspektywy w podejściu m.in. do konfliktów na Bliskim Wschodzie. Ta sytuacja pokazała dwie rzeczy, które nie muszą się wykluczać. Po pierwsze, w sporze o tak drażliwe i delikatne sprawy jak bolesna historia nie można liczyć na taryfę ulgową tylko dlatego, że kogoś postrzegamy jako sojusznika np. w globalnej polityce bezpieczeństwa. Po drugie, nadzieję na zakończenie sporu należy widzieć w tym, że w interesie Izraela leży utrzymywanie dobrych stosunków z Polską.

Niemcy za Polską

Tak jak zimnym prysznicem okazała się reakcja Izraela i USA, tak dużym pozytywnym zaskoczeniem było oświadczenie szefa niemieckiej dyplomacji. Sigmar Gabriel w momencie najwyższego poziomu histerii wokół Polski, oświadczył: „Bierzemy na siebie pełną odpowiedzialność za Holocaust”. I dodał: „Zorganizowane masowe morderstwo zostało popełnione przez nasz naród i nikogo innego. Pojedynczy kolaboranci nic tu nie zmieniają”. Można spekulować, czy oświadczenie Gabriela nie było też obliczone na wykorzystanie sytuacji, jaką stworzyło zdystansowanie się wobec Polski USA, które wraz z naszym krajem starają się storpedować rosyjsko-niemiecki projekt budowy gazociągu Nord Stream 2. Trudno powiedzieć, jak patrzą na to inni niemieccy politycy, ale akurat w przypadku Gabriela można założyć, że oświadczenie to nie wynikało z żadnego wyrachowania, tylko z autentycznego poczucia odpowiedzialności i solidarności z Polską. Ojciec Gabriela do końca życia pozostał wyznawcą nazizmu, co stanowi dla niego trudną do wyleczenia traumę. Możliwe więc, że oświadczenie wynika też z osobistych doświadczeń. Tyle tylko, że żaden szef dyplomacji nie pozwoliłby sobie na tak ważne oświadczenie, gdyby opierał się wyłącznie na własnych emocjach. Można zatem zakładać, że był to gest solidarności ze strony państwa, z którym łączy nas wiele interesów, ale dzielą również sprawy, co do których mamy fundamentalnie odmienne podejście (nie tylko Nord Stream 2, ale również koncepcja integracji europejskiej i polityka bezpieczeństwa).

Oświadczenie Sigmara Gabriela powinno dać do myślenia naszym strategom zajmującym się polityką międzynarodową: nie warto palić za sobą mostów ani wykopywać zbyt głębokich rowów nawet wobec kogoś, kto wydaje się odległy, jeśli chodzi o bieżące interesy. Bo właśnie on może okazać się sojusznikiem w sprawie, od której zależy również nasze bezpieczeństwo.

Who is who

Polskie elity, zwłaszcza te z prawej strony, nie potrafią też do końca poradzić sobie z umiejscowieniem na mapie sojuszniczej polityka, który dzisiaj w Europie wydaje się podręcznikowym przykładem, jak się uprawia Realpolitik, w której nie ma przyjaciół, a tylko interesy. Chodzi o Viktora Orbána, premiera Węgier. Od paru lat sprawnie balansuje on między UE a Rosją Władimira Putina, z którym robi świetne interesy. Polska prawica właśnie z tym miała największy problem: z jednej strony Orbán wydawał się naturalnym sojusznikiem w walce o mniej scentralizowaną, biurokratyczną i mniej ideologiczną Unię, z drugiej jednak w osłupienie wprawiało ostentacyjne witanie Putina na Węgrzech i podpisywanie kolejnych umów w momencie, gdy szalał kryzys wokół Ukrainy po aneksji przez Rosję Krymu, a na wschodzie toczyła się regularna wojna. Największe rozczarowanie zwolennicy PiS przeżyli jednak, gdy Orbán poparł Donalda Tuska na drugą kadencję w roli przewodniczącego Rady Europejskiej, pozostawiając polski rząd w całkowitej izolacji. Właściwie trudno zrozumieć to zdziwienie – sprawa nie była warta aż tak dużej mobilizacji polskiej dyplomacji, a Orbán nie miał interesu akurat w tym punkcie wchodzić w konflikt z Brukselą. Ma za to interes poprzeć nasz kraj w ważniejszym sporze. Gdy Komisja Europejska postanowiła uruchomić przeciwko Polsce art. 7 traktatu UE, Orbán zapowiedział, że Budapeszt na pewno stanie po stronie Warszawy, zapewniając, że żadne sankcje – które wymagają jednomyślności – nie wchodzą w grę. Orbán ma w tym interes, bo jeszcze niedawno Bruksela groziła Węgrom.

Ten pragmatyzm wcale nie musi wykluczać więzi, jakie tworzą się między poszczególnymi narodami także na szczeblu politycznym. Przecież politykę tworzą konkretni ludzie, którzy reprezentują pewien system i narodowe interesy, ale również potrafią ten system zaangażować w obronę narodów, z którymi łączą ich ludzkie sympatie. Polskie działania pod tym względem wydają się ciągle balansować między chłodną kalkulacją i wchodzeniem w sojusze obliczone na przyszłe korzyści (jak udział w amerykańskiej napaści na Irak – moralnie nie do obronienia) a autentycznym poczuciem solidarności z tymi, którzy znajdują się w sytuacji zagrożenia. Tutaj jednak polski romantyzm zderza się często z Realpolitik drugiego państwa, które niekoniecznie ma ochotę odwdzięczać się nam za gesty solidarności (przykład Ukrainy jest tutaj szczególnie otrzeźwiający). Państwu takiemu jak Polska, którego doświadczenia historyczne każą zabiegać o możliwie szerokie sojusze, jest wyjątkowo trudno balansować między przyjaźnią a dbaniem o własne interesy.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

