Nowy numer 3/2021 Archiwum

Tomaszowe pytania

O nadziei dla nas, żyjących tu i teraz, płynącej ze zmartwychwstania Chrystusa mówi ks. Jerzy Szymik.

Ks. Tomasz Jaklewicz: Gdybyś miał za zadanie powiedzieć kazanie na Wielkanoc AD 2017, to co koniecznie chciałbyś w nim zmieścić?

Ks. Jerzy Szymik: Dwie sprawy. Pierwsza i najważniejsza to, droga mi od zawsze, kwestia nadziei. Spróbowałbym tak głęboko, jak tylko potrafię, związać tajemnicę tego największego święta chrześcijan ze sprawą nadziei. I to w wymiarze bardzo osobistym, egzystencjalnym, starając się trafić do każdego słuchacza i poruszyć go. Na pewno pojawiłaby się tutaj myśl, że mamy prawo po chrześcijaństwie spodziewać się pociechy. W tym wszystkim, co straszne w życiu. I że do Boga, do Kościoła przychodzimy po nadzieję. I że właśnie dzisiaj doświadczamy kulminacji i kwintesencji tego, co pocieszające w naszej wierze, co jest istotą nadziei. Ale poszedłbym również w polemikę. I to jest druga sprawa.

Polemikę z kim? Z czym?

Z nurtem otaczającej mnie i moich słuchaczy liberalnej, ponowoczesnej kultury, która przesłanie zmartwychwstania traktuje z prychnięciem i pogardą – jako kicz. Nie wolno uchylać tragizmu i sprzeczności, trzeba żyć bez złudzeń i iluzji, odrzucić „kicz zbawienia”, który proponuje chrześcijaństwo – uczy od lat prof. Maria Janion, a także wielu spod tego znaku. To typowe. Cała prawda o życiu ma jakoby tkwić w jego goryczy, w jego nieprzeniknionej i niczym nierozjaśnionej ciemności. Przyznam, że namierzanie tego, co gorzkie w życiu, wychodzi im dobrze, ale postawienie kropki w tym miejscu jest kłamstwem płynącym z ateizmu. Powiedziałbym, że do Wielkiego Piątku można się z wieloma z nich dogadać, ale dalej już nie. Czytam właśnie „Świat w płomieniach” Siri Hustvedt, najnowszą powieść świetnej nowojorskiej pisarki, osoby głęboko i w wojujący sposób niewierzącej. Posłuchaj bohaterki książki (porte-parole autorki, bez wątpienia): „Mam 62 lata, nie jestem staruszką, ale zmierzam już ku MECIE, i tyle mam jeszcze do zrobienia, zanim któraś z moich dolegliwości okaże się guzem, zapomniane imię początkiem demencji albo zanim zbłąkana ciężarówka wjedzie na chodnik i zrobi ze mnie placek na ścianie. Życie jest jak spacer na palcach po polu minowym”. I niczym więcej, niczym dalej.

To mi się kojarzy z „prochem jesteś, w proch się obrócisz”. Od tego zaczęliśmy Wielki Post, czas duchowego przygotowania do Wielkanocy. Chrześcijaństwo nie zaprzecza tej prawdzie o życiu, którą tak dosadnie diagnozuje Hustvedt.

Słusznie. I dlatego tacy twórcy są naszymi sojusznikami w ukazywaniu tego, co można by nazwać ciemną stroną kerygmatu. Są jednak zdeklarowanymi wrogami naszej nadziei.

Ciemną stroną kerygmatu, czyli…

Czyli ostatecznych konsekwencji grzechu, życia bez Boga, bez nadziei właśnie. Takie trzeźwe do bólu spojrzenie w twarz śmierci jest konieczne. Po to, by przygotować grunt pod wołanie o Boga, pod nawrócenie, pod nadzieję – pod jasną stronę kerygmatu... Więc zaakcentowałbym w wielkanocnym kazaniu, że tu i teraz w kościele znajdujemy się w jedynym na świecie miejscu, które jest w stanie zaoferować lekarstwo na atakującą nas zewsząd chorobę rozpaczy, która uzurpuje sobie prawo do ostateczności. Zaapelowałbym, żebyśmy się nie dali rozpaczy – truciźnie produkowanej przez niewiarę.

Problem w tym, jak tę wielkanocną nadzieję przekazać, żeby przekonać do niej ludzi. O ile opisy ukrzyżowania są w Ewangeliach bardzo konkretne, o tyle teksty związane ze zmartwychwstaniem są nieśmiałe. Brzmią trochę tak, jakby sami ich autorzy nie do końca byli w stanie uwierzyć w to, co się stało.

Im większa, głębsza i świętsza sprawa, tym człowiek bardziej jest niemy. Tak dzieje się w wielu najważniejszych sferach życia. Pomyśl o miłości: brak nam słów, jąkamy się, ona jest nie do wysłowienia. Z tajemnicą zmartwychwstania jest podobnie, działa tu ten sam mechanizm tajemnicy „nie do wysłowienia”, a skala jest tu największa z możliwych... To, co najświętsze, jest zawsze, ze swej istoty, ciche, pokorne, skromne, dyskretne.

Można zapytać, dlaczego Zmartwychwstały nie ukazał się Piłatowi lub nie stanął pośrodku zgromadzenia Sanhedrynu. Dlaczego nie zostawił jakiegoś mocniejszego znaku, że żyje?

Taka jest taktyka Boga. Działać w cichości, „jakby niezauważony”. Im większa miłość, tym większa pokora, i w tym jej moc. Tylko Abrahamowi (a nie możnym tamtego świata), tylko Izraelowi (a nie wszystkim narodom tamtej ziemi), tylko w małym Betlejem, tylko dwadzieścia wieków temu... Działać dyskretnie, w małych rzeczach, w słabości. Ziarenko gorczycy, wdowi grosz, więdnąca lilia i wróbel za asa, łagodny powiew, słabych Dwunastu. Cicho pukać do drzwi ludzkiego serca. Jeśli człowiek je otworzy – zobaczy. Nie nachalność zewnętrznej siły, lecz wolność i miłość, dwie siostry bliźniaczki. To ma wiele wspólnego z tym, że Chrystus chce od nas wiary, czegoś nieuchwytnego jakby, słabego. Bóg idzie do nas obrzeżami „mocnego” życia. Prawdziwa miłość tak się zachowuje. Zawsze.

Bóg nie chce nas zdominować, przytłoczyć?

Bóg nie ma nic wspólnego z przemocą. Jest wszechmocny, owszem, ale jako miłość. Ona jest Jego wszechmocą.

Ludzka wyobraźnia domaga się jednak czegoś konkretniejszego. Rozumiemy mniej więcej, czym jest śmierć, ale to, co poza jej granicą, jawi nam się jako coś tak niepojętego, że wątpimy w realność tego ciągu dalszego.

Zmartwychwstanie jest interwencją Boga w historię. Nie mamy żadnego odpowiednika tego Wydarzenia. Nie da się go opisać za pomocą żadnych porównań, dostępnych nam „instrumentów poznawczych”. To jest już życie po Boskiej stronie rzeczywistości, do którego nie mamy jeszcze dostępu. Nowy Testament mówi, że Zmartwychwstały jest tą samą osobą co przed śmiercią. A jednocześnie kimś głęboko innym, choć zachowującym tożsamość. To jąkanie, ta bełkotliwość języka, ta niemota biorą się stąd, że trzeba wyrazić jedno i drugie, czyli ciągłość i zmianę. Mówiąc do ludzi żyjących wciąż po tej stronie.

Czy zmartwychwstanie jest wydarzeniem historycznym?

Ono wykracza poza historię, jest więc ponadhistoryczne. Nie można go porównać z niczym z wnętrza historii, z życia ludzi, jakie znamy.

No dobrze, ale wierzymy, że wcielenie też jest wejściem Boga w historię. Jezus to prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. To, co Go w życiu spotykało jako człowieka, jest dla nas do ogarnięcia, że tak powiem. Ale zmartwychwstania już nie ogarniamy.

W zmartwychwstaniu Syna Człowieczego wydarzyło się coś zupełnie nowego. Była to erupcja całkowicie nowego rodzaju życia, niepodlegającego już prawu przemijania i śmierci. Bóg uczynił Jezusa żyjącym w nowy sposób i na zawsze.

Część teologów powiada, że Jezus zmartwychwstał w wierze uczniów. Piszą, że chodzi tu o to, że sprawa Jezusa trwa, że On żyje w pamięci Kościoła. Dla wielu współczesnych Tomaszów taka interpretacja wyda się do przyjęcia. Czy jest tu jakaś słuszna intuicja?

Trzeba by zadać dodatkowe pytanie, czy owa wiara zakłada, że Jezus rzeczywiście, realnie zmartwychwstał, czy też chodzi tu o zamknięcie prawdy o zmartwychwstaniu w sferze czysto subiektywnej świadomości. To jest tak jak z wiarą w obecność Jezusa pod postacią chleba i wina. To jest zmysłowo nieuchwytne, ale On jest rzeczywiście obecny. To prawdziwie Jego Ciało, Jego Krew. Więc wiara jest konieczna, ale ma ona podstawę w rzeczywistości.

Elementem tej realności jest ciało. Jezus ukazuje się uczniom w ciele.

„Nie dasz Świętemu ulec skażeniu (rozkładowi)” – uczył św. Piotr za psalmistą w swoim pierwszym wystąpieniu w jerozolimskie Zielone Święta (Dz 2,27). „Nie doznać rozkładu – to jest właśnie definicja zmartwychwstania” – uczy Benedykt XVI w „Jezusie z Nazaretu”.

No dobrze, ale to nie była jakaś reaktywacja „nieboszczyka”.

To było to samo ciało, ale nowe. Jezus zmartwychwstały je z uczniami śniadanie, ale przechodzi przez drzwi, znika, pojawia się. Nie podlega już prawom natury, które znamy.

Według mnie są to elementy, które wydają się współczesnym niedowiarkom kiczowate właśnie. Jezus przechodzący przez ścianę, znikający itd. To przypomina bohatera filmów science fiction. Jak to pojąć?

Mogę tylko powtórzyć, że jest to ciało Jezusa z Nazaretu, które jednocześnie nie podlega przemijaniu, cierpieniu, śmierci.

A co ze zmysłami? Czy cieszyć nas będzie nadal smak wina, zapach kwiatów, dźwięki muzyki itd.?

„Głosimy, jak zostało napisane”, powiada Paweł. A zostało napisane tak: „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2,9).

Czyli teolog w tym miejscu już się poddaje?

Tak… {BODY:BBC}(cisza){/BODY:BBC}

???

Tomaszu (w kontekście Wielkanocy twoje imię jest wyjątkowo znaczące...), istotne dla mnie w podejściu do zmartwychwstania jest to, że wobec tajemnicy schylam głowę. I trwam przy Tajemnicy, wierzę Bogu, wierzę Kościołowi. Natomiast cała siła wiary w zmartwychwstanie musi przejść na tę stronę życia, na tu i teraz. I właśnie ta siła jest tu najważniejsza, siła, która promieniuje z realnego zmartwychwstania Chrystusa w moje obecne, realne życie. Wierzę słowu Boga, to znaczy wierzę, że tak jak wskrzesił swojego Syna, tak wskrzesi i mnie, swojego syna. I dlatego każda kropla mojej krwi, potu, łez, bólu, dobra zostanie ocalona. Że to wszystko nie pójdzie do kompostu historii. Czyli: warto. Dla mnie to właśnie jest istotne w Wielkanoc, a nie mędrkowanie, jak tam będzie. Ta nadzieja ma owocować we mnie w taki sposób, że hojnie daję się innym, że cierpliwie wybaczam, że godzę się na siebie i na kształt swojego losu, na to, a nie inne życie, na jakąś formę męczeństwa, nie boję się ufać ziarenkom gorczycznym mojej małej wiary. Bo to – Jerzy Szymik – nie skończy się źle, choć pozornie marnie, śmiercią. Ale Bóg...

Może oczekujemy od Boga, by nam szerzej te drzwi otworzył i nas nieco bardziej zachęcił, że warto tam dążyć.

Myślę, że z powodów znanych Bogu najlepiej dla nas jest tak, jak jest. Wierzę w takiego Boga, który gdyby zechciał, to sprawi, że po tym stole będzie spacerować Matka Boża. Ale On najczęściej nie chce, żeby po naszych stołach chodziła Matka Boża. Czyli musi być jakieś błogosławieństwo w tej Jego woli i w naszej „nagiej” wierze. Co ma zrobić współczesny człowiek, by uwierzyć? Ha, Kościół mówi mu bardzo prostą rzecz: „Przyjdź w niedzielę na Mszę św.”.

Wydaje się, że to nie jest odpowiedź na to pytanie. Niektórzy mówią, że Msza św. ich nudzi.

Kiedy to mówi nastolatek, mogę to zrozumieć. Ale kiedy to mówi na przykład wybitny reżyser, tego nie jestem w stanie pojąć. Co może być większego niż Msza Święta? Dramat życia i śmierci, krwi i ciała, szarpaniny o wszystko, złożonej ze słów największej literatury świata, słów gorzkich i nie-ludzkich, wiodących nas poza świat? Plus prawda życia tam obecnych, lichych jak ja. Co jest jeszcze większego? Co – pytam? Niedzielna Eucharystia to wielkanocne spotkanie w „sali na górze”. Jeśli chcesz wierzyć w Zmartwychwstałego, to tam nakarmisz się Jego Ciałem i Krwią, czyli napełnisz się Jego życiem, Jego realną obecnością. Jego życie będzie w twoim życiu, a potem i w twojej śmierci. Ale bez pokory zgięcia karku, bez zanurzenia ręki w kropielnicy, bez stania obok innych modlących się, bez wsłuchiwania się w słowo z ambony wszelkie rozważania o przyszłym życiu zamienią się w bajania w stylu Dänikena.

Ale...

Posłuchaj wiersza „Plan maksimum”. Cały utkany jest z cytatów z Benedykta XVI:

„stać przed Nim z pustymi rękami/ i wyciągać je ku Niemu/ (nie z rękami, które gdy pochwycą, to mocno trzymają, lecz z rękami,/ które się otwierają, obdarowują, a tym samym są stale gotowe przyjąć)/ nie wyć z wilkami,/ ale cierpieć z powodu/ nieprawości./ Nie móc odwrócić nieszczęścia,/ ale współcierpiąc, stanąć po stronie skazanych,/ a tym samym – kochając w ten sposób –/ stanąć po stronie Boga/ pamiętać, że znakiem rozpoznawczym/ Jego obecności jest nadmiar./ Mieć tylko Boga, czyli puste ręce”.

Jest tu zgoda na porażkę tak totalną, że taka zgoda może płynąć tylko z jednego: z pewności zwycięstwa. Tym jest wiara w zmartwychwstanie – pewnością zwycięstwa.

Święty Paweł pisze: „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także nasza wiara”. Czy to znaczy, że zmartwychwstanie jest kluczem do innych prawd wiary?

Tak. Jezus mówi wyraźnie, że głównym wrogiem człowieka jest śmierć, a On przyszedł na świat po to, aby owce miały życie. Wiesz, wszelkim systemom, filozofiom, religiom należy się przyglądać pod kątem ich odpowiedzi na pytanie o śmierć. Jeśli nie mają na ten temat do powiedzenia zbyt wiele albo zgoła nic, to należy je natychmiast i bez żalu zostawić. Bo człowieka interesuje właściwie tylko to: jak poradzić sobie ze śmiercią.

Wydaje się nam, że dzięki medycynie lada moment pokonamy śmierć. Czy postęp nauki sprawia, że wiara jest dziś trudniejsza niż dawniej?

Postęp jest dwuznaczny. Pożyteczny i niebezpieczny zarazem. To widać w każdej sferze człowieczeństwa i życia. Wraz z postępem wierzyć jest trudniej, zgadzam się. Kościół musi jednak w każdych warunkach robić swoje, czyli głosić wiarę. Dobrze, że potrafimy leczyć i wydłużać życie, ale to może nas prowadzić w stronę złudzenia, że jesteśmy nie wiadomo jak silni i potężni, nieśmiertelni. A to nie jest prawda. Przemijanie, kruchość, miłość, wolność z całą jej wielkością i przekleństwem – to były, są i będą zawsze cechy człowieczeństwa niezależnie od zmieniających się okoliczności i gadżetów. Warto więc pielęgnować w sobie doświadczenie własnej kruchości, przemijania, słabości. To uczy prawdy. Bóg jest „dosiężny” tylko przy takiej – pokornej – postawie człowieka.

Nadzieja wielkanocna jest apelem do wolności.

Jest apelem o wybór takiego stylu życia, który płynie z wiary w to, że ostatnie słowo na temat naszego losu nie należy do śmierci. Bo – jak mawia wielkanocny solenizant, 90-latek, Benedykt XVI – „życia nie znajdujemy wówczas, gdy chcemy je zawłaszczyć, lecz wówczas, gdy je dajemy”.

Tomaszowe pytania   henryk przondziono /foto gość

Ks. Jerzy Szymik

(ur. 1953) – profesor teologii dogmatycznej na Wydziale Teologicznym UŚ, poeta, stały felietonista „Gościa Niedzielnego”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama