Nowy numer 30/2021 Archiwum

Życie należy do Boga

Odebranie sobie życia jest grzechem ciężkim. Nie każdy samobójca jest jednak skazany na wieczne potępienie.

Coraz więcej Polaków odbiera sobie życie. Według danych policji w 2016 r. zrobiło to aż 5400 osób. Mniej naszych rodaków ginie w wypadkach samochodowych, które od lat wydają się naszym największym zmartwieniem. Jeszcze bardziej zatrważające są dane obejmujące wszystkich, którzy podjęli próbę samobójczą. W zeszłym roku prawie 10 tys. naszych rodaków z różnych przyczyn targnęło się na swoje życie. – Głównym powodem jest przyspieszone tempo życia, rywalizacja, większe nastawienie na indywidualizm, a mniejsze na kooperację. W świecie, w którym wszyscy chcą być najlepsi, nie wszystkim to się udaje – tłumaczy GN dr Piotr Kiembłowski. Psycholog zauważa, że w ostatnich latach problem samobójstwa wśród dorosłych dotyczy głównie cierpiących na depresję mężczyzn, zmagających się z problemami finansowymi. Borykający się z trudnościami ludzie sukcesu nie potrafią rozmawiać z innymi o swoich emocjach. Rozżaleni szukają ratunku w samobójstwie. Ten problem nie omija także najmłodszych. Jak podaje „Rz”, do października br. na swoje życie targnęło się 440 nieletnich między 13. a 18. rokiem życia. Przyczyną były najczęściej niedojrzałość emocjonalna i presja ze strony rówieśników. – Osoby młode, w fazie dojrzewania, są bardzo kruche. Trudno im znieść porażkę czy zawód miłosny – zauważa dr Kiembłowski.

Regularny wzrost liczby osób usiłujących odebrać sobie życie świadczy nie tylko o pogarszającej się kondycji psychicznej społeczeństwa, ale także o mnożących się problemach duchowych. Antidotum może być tylko nauczanie Kościoła, które nie wybrzmiało wystarczająco głośno przy okazji dyskusji o, uzasadnianym sprzeciwem wobec władzy, samospaleniu pod PKiN w Warszawie. Bp Tadeusz Pieronek, komentując targnięcie się na swoje życie przez Piotra S., stwierdził: „Był bardzo świadomy tego, co czynił. Ja mówię desperacki, ale bohaterski czyn”. W podobnym tonie sprawę komentowali ks. Adam Boniecki oraz o. Grzegorz Kramer. Wypowiedzi niektórych duchownych wprowadziły tylko zamęt i mogły zostać odebrane jako usprawiedliwiające polityczne samobójstwo stanowisko Kościoła. Jak naprawdę podchodzi on do kwestii samobójstwa i tych, którzy popełnili ten czyn?

Wewnętrzne zło czynu

Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK) mówi jasno: „Bóg pozostaje najwyższym Panem życia. Jesteśmy obowiązani przyjąć je z wdzięcznością i chronić je ze względu na Jego cześć i dla zbawienia naszych dusz”. Odrzucenie największego daru, jaki człowiek otrzymał od Pana Boga, w sposób oczywisty jest złamaniem piątego przykazania Dekalogu. – Samobójstwo, podobnie jak umyślne zabójstwo w sensie materialnym, jest grzechem ciężkim, a jeżeli jest popełnione świadomie i dobrowolnie, jest grzechem śmiertelnym – mówi ks. Piotr Kieniewicz MIC. Czy to oznacza, że osoby, które odebrały sobie życie, nie mają szans na zbawienie? Teolog wyjaśnia, że jeżeli na podjęcie próby samobójczej mają wpływ uzależnienia, stan zdrowia lub nacisk społeczny, tzw. odpowiedzialność moralna za grzech może zostać zmniejszona, a niekiedy nawet zredukowana do zera. W KKK napisano: „Nie powinno się tracić nadziei dotyczącej wiecznego zbawienia osób, które odebrały sobie życie. Bóg, w sobie wiadomy sposób, może dać im możliwość zbawiennego żalu”. – To jednak tajemnica ludzkiego serca, znanego tak naprawdę tylko Bogu. Nie wiemy, jaki był stan duszy samobójcy przed śmiercią – mówi ks. Kieniewicz. Jednocześnie podkreśla, że żaden cel ani okoliczności nie zmieniają kwalifikacji czynu. To podejście jest obecne w tradycji Kościoła od bardzo dawna, przypomniał je w swojej encyklice „Veritatis splendor” św. Jan Paweł II. Ojciec Święty użył określenia „wewnętrzne zło czynu”, wyjaśniając, że czyn bez względu na intencje sam z siebie jest zawsze ciężkim nieporządkiem moralnym, a jeżeli jest popełniony w wolności, staje się grzechem śmiertelnym. Dotyczy to nie tylko samobójstwa, ale także innych grzechów, m.in. kradzieży i cudzołóstwa. Nawiązując do encykliki św. Jana Pawła II, ks. Kieniewicz zaznacza, że niezależnie od tego, jakie były powody samospalenia Piotra S. lub samobójstw innych osób, nie można nazywać takiego postępowania bohaterstwem. Co zrobić, żeby powstrzymać ludzi przed popełnianiem czynu, który sam z siebie jest zawsze wewnętrznie zły?

