Nowy numer 21/2018 Archiwum

Pamięć i polityka

Skuteczną politykę historyczną robi się nie przez paragrafy, ale edukację, wydarzenia medialne oraz działania w sferze kultury masowej.

Możemy się tego uczyć od Czechów, którzy po 1989 r. przez wydarzenia artystyczne, promocję własnych bohaterów, a przede wszystkim świetną kinematografię skutecznie upowszechniają w świecie przekonanie, że dzielnie walczyli zarówno z nazizmem, jak i z komunizmem. Co ważne, potrafią to robić nie tylko sami, ale wspólnie z innymi. Przykładem może być powstały niedawno w międzynarodowej koprodukcji film „Kryptonim HHhH” o życiu Reinharda Heydricha. Zrealizowany w gwiazdorskiej obsadzie, utrwala wizerunek narodu czeskiego jako niezłomnych konspiratorów, zaangażowanych w walkę z niemiecką okupacją, co nie było przecież zjawiskiem masowym. Umiejętnie propagowany dorobek intelektualny prezydenta Václava Havla jest ważnym głosem w ogólnoświatowej debacie o sposobie uprawiania polityki, granicach między heroizmem a koniecznością kompromisu. Nasze spory o „Bolka”, choć ważne dla najnowszej historii Polski, nikogo na świecie nie interesują. Oscara dla Czechów zdobył film Jana Svěráka „Kola”, o cichym mieszczańskim oporze w czasach komunizmu i umiejętności wyciągnięcia ręki do innego po upadku systemu. Dla Polski Oscara zdobyła „Ida”, film wybitny, ale przedstawiający okupację bez Niemców, gdzie katami Żydów są Polacy, którzy na dodatek przejmują ich majątek.

Główne wyzwanie

Nie ulega wątpliwości, że historyczna narracja Zachodu o dwudziestym wieku zdominowana jest przez kwestię Zagłady, i musi to znaleźć odzwierciedlenie w polskiej polityce historycznej, jeśli ta polityka ma być skuteczna. To zagadnienie wielowątkowe, które należałoby opisywać zarówno z perspektywy tego, co wydarzyło się na ziemiach polskich okupowanych przez III Rzeszę, niemieckiego terroru, któremu podlegali wówczas wszyscy Polacy, jak również relacji polsko-żydowskich w tym czasie, nie pomijając także refleksji o przypadkach zachowań haniebnych. Częścią tego zagadnienia jest reagowanie na wszelkie przejawy wadliwych kodów pamięci, których przykładem jest sformułowanie „polskie obozy koncentracyjne”. Powinno to jednak zostać uzupełnione pozytywną opowieścią o relacjach polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej, m.in. przez prezentowanie takich postaci jak członkowie rodziny Ulmów czy Zofia Kossak Szczucka, pomysłodawczyni powołania „Żegoty”, instytucji nie mającej odpowiednika w historii światowej. Szansą na takie działania jest powstanie Instytutu Solidarności i Męstwa, który ma zajmować się m.in. upamiętnianiem ludzi, także cudzoziemców, pomagających Polakom oraz obywatelom polskim w czasie wojny i nagradzaniem ich medalem Virtus et Fraternitas (Cnota i Braterstwo).

Naziści mieli narodowość

Nie byłoby obecnej pozycji międzynarodowej Niemiec, gdyby kraj ten nie podjął wysiłku na rzecz rozliczenia się z przeszłością, choć wymagało to zmiany pokoleniowej. Trybunał Norymberski był przez Niemców traktowany jako rozprawa zwycięzców z pokonanymi, a nie efekt ich suwerennej decyzji. Nazistowskie elity aktywnie uczestniczyły w życiu politycznym, gospodarczym i kulturalnym RFN i w sposób nieco bardziej zakamuflowany także w NRD. Z tym problemem niemiecka polityka historyczna zmierzyła się dopiero po zjednoczeniu, kiedy większość zbrodniarzy z okresu wojny już nie żyła. Konsekwencją było postawienie w 2005 r. w centrum Berlina pomnika Pomordowanych Żydów Europy. Ważnym uzupełnieniem tego nurtu było stworzenie w miejscu, gdzie była główna kwatera gestapo, nowoczesnego muzeum Topografia Terroru, po raz pierwszy analizującego zjawisko przemocy aparatu państwowego III Rzeszy wobec własnych obywateli, ale także w okupowanych częściach Europy.

Tym działaniom w wymiarze międzynarodowym towarzyszyło jednak konsekwentne zacieranie narodowej tożsamości oprawców. Ze światowej narracji o zbrodniach II wojny światowej, zwłaszcza w kulturze masowej, zniknęli Niemcy, zastąpieni przez pozbawionych narodowej identyfikacji nazistów. Oczywiście nie wszyscy Niemcy byli nazistami. Ofiara i męczeństwo tysięcy Niemców przeciwstawiających się brunatnej dyktaturze, jak ewangelicki teolog Dietrich Bonhoeffer, czy jezuita o. Rupert Mayer, nie mogą być zapomniane. Stanowili oni jednak znikomą mniejszość. Co piąty dorosły Niemiec (10,7 mln) był członkiem NSDAP, do SS zgłosiło się 800 tys. ochotników. Co najmniej 5 proc. żołnierzy Wehr­machtu, a więc ponad 700 tys. osób, powinno stanąć po wojnie przed sądem za udział w zbrodniach wojennych. To masowe wsparcie dla Hitlera i jego partii niemiecka polityka historyczna umiejętnie jednak przesunęła na drugi plan. Należy o tym pamiętać, siadając do międzynarodowej rozmowy o wojennych rozliczeniach, i przypominać, że naziści mieli narodowość.

Z polskiego punktu widzenia głównym problemem jest powszechna niewiedza o losach Polaków pod niemiecką okupacją. Przeciętny Niemiec zna historię likwidacji getta w Warszawie, ale nie wie nic, albo prawie nic, o powstaniu warszawskim i zniszczeniu stolicy Polski. Nawet prezydent Roman Herzog, bardzo życzliwie nastawiony do Polaków, kiedy w 1994 r. przyjechał do Warszawy na 50. rocznicę obchodów wybuchu powstania warszawskiego, myślał, że jedzie upamiętnić bohaterów z getta. Dlatego tak ważny jest postulat zbudowania w centrum Berlina pomnika upamiętniającego polskie ofiary III Rzeszy oraz muzeum dokumentującego losy polskiej mniejszości w Niemczech. Wpisanie polskich strat wojennych w świadomość niemieckiej opinii publicznej wydaje się najpilniejszym zadaniem polskiej polityki historycznej w relacjach z Niemcami.

Nie tylko banderowcy

W 2014 r. w czasie rewolucji godności na Majdanie Polska była głównym adwokatem proeuropejskich ambicji Ukraińców. Dzisiaj parlamenty obu krajów okładają się rezolucjami dotyczącymi przeszłości, a ukraiński IPN zrywa dialog ze swym polskim odpowiednikiem i uniemożliwia przeprowadzenie ekshumacji na Wołyniu oraz w innych miejscach zbiorowych mordów na Polakach w czasie II wojny światowej. Władze obu krajów dość długo lekceważyły problematykę historyczną we wzajemnych relacjach, wychodząc z założenia, że bieżące relacje są ważniejsze aniżeli spory o historię. Premiera filmu Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń” stanowiła punkt zwrotny w tej debacie. Obrazy z filmu bardziej ukształtowały wyobraźnię masową Polaków aniżeli treści monografii naukowych, których wcześniej przecież nie brakowało. W tym czasie na Ukrainie formacje banderowskie otrzymały status kombatancki, a wielu ich dowódcom, którzy polegli z rąk Sowietów, postawiono pomniki. Niektórzy, jak Roman Szuchewycz, ostatni dowódca UPA, byli odpowiedzialni za zbrodnie na Polakach. Na to nałożyła się rosyjska machina propagandowa, aktywna także w Polsce, etykietująca jako banderowski nacjonalizm każdą próbę wybicia się Ukrainy na suwerenność. Efekt tej mieszanki był piorunujący. Konflikt historyczny sparaliżował dialog Warszawy z Kijowem, co przyjęto z zadowoleniem w Moskwie. Sensownego rozwiązania, jak rozmawiać o historii, szanując wrażliwość drugiego narodu, nie przedstawiła żadna ze stron. W sytuacji kiedy mamy u siebie milion Ukraińców, podjęcie racjonalnej polityki historycznej wobec Ukrainy wydaje się jednym z najważniejszych wyzwań stojących nie tylko przed polityką historyczną, ale przed całą polską polityką na kierunku wschodnim. Nie wystarczy jedynie penalizacja pochwały banderyzmu, co nie do końca fortunnie próbowano zrobić w nowelizacji ustawy o IPN. Potrzebna jest poważna rozmowa o roli OUN–UPA w całokształcie relacji polsko-ukraińskich, a zwłaszcza w kontekście zbrodni wołyńskiej i galicyjskiej, przy jednoczesnym dowartościowaniu Ukraińców, którzy ratowali Polaków podczas czystek etnicznych na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Mógłby tym się zająć m.in. wspomniany Instytut Solidarności i Męstwa.

Historia dla przyszłości

Dla skutecznej polityki historycznej ogromne znaczenie ma kształtowanie elit w krajach, do których chcemy adresować nasze przesłanie. To stały element polityki historycznej Niemiec, wspieranej przez aktywność różnych fundacji i ośrodków naukowych, skutecznie uczestniczących w europejskiej debacie historycznej. U nas dyskutuje się o tym od lat, ale bez skutku. Tymczasem programy stypendialne, proponowane na przykład młodym badaczom z Ukrainy, zachęcające ich do podjęcia tematyki dla nas interesującej, owocowałyby nie tylko pracami naukowymi, z których zawartością moglibyśmy oczywiście dyskutować, ale także całą sferą kontaktów międzyludzkich, ważnych w momentach kryzysowych.

W tej dziedzinie nie można ograniczać się jedynie do aktywności oficjalnych instytucji. Krótki film pt. „Niezwyciężeni”, wyprodukowany przez IPN, obejrzały miliony widzów w Polsce i na świecie. Zrobił dla budowania pozytywnych emocji wokół naszej najnowszej historii więcej dobrego aniżeli działalność wielu instytucji, sowicie zasilanych z budżetu państwa. Podobnych działań jest więcej, chodzi o to, aby zostały zauważone przez instytucje państwowe i otrzymały należyte wsparcie. Jedno jest pewne, jeśli my nie zajmiemy się propagowaniem naszej historii, jej wersję stworzą inni, z fatalnym dla nas skutkiem. •

« 1 »
oceń artykuł
  • pawell
    17.03.2018 10:46
    NIestety autor ma dużo racji. W dzisiejszym świecie "rację" ma ten kto ma największy wpływ na media i kulturę. Środowiska lewicowe już dawno to dostrzegły, dlatego tak bardzo widać liberalno-lewicowy przechył w światowych mediach i kulturze. Wiedzą to też doskonale Żydzi, wystarczy popatrzeć na Hollywood, kto otrzymuje Oskary itp. W dzisiejszym świecie nie wystarczy mieć rację- trzeba móc się z nią przebić do świadomości masowego odbiorcy.
  • E.
    17.03.2018 23:43
    Mnie w polityce historycznej zastanawia zawsze nacisk na wojskowość, wojnę, żołnierzy. Czy jedynym modelem polskiej pamięci historycznej ma być wojna? Czy jedynym wzorcem polskości i poświęcenia ma być żołnierz? Od kiedy pamiętam - zawsze do wyobraźni przemawiali mi artyści, naukowcy i duchowni. No ale może to dlatego, że choć fascynowały mnie szaleństwa romantyków, od strony życiowej widziałem się raczej w garniturze pozytywisty.
    doceń 1

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.