  • prawda w oczy kole
    20.03.2018 09:59
    Z całym szacunkiem Szanowny Panie Redaktorze: wyjątkowo naiwne jest myślenie o stosunkach międzynarodowych w kategoriach uczuć, sympatii czy antypatii, wdzięczności, w kategoriach moralnego obowiązku, itd. Liczy się tylko i wyłącznie siła i interes, wszystko resztę to pusty frazes, maskujący odrobinę użycie siły...czas wreszcie skończyć z tanim sentymentalizmem w polskiej polityce międzynarodowej, zbyt wiele razy tragicznie się to skończyło w naszej historii - wyciągnijmy wreszcie wnioski z naszej historii, ile razy jeszcze popełnimy te same własne błędy. Polecam zacząć zmianę myślenia od Stanisława Cata-Mackiewicza, a skończyć na red. Stanisławie Michalkiewiczu.
    doceń 7
  • Maryja!
    20.03.2018 11:49
    Generalnie można przyjąć taką tezę na podstawie obserwacji, że podstawowe prawa człowieka są gwarantem przestrzegania konstytucji i realizacji dobra wspólnego narodu i społeczności międzynarodowej. Nieprzestrzeganie praw człowieka wiąże się natomiast z przedłożeniem racji stanu ponad los obywateli i w ten sposób okazuje się, że relacje technokratów są sztuczne, ponieważ uwzględniają tylko cele i interesy partii lub lidera, kreują ekskluzywizm i rozwarstwienia społeczne całkowicie pomijając dobro społeczeństwa. Platforma Towarzyska i KOD doskonale ten problem ilustrują. Przez całe lata społeczeństwo było oszukiwane i utrzymywanie tego podziuału świadczy o tym, że dalej chce być oszukiwane skoro chętnie ogląda wiadomości innych stacji niż TVP, a rząd z Kukizem nie osiągnęli jeszcze poziomu większości konstytucyjnej. Podziały partyjne są źródłem sporów w państwie i podziałów społecznych. Własność prywatna wykorzystywana wyłącznie dla własnych potrzeb i zysków może i powinna budzić zgorszenie. Od czasów przemysłowców okazuje się, że rozdział majątku wg standardów ekonomii komunii nie jest prosty. Papieże od 1740 r. przestrzegają przed nadmierną ufnością w osiągnięcia epoki industrializacji. Franciszek w Laudato si mówi o potrzebie nadania impulsu wspólnotowego rozwojowi technlogicznemu. Co do UK, Wielka Brytania bardzo chętnie powoływała się na pragmatyzm szczególnie do czasów dekolonizacji, ale to był czas rywalizacji o prymat i tzw. Pax Britannica w czasie dominacji morskiej floty brytyjskiej. Nie w każdym jednak przypadku metropolia wyzyskiwała kolonie, ale zawsze kolonie były gwarantem pozycji państwa w ładzie międzynarodowym. Doskonale ten dylemat przedstawia m. in. cykl siły Karola Dorana i historia oręża. Osoba prywatna ma teraz jeszcze trudniej niż w historii, ponieważ wojny i polityka przyjęły szczególnie w ustroju demokratycznym charakter masowy. To niestety w przypadku powszechnego obiegu informacji może wpływać na pojawianie się dezinformacji w postaci fake newsów i osłabianie suwerenności państwa.
    doceń 0
  • DR
    20.03.2018 11:54
    Podsumowując artykuł wychodzi na to, że nie ma czegoś takiego jak przyjaźń między narodami, a są tylko interesy (tak to widzę we wszystkich przykładach podanych w artykule). O przyjaźni tylko się mówi. Przyjaźń taka jest zresztą nierealna. Bo co to jest przyjaźń? Ja przyjaźń rozumiem tak jak głosi morał w zabawnym wierszyku Adama Mickiewicza pt. "Przyjaciele". A o takich przyjaciół jest bardzo trudno. Bywają tacy ale są to przyjaźnie między osobami a nie między narodami. Młodzież ma dużo przyjaciół (nieraz można liczyć w tysiącach przyjaciół na fejsbuku) ale co to za przyjaźń. Można pochwalić Polaków, że są najlepszymi przyjaciółmi w Europie, ale dostają za to cięgi. Jest takie powiedzenie, że jak ma się miękkie serce to trzeba mieć twardą d..ę. Ja bym raczej powiedział, że można się kolegować z jakimś narodem i to z takim, z który nam nie wybił milionów obywateli.
    doceń 0
  • Maryja!
    20.03.2018 20:09
    Narody należy traktować wg zasady suwerennej równości. W tym celu przygotowałem teoretyczny plan wizyt zagranicznych zgodny z ww. zasadą: 1. Watykan, 2. Narody Zjednoczone, 3. OPA, 4. Bruksela, 5. Unia Afrykańska, 6. ASEAN, 7. SzOW, 8. CPTPP i RCEP. Wizyty w poszczególnych państwach powinny być dobierane wg rangi państwa w relacjach międzynarodowych. USA i Chiny ze względu na potencjał można byłoby potraktować z pewnym przywilejem i wyróżnić. Generalnie jednak zasada suwerennej równości powinna być powszechnie obowiązującą dla dobra społeczności międzynarodowej.
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama