Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Randka w ciemno

Janowi Kowalskiemu pustynia nie kojarzy się dobrze. I trzeba przyznać: ma nosa. Bo to miejsce posuchy, odosobnienia i walki. Tu nie da się niczego ukryć, a wszystkie maski opadają. Czy nie ma drogi na skróty?

Słowo „pustynia” wraca co roku, gdy za oknem robi się szaroburo, zimno, chodniki zamieniają się w marznące błoto, a ciemności rozświetlają roratnie lampiony. Co roku w Adwencie Kościół przypomina nam o miejscu czekania na Mesjasza. Nie jest to miejsce miłe i przyjemne. Tu krzyk jest krzykiem, płacz płaczem, ukrywany na co dzień za pobożnymi gestami bunt buntem. Maski topnieją jak wypalony ogniem śnieg.

Adwent przypomina o najważniejszej rzeczywistości: wiara jest pójściem za Bogiem w ciemno. Bez fajerwerków. Bez zabezpieczeń. Z GPS-em słowa Bożego, które jak na złość, zamiast wybrać najkrótszą drogę, nakazuje nam jazdę przez jałową, bezkresną pustynię.

Danie dnia: szarańcza w miodzie

Czytania pokazują nam Jana Chrzciciela, pustelnika zapowiadającego Mesjasza. Widzimy go jak na dłoni. Wiemy nawet, co jadł i jak się ubierał. Żywił się szarańczą i miodem. To czytelne biblijne symbole. – Szarańcza pożera wszystko, co stanie jej na drodze. Osiada jak czarna chmura i pozostawia pustkę. Kiedyś w Somalii zaobserwowano chmurę szarańczy, która pokrywała powierzchnię 130 km kw. Mogło być tam jej nawet 13 miliardów – wyjaśnia o. Augustyn Pelanowski. – Prorok Joel i Jan w Apokalipsie tak właśnie określają wyjątkowo żarłoczny rodzaj demonów, które otrzymały zdolność bolesnego kąsania. Jak radził sobie z szarańczą Jan Chrzciciel? Topił ją w słodkim jak miód słowie Bożym.

Nie ma co dyskutować z diabłem i przekonywać go, że nie ma racji. On nie chce wiedzieć, jak jest naprawdę. W czasie naszych wakacyjnych wspólnotowych rekolekcji Michał Nikodem, opowiadający o demonie kuszącym Jezusa na pustyni, rzucił: „Nie daj mu nawet otworzyć tej rogatej gęby. Od razu: wersetem go!”. Pustynia pokazuje, że jedynie Boże słowo ma moc, jest naszym fundamentem i punktem oparcia. Zresztą biblijna Oblubienica (czyli Kościół), wychodząc z niezbyt sielankowego doświadczenia pustyni, „idzie wsparta na swym Oblubieńcu” (Pnp 8,5). Nie biegnie o własnych siłach, ale jest podtrzymywana przez Boga. Tylko ziemia zeschła, spękana, wyprażona słońcem przyjmie z wdzięcznością każdą kroplę wody. Tylko ten, kto czuje się pusty, może wołać o napełnienie Duchem.

Nasiąkam jak gąbka

Pustynia jest rodzajem mistycznej randki. „Chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca” – zapowiada Bóg przez Ozeasza. – Często słyszymy, że Jezus rozpoczął publiczne nauczanie od 40 dni nieustannej walki z diabłem. Tymczasem Ewangelia mówi: „Po czterdziestu dniach, gdy Jezus poczuł głód, przystąpił do Niego diabeł” – opowiada Marcin Zieliński, niestrudzony ewangelizator. – Po czterdziestu dniach, czyli na sam koniec. Przez cały czas przebywający na pustyni Jezus spędzał czas z Ojcem. Nasiąkał Jego obecnością, słuchał tego, co ma Go spotkać w ciągu najbliższych trzech lat. Nic dziwnego, że wyszedł z pustyni „w mocy Ducha Świętego”. Moc wypływa zawsze z relacji z Bogiem. Absolutnie wszystko wypływa z modlitwy…

W rozleniwionym, rozpieszczonym pokoleniu trzymającym w dłoniach „wszystkomające” telefony słowo „pustynia” budzi opór. Czy jest ona karą? – Nie! W żadnym wypadku – odpowiada Marcin Gajda, diakon stały, autor książek o duchowym rozwoju. – „Pustynia” to słowo bliskie tym, którzy poważnie traktują duchowość. Jest miejscem cudownym, bo jesteśmy na niej doprowadzeni do stanu zero-jedynkowego, w którym może się urodzić w nas decyzja, zmiana.

– Tyle że w tym „zero-jedynkowym stanie” może się człowiekowi wyrwać parę warczących słów, których nie planował. Pełnych oskarżeń, buntu, narzekania, szemrania – przerywam terapeucie związanemu przez lata ze Wspólnotą Miłości Ukrzyżowanej. – To prawda. Gdyby jednak nasze duszpasterstwo było w pełni dojrzałe, wiedzielibyśmy, że tym, co jest najważniejsze na drodze duchowej, jest prawda i szczerość – opowiada Gajda. – Obraz uśmiechniętego, świętoszkowatego chrześcijanina jest tyle pociągający co nieprawdziwy.

Na skróty?

Przechodził ją Abraham, ruszający w ciemno do Ziemi Obiecanej. Zanim Mojżesz przez 40 lat wyprowadzał Izraela z Egiptu, Bóg jego samego przez 40 lat wyprowadzał z ziemi faraonów. Przez pustynię. To tu Mojżesz spotkał Boga w płonącym krzaku. Nie ma drogi na skróty? New Age proponuje kilka seansów jakiejś duchowej praktyki, które mają dać od razu efekt. A na pustyni człowiek czeka i czeka, i jedynym owocem, jaki często widzi, jest figa z makiem. – W chrześcijaństwie uważamy, że Bóg chce nam dać wszystko gratis, za darmo – wyjaśnia Marcin Gajda. – Pytamy: „Dlaczego nie może uczynić tego od razu?”. Jednym aktem woli mógłbym stać się człowiekiem miłującym, bogobojnym. Dlaczego tak się nie dzieje? Wydaje mi się, że odpowiedź tkwi w naszym ego. Gdyby Bóg dał nam łaskę, o którą Go prosimy, zanim nasze ego będzie skruszone, to jestem niemal pewien, że zawłaszczylibyśmy ten dar. Stalibyśmy się diaboliczni. Przybilibyśmy na szczycie flagę: „Tu byłem, zdobyłem. Marcin Gajda”. Dlatego tak ważny jest pustynny etap oczyszczenia, kruszenia naszego ego. Nie da się go obejść, iść na skróty. Pustynia nie jest miejscem przyjemnym, to prawda. Ale doskonale wiemy, że to, co nas popycha do rozwoju, do wzrostu, zazwyczaj nie jest przyjemne. Lądujemy na pustyni, by usłyszeć głos Boga. Ale pierwszym etapem jest usłyszenie siebie. Na drodze duchowej najpierw zaczynasz słyszeć siebie, swe myśli, zauważasz, co siedzi w twojej głowie. Jest to czasami przerażające, dlatego wielu ludzi opuszcza miejsca ciszy, milczenia. Zwiewa z takich rekolekcji i wybiera głośne propozycje z doładowaniem emocjonalnym. A to droga na skróty… Jeszcze gorzej, jeśli po drodze zjawiają się „życzliwi”, którzy będą mówili: „Powinieneś coś czuć, coś słyszeć. To twoja wina!”. Zapominamy, że Bóg nie przychodzi na drodze zmysłowej. Nasza duchowa opiekunka s. Miriam od Krzyża (żyje od lat w milczeniu w pustelni) już dawno temu uczyła nas, że najlepszym stanem duszy jest oschłość. Kto dziś w Kościele mówi takie rzeczy?

W sieci

„I rzekł do nich: »Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi«. A oni natychmiast zostawili internet i poszli za Nim” – można dziś sparafrazować biblijny cytat o pozostawieniu sieci. Dla współczesnego człowieka pustynią będzie odstawienie internetu czy wyłączenie telewizora. – Ludzie są dziś bombardowani pojęciami, reklamami, informacjami – opowiada bp Edward Dajczak. – Czytałem badania, z których wynika, że jedno sobotnio-niedzielne wydanie „New York Timesa” dostarcza więcej informacji niż otrzymywał przez całe życie człowiek żyjący w połowie XIX wieku.

Pustynia jest miejscem wyciszenia, czekania na odpowiedź z góry. Ojcowie pustyni doradzali, by w chwilach duchowych zawirowań nie opuszczać swej celi i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Identyczne intuicje miał św. Ignacy Loyola. „Czekajcie. Pozostańcie na miejscu, aż zostaniecie uzbrojeni mocą z wysoka”.

Co zrobił namaszczony na króla, wywyższony na oczach zdumionej rodziny Dawid? Gdy dowiedział się, że zostanie władcą Izraela… wrócił do pasania owiec. Czekał spokojnie na pustkowiu na dalszy ciąg. Nie zaczął, wypinając dumnie pierś, udowadniać wszystkim wokół, jak wysoko został wyniesiony. Wrócił na pustynię. To stamtąd przyszedł na pole walki, by stanąć oko w oko z gigantem. Z miejsca odosobnienia, w którym miał wiele ukrytych przed światłami reflektorów zwycięstw. Dlatego pokonał Goliata.

Albo-albo

– Jezus zaczął swą misję od pustyni. A skoro On sam tego potrzebował… Nie wydaje mi się, by kiedykolwiek miał słabą relację z Ojcem – śmieje się ks. prof. Andrzej Muszala, bioetyk i założyciel pustelni w Beskidzie Małym. – A jednak spędził 40 dni na odludziu. A jeśli On tak robił (wcześniej Mojżesz, Jan Chrzciciel), to jakim cudem wydaje się nam, że możemy się bez tego obejść? Dlaczego boimy się pustyni? Bo nie możemy uwierzyć, że przygoda duchowa jest o wiele ciekawsza niż ta zewnętrzna. Jeśli nie ma w nas życia wewnętrznego, to musi się dziać coś na zewnątrz. Nie jesteśmy wyczuleni na to, co niedotykalne, niewidzialne, więc lubimy statystyki. Tyle że życie duchowe nie jest czymś, czym można się wykazać…

– Pustynia nie jest dla wybranych – podsumowuje Marcin Gajda. – To naturalny etap drogi do Boga. Likwiduje skrajny dualizm, który dzieli nasz świat na Boży i ludzki, na sacrum i profanum, i pokazuje, że wszystko ma wymiar duchowy. Nawet materia zaczyna mówić w sposób duchowy – woda tryska ze skał. Istnieje piękna wschodnia tradycja opowiadająca o ikonie Przemienienia, która naucza, że to nie Jezus się przemienił, ale uczniowie wreszcie przez moment zaczęli widzieć Go w sposób właściwy.

Pustynia pokazuje, czy błogosławisz, czy bluźnisz. Czy jesteś zimny, czy gorący. Tu nie ma czasu na owijanie w bawełnę. Wydaje się nam, że pozbawieni zabezpieczeń jesteśmy wydani na pastwę losu. Nie widzimy znikąd oparcia. To czas na działanie samego Boga: na wodę, która wytryska ze skały, spadające z nieba przepiórki. Na wołanie Teresy z Ávila: „Solo Dios basta”. On sam wystarczy.

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji