Nowy numer 37/2021 Archiwum

Pacierz tylko po polsku

Kiedy Irena Sluszczyńska, jej mąż i syn w 2014 r. wyjeżdżali do Kalwarii Zebrzydowskiej, nie wiedzieli, że już nie wrócą do Doniecka. Dziś wspólnie z czterema innymi rodzinami z Ukrainy remontują dawne przedszkole. To ma być ich nowy dom.

Budynek w Krzywaczce, niewielkiej wsi w Małopolsce, stał nieużywany i niszczał przez pięć lat. Teraz ma nowe okna i nowy układ wnętrza – został podzielony na pięć oddzielnych mieszkań. Po remoncie mają w nich zamieszkać Polacy, którzy wyjechali z ogarniętego wojną Donbasu. Wiele rzeczy już udało się zrobić. Jest nowa instalacja elektryczna, część ścianek działowych. Do zrobienia pozostało jednak wiele – instalacja wodno-kanalizacyjna, wentylacja, centralne ogrzewanie, podłogi, wyposażenie mieszkań. Budynek trzeba także ocieplić. Część prac finansują (i wykonują) sami przyszli mieszkańcy. Mają wsparcie lokalnej społeczności. – To bardzo ważne. Co z tego, że mielibyśmy dach nad głową, gdyby sąsiedzi nas nienawidzili? – mówi Wiktoria Charczenko, prezes fundacji Pomoc Polakom Donbasu (polacydonbasu.org.pl). Organizacja ta powstała, by łatwiej było zbierać pieniądze na remont i adaptację sporego budynku – według szacunków potrzeba ok. 300–400 tys. zł. Do tej pory wydano 70 tys. zł i prace wyhamowały. Żeby zbierać fundusze na remont domu w Krzywaczce, Polacy z Ukrainy reaktywowali nawet zespół, założony w latach 90. przy katolickiej parafii w Ługańsku.

Ostatnia pielgrzymka

Jedną z osób, które mają zamieszkać w Krzywaczce, jest Irena Sluszczyńska. Z wykształcenia jest dyrygentką, jej mąż – również po akademii muzycznej – gra na klarnecie. W lipcu 2014 r. wraz z ponad 30 innymi osobami przyjechali właśnie do Kalwarii Zebrzydowskiej na rodzinną pielgrzymkę. – Okazało się, że to była nasza ostatnia pielgrzymka. Nie wróciliśmy już do Doniecka – wspomina Irena. Kiedy wyjeżdżali, czuć było napięcie. 10 dni później dostali wiadomość, że lepiej tam nie wracać. Irena, wraz z mężem i 10-letnim wtedy synem, została w Polsce. – Wydaje się, jakby Matka Boża Kalwaryjska nas zawołała i już od siebie nie wypuściła, nie chciała, żebyśmy tam wrócili. Gdybyśmy tam pojechali, to już mogłoby nas nie być – mówi dziś Irena Sluszczyńska.

Przez jakiś czas mieszkali w ośrodku Caritas w Zakrzowie, potem przenieśli się do wynajętego mieszkania w Krakowie. Jej mąż pracował najpierw na budowie, teraz jest kierowcą. Razem byli jednak zapraszani do udziału w koncertach w jednym z krakowskich domów kultury. Tak Irena poznała Katarzynę Gać i trafiła do Ogniska Muzycznego „Szlif”, gdzie do dziś jest akompaniatorką i instruktorką śpiewu. Obecnie pracuje w kilku miejscach i cieszy się, że chociaż jej udaje się robić coś związanego z muzycznym wykształceniem. „Na co dzień chodzące dobro, anielska cierpliwość i skromność, na sali tytan pracy, który oddaje swoim podopiecznym całe serce. Nowatorskie metody nauczania, upór i kreatywność sprawiają, że osiąga nieosiągalne” – tak na swoim facebookowym profilu charakteryzują Irenę Sluszczyńską członkowie „Szlifu”. Ona sama nie ma wątpliwości. – To dzięki Bogu wszystko się tak składa – mówi, by za chwilę wrócić na próbę grupy ludowej „Z przytupem”, ćwiczącej właśnie przed zbliżającymi się dożynkami.

Wszyscy za

Zresztą to właśnie od muzyki zaczęła się historia ich – mają nadzieję – przyszłego domu w Krzywaczce. W krakowskim chórze „Organum” Irena poznała Jagodę, przyjaciółkę Jerzego Kozka – mieszkańca Krzywaczki. To on wpadł na pomysł, jak pomóc polskim rodzinom z Ukrainy. Potem było zebranie wiejskie, na które przyjechał były konsul generalny RP w Doniecku Jakub Wołąsiewicz. – Jak on przedstawił nam sytuację w Donbasie, to nikt nie miał wątpliwości – mówi proboszcz parafii w Krzywaczce ks. Zbigniew Drobny. Decyzję podjęto jednogłośnie. – Wszystkim oczy zamokły – wspomina sołtys Janusz Starzec. – Ludzie potraktowali to tak: to są uchodźcy, musieli uciekać, tam trwa wojna. A niektórzy stąd wojnę przeżyli... Chcieli pomóc. Ja nie słyszałam żadnego głosu sprzeciwu – zapewnia Helena Piątek z lokalnego stowarzyszenia gospodyń, a Maria Stankiewicz natychmiast dodaje: – My tu na nich czekamy.

W 2015 roku ponad 70 osób zagłosowało, by stojące naprzeciwko kościoła dawne przedszkole przekazać fundacji Pomoc Polakom Donbasu. – Ten budynek leżał mi na sercu, odkąd został pusty. Nie był mój, nie miałem pieniędzy, by go kupić, ale myślałem, jak go zagospodarować – przyznaje proboszcz. Kolejnym krokiem była zgoda rady gminy. To trwało dość długo – ostatecznie w styczniu tego roku budynek stał się własnością fundacji za 1 proc. wartości, czyli nieco ponad 3 tys. zł. – Do tej pory duży był też wkład samych mieszkańców – podkreśla Jerzy Kozek. Na przykład Igor Buczek, kiedyś zastępca głównego architekta Doniecka, narysował nowy podział budynku, przygotował dokumentację. Pracował też przy stawianiu nowych ścianek działowych. Wszystkie prace przyszli mieszkańcy muszą łączyć z codzienną pracą zarobkową – mają na utrzymaniu rodziny, wynajmują mieszkania. – Dla tych ludzi nie ma już perspektywy powrotu. Jedyne wyjście to zostawić wszystko i tu zacząć od nowa – mówi Wiktoria Charczenko.

W prawnej pułapce

Największym kłopotem dla remontujących dom w Krzywaczce jest brak wsparcia ze strony państwa. Przyjechali do Polski na własną rękę, nie w ramach ewakuacji. Nie są ani repatriantami, ani uchodźcami – bo oficjalnie wojny na Ukrainie nie ma. Na wsparcie dla osób z Kartą Polaka się nie załapali, a dziś trzy z pięciu rodzin mających zamieszkać w Krzywaczce mają już polskie obywatelstwo. – Nie przysługuje nam żadna pomoc. Wszędzie pułapka – mówi Wiktoria Charczenko. – Urzędnicy pytają: „Jeśli pani jest Polką, to dlaczego pani wcześniej nie przyjechała?”. A dlatego, że budowałam polskość tam, w Donbasie – opowiada.

Problemy zdarzają się też np. w bankach. – Kiedy jedna z rodzin chciała wziąć kredyt, usłyszała: „A co wy, z chmurki spadliście? Macie 50 lat i żadnej historii kredytowej? Skąd się wzięliście?” – dodaje. – Choć mamy polskie obywatelstwo, na stałe jesteśmy zameldowani w Doniecku. Tak jakbyśmy tu byli bezdomni. Chcemy zadbać o to, żebyśmy za 15 czy 20 lat faktycznie nie stali się bezdomnymi – zaznacza Wiktoria.

Dodaje, że najwięcej wsparcia otrzymali od zwykłych ludzi. – Jesteśmy w dobrej sytuacji, bo po pierwsze jesteśmy Polakami, a po drugie katolikami. Nic nas nie dzieli. Problem mógłby być, gdybyśmy pojechali do Niemiec, Francji, bo to nie jest nasz kraj. A to jest nasza ojczyzna – mówi Wiktoria Charczenko. – Jeszcze możemy coś od siebie dać, a potem nie będziemy dla nikogo obciążeniem – podkreśla.

Polacy dzięki wierze

Wiktoria nie kryje, że z nowymi sąsiadami chcą się podzielić nie tylko swoimi talentami – mają zawody, wyższe wykształcenie i nie zamierzają żyć z zasiłków. Szefowa fundacji przekonuje, że przywożą też swoją mocną wiarę – taką, która pozwalała im przychodzić do kościoła, modlić się nawet w czasie wojny, choć księdza nie widzieli czasem przez pół roku. – To dzięki tej modlitwie kościół w Doniecku, choć duży i położony obok lotniska, nie został zniszczony – nie ma wątpliwości. – Może to wszystko jest potrzebne, żeby przenieść tutaj tę wiarę, która pomogła Polakom na Ukrainie pozostać Polakami. Są tacy, którzy już prawie nic nie potrafią powiedzieć po polsku, ale modlą się tylko tak. Pacierz po polsku to święta rzecz – przekonuje.

Kiedy będzie możliwa przeprowadzka? Adaptacja byłego przedszkola może zakończyć się w przyszłym roku. Pod warunkiem, że uda się znaleźć pieniądze. – Jak już budynek będzie gotowy, to na pewno ich dobrze przyjmiemy i przywitamy – zapewnia Janusz Starzec. Wtóruje mu Helena Piątek. – Ja myślę, że wieś na tym skorzysta. Wniosą coś swojego, trochę innej kultury. To według mnie będzie ciekawe spotkanie. My dostaniemy coś od nich, a oni od nas – mówi. – To na pewno będzie jakaś szansa dla parafii, ale nie patrzę tak na to – podkreśla ks. Zbigniew Drobny. – Ja się cieszę, że udało się pomóc.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama