GN 3/2021 Archiwum

500 plus koniunktura

Niski deficyt, wyższe wpływy z podatków, rekordowo małe bezrobocie, ale i wpadki, jak ta z podatkiem handlowym. Bilans gospodarczych rządów Prawa i Sprawiedliwości wypada dobrze.

Dobra sytuacja ekonomiczna to w dużej mierze efekt ogólnej koniunktury, ale tragiczne wizje budżetu bankrutującego z powodu programu Rodzina 500+ okazały się kompletnie nieprawdziwe. Wsparcie rodzin jest największym sukcesem rządu. Zamieszanie z podatkami – największym błędem. Plan ministra rozwoju i finansów Mateusza Morawieckiego to z kolei największa niewiadoma.

Pracy huk

Bezrobocie jest w Polsce rekordowo niskie. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w lutym wyniosło ono 8,5 proc. Jeśli liczyć je metodą Eurostatu, czyli za pomocą ankiet, byłoby o 3 punkty niższe. Tak dobrze nie było od ćwierćwiecza. Spadkowi bezrobocia sprzyjają zjawiska, które same w sobie nie cieszą. Po pierwsze, nie zmniejsza się szacowana na 1,5 mln osób grupa Polaków, którzy wyjechali za pracą za granicę. – Nie wiem, czy mieliby pracę, gdyby nagle wrócili. Bezrobocie byłoby wyraźnie wyższe – uważa dr Piotr Koryś, ekonomista z Instytutu Sobieskiego i WiseEuropa.

Po drugie, rąk do pracy jest mniej, bo społeczeństwo się starzeje. Piotr Koryś zwraca uwagę, że po wielkim wyżu z lat 80. liczba urodzeń nie osiągnęła już później tego poziomu. – Gdyby społeczeństwo było młodsze, czyli np. takie jak w 2000 r., bezrobocie byłoby wyższe – stwierdza ekspert.

Jednak spadek bezrobocia to nie tylko efekt negatywnych trendów, ale i dobrej koniunktury gospodarczej. Według podanych właśnie przez GUS informacji w marcu br. tzw. produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 2,1 proc. w porównaniu z lutym i o 8,1 proc. w porównaniu z marcem 2016 r. Poprawę odnotowano w sprzedaży detalicznej, produkcji maszyn czy budownictwie. Niskie bezrobocie sprawia, że pracodawcy oferują pracownikom wyższe stawki. Narodowy Bank Polski wyliczył, że w 2016 r. płace wzrosły średnio o 4 proc.

Minideficyt

Wzrost płac wymusza także sztandarowy ekonomiczny plan rządu, czyli program 500+. W jego ramach do końca 2016 r. rodzinom wypłacono łącznie 17,6 mld zł. W grudniu z programu korzystało 3,8 mln dzieci, czyli 55 proc. nieletnich Polaków. Według Ministerstwa Rodziny, Pracy i Opieki Społecznej liczba dzieci żyjących w ubóstwie spadła z 718 tys. do 188 tys. Odsetek nieletnich dotkniętych problemem skrajnej biedy (poniżej 450 zł miesięcznie na osobę) spadł poniżej 2 proc. Pozytywne skutki programu na tym się nie kończą. – Polska gospodarka opiera się w dużej mierze na popycie wewnętrznym. 500+ mocno ten popyt napędziło – ocenia Cezary Kaźmierczak, szef Związku Pracodawców Prywatnych.

Jak dodaje dr Marcin Kędzierski z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, część wydatków na 500+ wróciła do budżetu jako VAT. Krytycy programu straszyli, że budżet go nie wytrzyma. Nie potwierdziło się to. Jak podało Ministerstwo Finansów, deficyt całego sektora rządowego i samorządowego wyniósł w 2016 r. 2,8–2,9 proc. PKB. To wynik lepszy niż ten, którego wymaga Unia Europejska (3 proc.). Paradoksalnie, na obniżenie deficytu wpływ ma zmniejszenie inwestycji współfinansowanych z funduszy unijnych. Samorządy często pożyczają pieniądze, które przeznacza się na wkład własny w takie przedsięwzięcia. W 2016 r. inwestycji było dość mało, więc samorządy mniej się zadłużały. Niski deficyt to także efekt wyższego, niż zakładano, wzrostu PKB i większych wpływów z podatku VAT. Ponadto budżet zasiliło 9 mld zł z zeszłorocznej aukcji częstotliwości LTE, przy czym w wyliczeniach ministerstwa zysk jest rozłożony na kilka lat. Gdyby doliczyć go w całości do dochodów państwa z 2016 r., deficyt byłby niższy niż 2,8 proc.

Niepewne jak podatki

– W polityce fiskalnej było sporo chaosu, jeśli chodzi o jednolity podatek, zwiększenie progresji i kwotę wolną, której miało nie być, a potem w ciągu tygodnia ją wprowadzono – wylicza Marcin Kędzierski.

Plany wprowadzenia jednolitego podatku przedstawiono w kwietniu 2016 r. Zamiast płacić osobno PIT oraz składki na NFZ i ZUS, obywatele mieli przekazywać państwu jedną daninę, która byłaby później w jakiś sposób rozdzielana. Przy okazji miała zostać zwiększona progresja podatkowa, tzn. stawek podatku miało być więcej niż teraz. Ostatecznie w grudniu minister Morawiecki ogłosił, że jednolitej daniny nie będzie. Jak tłumaczył, analizy wykazały, że szkodziłaby ona przedsiębiorcom. Nieco wcześniej zapowiedział podwyższenie kwoty wolnej od podatku.

W kampanii wyborczej PiS wspominał o podniesieniu jej do 8 tys. zł (wcześniej wynosiła ona 3091 zł), ale krótko po wyborach Ministerstwo Finansów ogłosiło, że budżetu państwa na to nie stać. Za to w listopadzie 2016 r. Mateusz Morawiecki zapowiedział, że dla najmniej zarabiających kwota zostanie jednak podwyższona – do 6,6 tys. zł.

Flagowymi pomysłami PiS było nałożenie podatków na banki i supermarkety. To drugie okazało się fiaskiem. Opracowany przede wszystkim przez Henryka Kowalczyka, szefa komitetu stałego Rady Ministrów, a później p.o. ministra skarbu, podatek zakwestionowała Komisja Europejska. Stawka daniny zależała od wysokości obrotów danego sklepu, a to według KE faworyzowało mniejsze punkty handlowe, więc było nieuprawnioną pomocą publiczną. Rząd miał przedstawić nową wersję podatku, ale sprawa ugrzęzła.

Z kolei podatek od „niektórych instytucji finansowych” wszedł w życie w lutym 2016 r. Rząd zapowiadał, że przyniesie on Skarbowi Państwa 5,5 mld zł wpływów. Banki i ubezpieczyciele, których dotknęła nowa danina, zapłacili jednak nieco ponad 3 mld zł. – Podatek udało się obejść przez kupowanie w ostatnim dniu rozliczeniowym obligacji Skarbu Państwa. Dzięki tej sztuczce bankom udawało się zmniejszyć podstawę podlegającą opodatkowaniu – tłumaczy Marcin Kędzierski. W ciągu 10 miesięcy instytucje finansowe wydały na obligacje ponad 60 mld zł, czyli 3 razy więcej niż rok wcześniej. Choć wpływy z podatku byłyby dla Skarbu Państwa korzystniejsze (pieniądze uzyskane ze sprzedaży obligacji trzeba będzie w przyszłości oddać), to i tak odnotował on spory zysk.

Plan w sferze planów

Wielką niewiadomą pozostaje plan Morawieckiego, czyli strategia współpracy administracji z prywatnymi firmami. Według niej państwo ma wspierać branże i firmy, które mogą odnieść sukces i pociągnąć za sobą innych. – Strategia proponuje sporo reform instytucjonalnych, które mogą przynieść pożytek przedsiębiorcom, ale zakłada ona, że w Polsce sprawdzi się model południowokoreański. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że się nie sprawdzi. W Polsce wyraźnie niższa jest jakość instytucji i zaufanie do nich – uważa Piotr Koryś. Dr Marcin Kędzierski chwali założenia planu, ale ma wątpliwości, czy minister rozwoju i finansów ma dość kompetencji, żeby wcielić go w życie. – Mateusz Morawiecki nie ma wystarczającego wpływu na działania innych ministerstw. Przykładowo, ważnym elementem programu miały być technologie podwójnego, czyli cywilnego i wojskowego zastosowania, o które musiał toczyć spór z Ministerstwem Obrony Narodowej – mówi dr Kędzierski.

Ciągle nie wiadomo, czy plan Mateusza Morawieckiego stanie się faktem. Zdaniem Cezarego Kaźmierczaka to dobrze, że rząd próbuje opracować duży plan gospodarczy. – Wcześniej obowiązywało podejście, według którego najlepszą strategią jest brak strategii. Inne kraje skwapliwie to wykorzystywały, bo konkurencja gospodarcza między państwami jest zacięta – mówi szef Związku Pracodawców Prywatnych. I dodaje, że najbardziej potrzebną zmianą byłoby odbiurokratyzowanie gospodarki. – Martwi mnie brak jakościowej zmiany w tej sprawie. Bez tego mamy nogi spętane pętami z papieru kancelaryjnego. 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama