Nowy numer 30/2021 Archiwum

Renesans kolędowania

Kolędujmy. Grajmy i śpiewajmy. Dla siebie, naszych dzieci, bliskich. Dla tradycji. I dla małego Jezusa.

Lubią Państwo kolędy? Ja bardzo. Przepiękne słowa, przepiękna muzyka. Przesłanie, atmosfera. Perełki kultury, wiary, zamknięte w kilku prostych strofach i linii melodycznej. Niegdyś śpiewane nie tylko w kościołach, ale przede wszystkim w domach. Kolędowanie było zwyczajem rodzin i przyjaciół. Jakąś normą, która była wpisana w tradycję i rzeczywistość Bożego Narodzenia. Nikogo do śpiewania i grania namawiać nie trzeba było. Śpiewały dzieci, śpiewali rodzice. Śpiewały całe rodziny. A nawet w zakładach pracy, mimo często niesprzyjających okoliczności historycznych czy politycznych, na wigiliach „pracowniczych” wybrzmiewało staropolskie „Bóg się rodzi” czy „Wśród nocnej ciszy”. I chyba w latach dziewięćdziesiątych o kolędach jakby zaczęliśmy zapominać. Stały się jakieś takie wstydliwe, zapędzone wyłącznie do murów kościelnych, względnie niewychodzące z przestrzeni szkolnych jasełek. Na spotkaniach rodzinnych, świątecznych, wigiliach klasowych kolędy, owszem, były: rozbrzmiewały z magnetofonów i płyt. Grały sobie, jakoś tak smętnie i bez przekonania, jakieś toporne opracowania z podkładem keyboardowym. I nikt nie podśpiewywał, nie włączał się do tego kolędowania, bo jakoś trudno wtórować maszynie.

Szczęściem jednak, a może rozsądkiem, a może raczej... sercem, od kilku co najmniej lat obserwuję swoisty renesans kolędowania. Wspólne śpiewanie kolęd i pastorałek wraca do rodzin, przewija się w wykonaniach kilkuletnich gwiazdeczek i kilkudziesięcioletnich gwiazdorów zza wigilijnego stołu. Wraca też do szkół, w których organizowane są specjalne wieczory kolędowe dla uczniów, nauczycieli i rodziców. I również wśród przyjaciół organizowane są spotkania kolędowe, gdzie gitara, akordeon, pianino czy flet grają pierwsze skrzypce. A czterdziestolatkowie przypominają sobie repertuar kolędowy sprzed... trzydziestu lat. I biorą do ręki dawno temu zapomniany instrument. Okazuje się, że o wirtuozerce nie ma już mowy. Ale „Lulajże, Jezuniu” całkiem zbornie brzmi. I nawet jeśli prosty akompaniament nie wychodzi, można dośpiewać a cappella. Kolędujmy więc. Grajmy i śpiewajmy. Dla siebie, naszych dzieci, bliskich. Dla tradycji. I dla małego Jezusa, który również dzięki tym kolędom jest jakoś bliżej nas wszystkich. I jakoś cieplej się robi, lepiej i godniej. Kolęda łagodzi obyczaje, buduje wspólnotę i sprawia, że czas Bożego Narodzenia nabiera pełniejszego wymiaru wielogłosowego. A nawet gdy wielogłos wychodzi nieco fałszywie, i tak warto. Chóry anielskie, które z pewnością dołączają się do zespołu po tamtej, drugiej stronie, wyrównają przecież nasze śpiewacze ziemskie braki.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Agata Puścikowska

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 r. redaktor warszawskiej edycji „Gościa”, a od 2011 dziennikarz działu „Polska”. Autorka felietonowej rubryki „Z mojego okna”. A także kilku wydawnictw książkowych, m.in. „Wojenne siostry”, „Wielokuchnia”, „Siostra na krawędzi”, „I co my z tego mamy?”, „Życia-rysy. Reportaże o ludziach (nie)zwykłych”. Społecznie zajmuje się działalnością pro-life i działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych. Interesuje się muzyką Chopina, książkami i podróżami. Jej obszar specjalizacji to zagadnienia społeczne, problemy kobiet, problematyka rodzinna.

Kontakt:
agata.puscikowska@gosc.pl
Więcej artykułów Agaty Puścikowskiej

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także