Leczenie duszy

– Myśli samobójcze biorą się z tego, że obok nie ma drugiego człowieka. Kiedy ktoś do mnie dzwoni i mówi, że chce odebrać sobie życie, jedynym rozwiązaniem jest jak najszybciej pojechać do tej osoby lub zaprosić ją do siebie – mówi GN o. Bartymeusz Trąbecki OFM. Kapłan, na co dzień pracujący w Niemczech, aktywnie działa w Pogotowiu Duchowym, stworzonym kilka lat temu przez br. Benedykta Pączkę. Franciszkanin dwa razy w tygodniu, od 6.00 do północy, odbiera telefony od wszystkich, którzy potrzebują duchowej pomocy. Ludzie dzwonią w różnych sprawach, nie brakuje także takich, którzy mają myśli samobójcze. Ojciec Trąbecki wspomina, jak kilka miesięcy temu zwrócił się do niego ok. 30-letni polski lekarz pracujący w Niemczech. – Powiedział mi, że chce sobie odebrać życie, był roztrzęsiony. Następnego dnia przyjechał do naszego klasztoru. Spędziliśmy razem wiele godzin, odbył spowiedź generalną. W jego życiu wszystko zaczęło się układać – opowiada franciszkanin.

– Kiedy w konfesjonale słyszę, że człowiek ma myśli samobójcze albo podjął próbę samobójczą, staram się być delikatny. Próbuję rozpoznać, jakie okoliczności temu towarzyszą – mówi ks. Kieniewicz. Kapłan podkreśla, że pragnienie zakończenia życia najczęściej jest związane z problemami w sferach duchowej i psychicznej. – Jeśli rozpoznaję działanie złego ducha, po udzieleniu rozgrzeszenia odmawiam modlitwę o uwolnienie, a w uzasadnionych przypadkach kieruję penitenta do egzorcysty. Jeśli jednak nie mam tu pewności, doświadczenie każe wysłać go do psychiatry. Staram się nie zastępować innych specjalistów, gdy coś jest poza moimi kompetencjami – dodaje teolog. Kapłani, z którymi rozmawiamy, powtarzają, że w zapobieganiu samobójstwom najważniejsza jest szybka reakcja rodziny, która jako pierwsza ma szansę zauważyć niepokojące sygnały i przekonać bliskiego, żeby pozwolił sobie pomóc.

Godny pogrzeb

Przed Soborem Watykańskim II Kościół traktował samobójców dość surowo. Zazwyczaj odmawiano pochówku na poświęconej ziemi, grzebano ich poza murami cmentarza. Nie było także mowy o Mszy św. poprzedzającej ceremonię pogrzebową. – Nie była to jednak „kara” dla samobójcy, ale forma potępienia tego tragicznego czynu „dla żywych” – tłumaczy o. Józef Augustyn SJ. W czasach posoborowych Kościół zmienił podejście do tej sprawy. Przyczynił się do tego rozwój psychologii i psychiatrii, który rzucił wiele światła na kwestie związane z samobójstwem. Zaczęto dostrzegać, że faktyczna odpowiedzialność moralna za pozbawienie siebie życia może być mniejsza, niż by to wynikało ze zła materialnego czynu, czyli ciężaru grzechu. W praktyce oznacza to, że Kościół nadal uważa samobójstwo za zło, ale wychodzi z założenia, że wina samobójcy np. z powodu choroby może zostać zmniejszona. W związku z tym, że stan duszy człowieka przed śmiercią zna tylko Bóg, Kościół uznał, że nie ma prawa osądzać samobójców i pozbawiać ich katolickiego pogrzebu. Od tego momentu odbywają się normalne ceremonie, zazwyczaj z ciepłym, współczującym słowem skierowanym do rodziny. 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama