Nowy numer 08/2020 Archiwum

Sen o podwodnej wsi

Stare Maniowy zniknęły pod wodą. A ludzie, tworząc nową historię, nie zapominają o starej…

Maria Krzysik ma 87 lat i pamięta Stare Maniowy tak dokładnie, jak pamięta się miejsce dobrej młodości. Dziś mieszka w nowym miejscu, z córką i wnukami. I choć szczęśliwa, bo otoczona rodziną, wspomina stare ulice, chałupy, kościół. Wszystko to, co pod wodą… – Przenieśliśmy się późno, dopiero w 1991 r., bo szkoda było ojcowiznę opuścić. Czekaliśmy tak długo, ile się dało. Potem wszystko zalali… Tam ciepło było, przytulnie, a tu huragan wyje. Jak jest halny, to dmie. Tam jak za piecem, bo w dolinie – opowiada z sentymentem. – Takie wygnanie tu jest. Ja wiem, że powódź groziła i że młodzi byli zadowoleni. Ale starych drzew się nie przesadza…

Pamiątki

Do pani Marii wpadają po szkole wnuczki. Babcia często opowiada im, jak to w Maniowach dawnych było. – Mama też opowiada. Że tam było pięknie, tyle kwiatów i same stare domy, drewniane – mówi Maja. – My też wiemy, gdzie leżała stara wioska. Tam, pod wodą, na dnie czorsztyńskiego zalewu – macha ręką w nieokreślonym kierunku.

Babcia słucha wnuczek, kiwa głową… – Nie było wygód, a nam było dobrze. Tu ziemia zła jak glina garncarska. Tam ziemia żyzna… I woda tam dobra, wprost ze studni. Najzdrowso. Choć życie było ciężkie: wszystko trzeba było uhodować, warzywa swoje mieć. Nasza chałupa malutka, bez wygód. A ja kilimy robiłam, jak tylko skończyłam 13 lat…

Pani Maria opowiada jeszcze o sąsiadach: tam z dziada pradziada siedzieli obok siebie, dom w dom. Znali się, kłócili, godzili. I pomagali sobie w potrzebie. Po przesiedleniu ludzie się pomieszali. Tak na siłę ich pomieszali, bo nikt nikogo nie pytał, koło kogo chce mieszkać. Inni sąsiedzi, inne rozmowy, inne życie. – Dlatego też starsi długo protestowali, pogodzić się nie mogli. Bo nas na starsze roki wygonili.

Na honorowym miejscu małego pokoiku pani Marii stoi figurka Matki Bożej, jeszcze ze starego domu. – Moja mamusia panną była, gdy z Częstochowy jej figurkę przywieźli. I tak ze mną jest do dziś. Ze starego domu przywiozłam też obraz – Jezusa z świętymi apostołami. Szafę, kufer… niewiele więcej.

I zdjęcia! Czarno-białe, ze starego domu i starego życia. – Ta Emilka śpi już dawno, a moja siostra Aniela, choć młodsza, też trzy lata śpi na cmentarzu – pani Maria pokazuje uśmiechnięte młode kobiety na pożółkłej fotografii. – A to moja mamusia. Ona bardzo dawno zmarła. W Starych Maniowach cmentarz miałam blisko. Teraz muszę do niej daleko chodzić, a nogi już bolą i ciężko…

Bo wraz z ludźmi i domostwami przeniesiono cmentarz, ekshumowano szczątki bliskich.

Rodzina społeczników

Katarzyna Dobrzyńska jest kierownikiem Domu Kultury w Maniowach i instruktorem zespołu regionalnego Mali Maniowianie. Tańczyła w zespole od dziecka. – My z rodzicami i bratem Markiem nie mieszkaliśmy w Starych Maniowach, ale chodziliśmy tam do szkoły. Mam w oczach całą wieś – opowiada, pokazując stalową taflę wody.

Pani Katarzyna wskazuje Zalew Czorsztyński. Tłumaczy, w którym miejscu leżały wszystkie części zalanych miejscowości: tam Czorsztyn, więc zamek nie wyłaniał się jak teraz, znad wody, tylko górował nad miejscowością. Tam Kluszkowce (parę domów zalano), a tam, hen, właśnie Maniowy. Największa zalana miejscowość. – Tu co kilka lat wodę spuszczają i badają, w jakim stanie jest zapora. Wtedy wspomina się dokładnie, co gdzie stało. Ja zawsze szukam miejsca, gdzie mieszkała nasza babcia…

Mama pani Katarzyny, Anna Wojtaszek, przeprowadziła się z Maniów jeszcze w 1976 r., więc przenosiny wsi nie dotyczyły jej bezpośrednio. Ale pamięta i lęk, i starania rodziców, by w nowym miejscu jakoś funkcjonować. – Moi rodzice chwilę wcześniej pobudowali w Starych Maniowach dom. Musieli wszystko zostawić, a odszkodowanie było niskie. 131 tys. zł dostali, choć działka i zabudowania były warte kilka razy więcej.

Gdy ludzie zaczęli już stawiać nowe domy – większość pod koniec lat 70. i na początku 80. – to dopiero zaczęła się robota. Budowali się przecież niemal wszyscy. Projekty były odgórnie narzucone. Jednakowe, niezbyt funkcjonalne, z dużą liczbą maleńkich pomieszczeń. Dlatego u każdego układ pomieszczeń był ten sam. Ludzie zaczęli się sprowadzać w połowie lat 80. Na początku wszystko było szare, bez roślinności. Jak pustynia. Nowe życie w Nowych Maniowach. W tych okolicznościach pierwszym wójtem, w roku 1990, został pan Stanisław, mąż Anny, tata Katarzyny. – Ojciec był wójtem przełomowym. Działał dla Maniów w czasie, gdy było najwięcej pracy. Dość długo wszystkie instytucje znajdowały się w Starym Czorsztynie. Dopiero w 1992 r. udało się zbudować u nas ośrodek zdrowia. Gdy ojciec z ludźmi pracował, mama – wójtowa – gotowała obiady dla robotników – mówi Marek Wojtaszek, syn Stanisława, brat Katarzyny. Sam jest organistą, strażakiem i fotografikiem. Hobbystycznie zajmuje się historią Maniów. Stworzył wirtualną starą wieś – stronę internetową prezentującą stare fotografie. Oboje z siostrą interesują się historią wsi, która sięga – bagatela – XIV w.

– Zaporę na Dunajcu budowali aż 22 lata. To chyba najdłużej budowana zapora nowożytnej Europy – z przekąsem mówi pan Stanisław. – Ludzie przez ten czas próbowali odnaleźć się w nowej rzeczywistości. I choć rozumieli: Zalew Czorsztyński miał chronić przed powodzią (w latach 30. zginęło wiele osób podczas wylania Dunajca, a podczas powodzi w 1997 r. rzeczywiście zatrzymał wodę), to cały proces i tryb przenosin odbywał się bez ładu i składu. Bez szacunku dla człowieka i zabytku. A i tak tylko góralskie, harde charaktery wygrały z pomysłami komunistycznych władz…

Władze wymyśliły bowiem taki plan: podzielą po pięciu rolników na tzw. gospodarstwa wzorowe, stworzą takie minikołchozy. I maniowianie mieli wspólnie gospodarzyć. Ludzie się zbuntowali, a władze musiały odpuścić.

Marek Wojtaszek dodaje, że ojciec miał wizję stworzenia tzw. żywego skansenu, by ocalić zabytki Starych Maniów. Ale zdążono przenieść tylko kilka starych budynków. Choć dobrze, że udało się przenieść i zachować w dobrym stanie kaplicę św. Sebastiana. Stoi na nowym cmentarzu.

We wsi wyją syreny. Pan Marek żegna się pospiesznie. On, strażak, jest już na posterunku.

Stare i nowe maniowianki

Duża, drewniana, stylizowana na góralską willa. Jadwiga Dębska wyjechała z Podhala jeszcze w latach 80. Wraz z całą rodziną. Rodzice, siostry, dzieci. Dziś wraca regularnie, a nawet zakłada duży biznes w Nowych Maniowach. Żeby – jak mówi – dać wytchnienie na stare lata emerytom Polonusom, którzy tęsknią za ojczyzną. A ukochanemu krajowi stworzyć miejsca pracy. Buduje dom spokojnej starości, głównie dla Polonii z USA. – Czy żałowałam, gdy wyprowadzaliśmy się ze Starych Maniów? A skąd! Cieszyłyśmy się z siostrami, bo w starym domku ciasno było i bez wygód. A my chciałyśmy swoich pokoi, łazienki – opowiada z uśmiechem. – Ale im człowiek starszy, tym bardziej wspomina. To miejsce dzieciństwa, młodości staje się bliższe, ważniejsze. Odkrywa się jego wartość. Bo te nasze Stare Maniowy były piękne. Gdy teraz śnię o Polsce, widzę w snach tylko te zalane przez wodę Stare Maniowy. Nowe Maniowy nigdy mi się nie śnią…

Jadwiga przynosi stare pledy. Pięknie zachowane, ręczna robota z delikatnej i cieniutkiej wełenki. – One mają pewnie z 80 lat. Są przeniesione właśnie ze starego domu, jeszcze mojej babci – Jadwiga gładzi ręcznie doczepiane frędzelki. – Mało się wtedy przenosiło. Nie było chyba świadomości, że to pamiątki.

Dlatego pani Katarzyna, wraz z gospodyniami z Maniów, działa w Kole Gospodyń Wiejskich. Między domem kultury, biblioteką a remizą znalazły niewielki kącik, w którym stworzyły izbę regionalną. Działa już sześć lat i jest taką ostoją tradycji, babskiej radości, dawnych obyczajów oraz dobrego jedzenia. – To tradycyjne moskole, czyli pieczone na blasze placki z gotowanych ziemniaków z dodatkiem tłuszczu – masła z czosnkiem lub smalcu. I do tego koniecznie swojski kiszony ogórek – zaprasza Czesława Królczyk, prezeska Koła Gospodyń Wiejskich. – Ale że my tutaj wchodzimy z tradycją w nowo- czesność, to proszę skosztować pasztetu warzywnego. Wegańskiego.

Panie prowadzą też zajęcia z dziećmi – choćby konkursy wiedzy o dawnych obyczajach i słownictwie. – I patrzcie, mało które dzieci znają wszystkie słowa. Trzeba ich uczyć i je przypominać! – dyskutują między ogórkiem a czymś słodszym, choć raczej wysokoprocentowym. – A wiecie, babki, że dzieci nie wiedziały ostatnio, co to jest „juzyna” i „przedłobiod”?

To jak im to wytłumaczyć, żeby zapamiętały? Przedłobiod to taki lunch. Juzyna – podwieczorek. A jedno i drugie można nosić w cebrzyku, a po nowemu – w lunch boxie…

Maniowy

Wieś w Polsce położona w województwie małopolskim, w powiecie nowotarskim, w gminie Czorsztyn. Nowe Maniowy to wieś przeniesiona w całości z dna budowanego Zalewu Czorsztyńskiego na południowe zbocza Gorców, zaplanowana i wybudowana całkowicie od nowa. Od roku 1993 stanowi siedzibę urzędu gminy. Po powstaniu zbiornika Stare Maniowy znalazły się zupełnie pod wodą. Historia tej wsi sięga 1326 roku.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

  • Anonim (konto usunięte)
    18.12.2017 21:50
    "Nowe Maniowy to wieś przeniesiona w całości z dna budowanego Zalewu Czorsztyńskiego na południowe zbocza Gorców, zaplanowana i wybudowana całkowicie od nowa."
    doceń 9
  • Anonim (konto usunięte)
    18.12.2017 21:50
    czy ktoś to czyta przed publikacją?
    doceń 9

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama