Nowy numer 2/2021 Archiwum

Świat musi sobie pośpiewać

O błaganiu, miłości na ulicy i kładce dla Boga opowiada Krzysztof Kuczkowski.

Barbara Gruszka-Zych: Czy mężczyzna może żyć bez kobiety?

Krzysztof Kuczkowski: A kobieta bez mężczyzny? Wiem tyle, że po 35 latach małżeństwa z Ewą nie chciałbym żyć bez niej, bo ona jest częścią mojego życia. A ja jestem częścią jej życia, więc jedno bez drugiego byłoby tylko częściowe, niepełne.

Jak poznałeś żonę?

Poznaliśmy się na studiach filologicznych w Poznaniu; ten sam wydział, różne kierunki. Od pierwszych chwil przyciągaliśmy się i odpychaliśmy. Dwie osoby zakręcone na punkcie własnej niezależności. Każdy spacer kończył się sprzeczką. Wychodziliśmy z akademików razem, wracaliśmy osobno. Ewa oczekiwała ode mnie uwagi, życiowej mądrości. A ja nie byłem dość dojrzały, żeby te jej pragnienia dostrzec.

Byłeś młodym gniewnym?

Chociaż pochodzę z rodziny religijnej, dla której wartości chrześcijańskie były ważne, to jednak nie uchroniło mnie to przed głupstwami okresu dojrzewania. Nastolatkiem byłem nieznośnym, zbuntowanym. Spodnie dzwony i plereza, leniuchowanie, kłopoty w szkole. A kiedy już wyjechałem z rodzinnego domu na studia, to jakbym się zerwał z łańcucha. Hulaj dusza, piekła nie ma. No i właśnie wtedy poznałem swoją przyszłą żonę. Bardzo nastawałem na ślub, ale związek małżeński nie zmienił mojego nastawienia do życia. Usiłowałem połączyć zakrapiane imprezy i swawole z miłością małżeńską, z odsunięciem się od Kościoła, z czytaniem książek ezoterycznych i fascynacją czymś, co ogólnie nazywa się filozofią Wschodu. A przecież tego połączyć się nie da.

Długo tak sobie próbowałeś życia?

Po kilku latach przepychanki nastąpił krach. W 1985 roku przyszło ostre zapalenie stawów kręgosłupa, podejrzenie postępującego zaniku mięśni, paskudne dolegliwości neurologiczne. Szpitale, sanatoria, II grupa inwalidzka. Przez kilka lat byłem zdany wyłącznie na cierpliwość i obecność mojej żony. Tak to teraz widzę. Nie wiem, skąd czerpała siły. Zawiodłem na całej linii. I jeszcze użalałem się nad sobą, bo doprawdy, Panie Boże, dlaczego mnie to spotkało? Byłem ślepy i głuchy. Do czasu.

Do czasu nawrócenia?

No właśnie! Nie tylko ja, ale i Ewa przeżyła wtedy nawrócenie. Choć Pan Bóg każde z nas prowadził przez częściowo odmienne doświadczenia, ale przeżywane w tym samym czasie, jakby równolegle. Bez tego wspólnego obszaru wiary, na którym mogliśmy się spotykać, nasze małżeństwo byłoby dużo uboższe. A może w ogóle by go nie było. A moje nawrócenie? To proces trwający wiele lat. Zaczęło się od Słowa, od Dziejów Apostolskich i Księgi Psalmów. W czasie skrajnej beznadziei, obezwładnienia chorobą, kiedy już byłem bliski poddania się, zaprzestania walki, kiedy leżałem godzinami, gapiąc się w ścianę, a każdy ruch sprawiał mi ból, odkryłem psalmy. Psalm 40 przeżyłem osobiście, trafił wprost do mojego serca i mówił o mnie: „On się nade mną pochylił i usłyszał mój lament. I wydobył mnie z szumiącej przepaści, z bagna”. Właśnie to wtedy się działo. Pan Bóg wydobywał mnie z bagna. Wracałem do życia. Objawy choroby łagodniały. Jednocześnie lektura Dziejów Apostolskich, a więc opowieści o czystości życia i gorliwości w wierze pierwszych chrześcijan, raz na zawsze wybiła mi z głowy wszelkie fascynacje Wschodem. To tak, jakby treściwy pokarm porównać do wodzianki. Nagle zrozumiałem, że wszystko, czego szukałem w odległych krainach, miałem tuż obok siebie, tylko piękniejsze, mocniejsze i radykalniejsze.

Wróciłeś do Kościoła?

Najpierw łaskawie pozwalałem zawozić się na rekolekcje, ale jeszcze wiele czasu musiało upłynąć, zanim Pan Bóg postawił kropkę nad i. Zrobił to po swojemu – przez zaskoczenie. Na ulicy 3 Maja w Sopocie. Tyle lat minęło, a ja nadal dokładnie pamiętam to miejsce, kasztanowiec, chodnik, starszą panią sprzedającą nagietki. Szedłem jak co dzień, gdy nagle w jednym momencie zalała mnie Miłość. Całym sobą odczułem, że Bóg jest miłością, i że ta Jego miłość przenika mnie i wszystko, co jest wokół. Nie wiem, jak długo to trwało. Sekundę? Pięć sekund? Stałem bez ruchu na środku chodnika. Chciało mi się krzyczeć z radości, bo nagle wszystko odzyskało sens.

To było jak iluminacja?

Najpierw Pan Bóg wejrzał na mnie i odpowiedział na moje powtarzane za psalmistą błaganie: „Boże mój, nie zwlekaj!”, przyjdź, pomóż mi. A teraz powiedział mi, dlaczego to zrobił. Bo jest miłością, która widzi nawet taki pyłek we wszechświecie, jakim jestem, i upomina się o niego. Dlaczego? Bo Mu na tym pyłku zależy. Tego nie sposób pojąć, wszystko, co można zrobić, to dziękować.

Żeby to dotarło do innych, razem z Ewą wstąpiliście do wspólnoty MaranaTha.

Nasza wspólnota działa w Gdańsku-Oliwie. Została założona w 1997 r. przez ks. prof. Andrzeja Kowalczyka, biblistę i diecezjalnego egzorcystę, który do dzisiaj jest jej moderatorem. Z ks. Andrzejem poznaliśmy się mniej więcej dwa lata przed jej powstaniem, podczas poświęcenia nowego zakładu fryzjerskiego Janeczki, naszej serdecznej znajomej i oddanej ewangelizatorki. Już wtedy kiełkował w nim pomysł założenia wspólnoty. Poznaliśmy się i już nas nie wypuścił ze swoich rąk. Nam i grupce naszych znajomych, w większości artystów i tym podobnych dziwaków, poświęcał mnóstwo czasu, pozwalał na zadawanie najdzikszych pytań i cierpliwie na nie odpowiadał. Formował nas przez trzy lata, a kiedy powstała wspólnota, zostaliśmy jednymi z jej pierwszych animatorów. Dzisiaj tych wspólnotowych animatorów jest ponad 500.

Czym się zajmujecie?

Po okresie formacji już sami prowadzimy tzw. małe grupy. Liczą po 10–15 osób i powstają jako owoc przeprowadzanych przez nas w różnych parafiach rekolekcji Wyzwolenia w Jezusie Chrystusie. Takie grupy, zajmujące się katechizacją dorosłych, istnieją już w ponad 30 parafiach naszej diecezji. My z Ewą prowadzimy już czwartą grupę. Z każdą wcześniejszą pracowaliśmy 3–4 lata. Podobno robimy to dobrze. Kiedyś zatrzymała nas na ulicy Beata, starsza pani biorąca udział w tych spotkaniach. Przyznała, że bardzo nas podziwia, bo tak zajmująco i mądrze mówimy, jak prawdziwy ksiądz. „No, może pół księdza” – skorygowała po chwili namysłu. Zaczęliśmy tłumaczyć, że to nie my. Że to moderator przygotowuje nam tematy i katechezy, a my tylko staramy się przekazać to, co od niego dostajemy. Popatrzyła przekornie i stwierdziła: „A, to cofam podziw!”.

Jakie cuda zdarzyły się w Twoim życiu?

O największym już powiedziałem – byłem umarły, a powróciłem do wiary. Ewa mówi, że kiedy małżeństwo razem postępuje w wierze, jest to cud i wielka łaska. A my właśnie tego doświadczamy, choć jak wspomniałem, każde z nas ma własną drogę. Ewa uzyskała formację ignacjańską, jest chrześcijańskim doradcą psychologicznym, ma dar słowa, którym w rozmaity sposób posługuje, również poza wspólnotą. Dzięki jej rozeznaniu wraz z trojgiem innych animatorów przeprowadziliśmy w naszej – zresztą ulubionej – parafii w Gdyni-Orłowie dwa półroczne cykle adoracji. To były piękne duchowe spotkania.

A Ty?

Ja specjalnych darów nie mam. Jak mnie o to pytają, to mówię, że jedyne, co potrafię, to nie dać się odepchnąć od krzyża. Trzymam się też codziennej modlitwy brewiarzowej, a szczególną radość czerpię z rekolekcji, z posługiwania słowem i modlitwą wstawienniczą. Lubię towarzyszyć lub choćby tylko przypatrywać się ludziom powracającym do Kościoła. To tak, jakby uczestniczyło się w cudzie.

Czy bez cudów da się wierzyć w Pana Boga?

Wiesz, właściwie każde Jego działanie jest cudowne. Każda przemiana życia, każde nawrócenie, każde przebaczenie, każde wyjście z nałogu, każde uwolnienie, każde uzdrowienie duchowe i fizyczne. Wiara pozwala to Boże działanie dostrzegać.

W 1993 roku założyłeś „Topos”, dziś liczący się dwumiesięcznik.

To był czas równie wielkich, co nieuporządkowanych pragnień duchowych. Czasopismo zmieniało się wraz ze mną, w jakimś sensie „nawracało się”.

Czy wiarę można przekazywać, drukując eseje, wiersze, recenzje?

Nie wiem, czy można przekazywać wiarę, drukując eseje. Z pewnością jednak można nie powiększać obszaru chaosu. Można nie drukować tekstów destrukcyjnych, programowo nihilistycznych, prowadzących do rozproszenia i negacji wartości, na jakich zbudowana jest nasza cywilizacja. Można nie dzielić, bo to powinno być powołaniem każdego chrześcijanina. „Topos” aktualnie skupia wokół siebie pięknych ludzi i wspaniałych poetów, takich jak Przemysław Dakowicz, Wojciech Gawłowski, Adrian Gleń, Jarosław Jakubowski, Wojciech Kass, Wojciech Kudyba, Artur Nowaczewski oraz kilkunastu innych autorów. Nawet nie będę próbował ich wymieniać, bo jest ich zbyt wielu. Oni stanowią znaczący potencjał intelektualny i artystyczny. Nie są jednak tak znani, jakby na to zasługiwali. Dlaczego? Bo trudno przebić się przez obowiązujący od lat system mainstreamowej promocji. Trudno odnaleźć się w kulturze propagowanej przez tzw. liberalne, czy mówiąc wprost: libertyńskie media. Właściwie w takiej kulturze nie mamy czego szukać.

Czy jakiś wiersz mógłbyś uznać za swoje credo?

Chyba jednak moją „Kładkę” z frazą: „chcę być kładką, po której przejdzie Syn cieśli”. Naturalnie mowa tu o „kładce” duchowej. Rzeczywistość widzialna ma swoją równie rzeczywistą, niewidzialną podszewkę. Widzialna przestrzeń jest znakiem tego, co ukryte przed naszymi oczami, a co ma tak samo bezpośredni wpływ na nasze życie jak to, co realnie doświadczane. Poezja posiada narzędzia, które mogą uchwycić moment przemiany doczesnego w wieczne, i to jest w niej niezwykłe i tajemnicze. Ostatnio olśniło mnie zdanie z wiersza amerykańskiego poety Roberta Hassa w tłumaczeniu Andrzeja Szuby: „Przyszło mi do głowy, że świat jest tak przepełniony bólem, że musi sobie od czasu do czasu pośpiewać”. Komentować chyba nie trzeba. 

Krzysztof Kuczkowski

poeta, eseista. W 1993 roku założył dwumiesięcznik literacki „Topos”, którym kieruje do dziś. Ma 62 lata.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama